Przejdź do głównej zawartości

Boimy się zmiany na lepsze...



Walka ze śmieciowym jedzeniem w szkołach i przedszkolach chyba ma swój finał. Wprowadzono ustawę o zakazie sprzedawania takiej żywności w sklepikach. Placówki muszą ograniczyć sól i cukier w potrawach serwowanych maluchom. 
Oglądam tv- pytają chłopca jak on to widzi- odpowiada, że jakoś sobie poradzi są w okolicy sklepy więc pójdzie po chipsy i napój. Ok niech idzie i kupuje. Są wśród dzieci cukrzycy, alergicy- nie każdy może jeść czekoladę i inne rzeczy. Maluch patrzy jak inni jedzą i też chce. Moim zdaniem ustawa jest jak najbardziej potrzebna.

Wszystko pięknie ładnie...ale 
rodzicom się to nie podoba.

Na początku mojej przygody z blogowaniem napisałam post o tym jak żywię Młodą. Oczywiście dostało mi się, że mogę nie słodzić, nie dodawać soli do jedzenia, nie smażyć...pójdzie do przedszkola i się nauczy, będą problemy z brzuchem itp. itd. Wszyscy narzekali na "złe" jedzenie serwowane w placówkach. 

Teraz kiedy postawiono na dobre jedzenie też jest źle. No kur... nie dogodzisz.

Gdzie tkwi problem?
Tylko i wyłącznie w nas samych.
Nikt mi nie powie, że tak nie jest. 

Pierwsze smaki- nie od dziś wiadomo, że kształtują gust kulinarny człowieka i tylko od nas zależy co podamy potomkowi na pierwszej łyżeczce. Jeżeli według pradawnych wierzeń musi to być marchewka z dodatkiem soli i pieprzu żeby dziecko zjadło, ziemniaki polane tłuszczem, cukier wsypany do wody bo dziecko nie będzie pić to niestety ale dobrych nawyków nigdy nie wyrobimy.
Zamiast owoców- czekolada, chipsy, ciastka...można tak wymieniać w nieskończoność.

Moje dziecię od samego początku pije wodę bez dodatków, soczki okazjonalnie. Potrawy bez soli zdarzają się do dnia dzisiejszego. Pierwszy kontakt z przyprawionym jedzeniem miała w okolicach trzeciego roku życia. Coś straciła? Nie wydaje mi się.

Kupiłam sobie ostatnio jogurt owocowy. Mówię do Młodej czy chce. Mówi, że tak. Dzielę po równo do miseczek...dziecię moje bierze łyżkę, próbuje i mówi żebym sama sobie zjadła ona chce naturalny.
Proszę bardzo, żebyś mi jednak nie mówiła, że nie daję ci tego co jedzą inne dzieci- pomyślała sobie matka.

Kiedyś L jadała również kaszki. Jak wiadomo sam cukier w nich. Pierwsza przygoda z tym posiłkiem u nas w domu. Dziecko zaciska usta i odsuwa mi łyżeczkę- ma wtedy około 8 miesięcy. Robię kolejne podejście...znów to samo. Próbuję specyfiku- może za gorąca, za zimna...okazuje się, że za słodka była, więc rozrabiałam ją z kleikiem ryżowym i jakoś znikała z miseczki.

Można by tak w nieskończoność wymieniać. U nas oczywiście nie jest idealnie- zdarza się pizza na obiad, słodycze moje dziecko zjada- ale nie jest to przewaga diety. Staram się ją jak najbardziej urozmaicać a niezdrowe jedzenie jest u nas tylko gościem.

Dlaczego problem tkwi w nas?

Nie jesteśmy nauczenie zdrowego odżywiania. Przepisy przekazywane z pokolenia na pokolenie uważane są za najlepsze- moja babcia tak gotowała, było pysznie. Smaki dzieciństwa, które chcę przekazać swoim dzieciom są również moimi...stop.

Za czasów babci nie było takiej jak dziś świadomości. Nie oszukujmy się również- żywność była o wiele zdrowsza niż obecnie. Jakby teraz prababcie wstały z grobów i usłyszały, że ziemniaki polane sporą ilością tłuszczu są złe to by szybko do tego grobu wróciły.
Powiadano kiedyś, że cukier wzmacnia kości- nawet jakąś ulotkę z dawnych czasów widziałam w sieci. 
Co mówi się dziś?- cukier niszczy kości.
Takich paradoksów można znaleźć wiele.

My tak jedliśmy i żyjemy, wszystko z nami w porządku.
W porządku?
Ile osób w wieku ponad 30 lat może pochwalić się w pełni zdrowym uzębieniem, ile kobiet nigdy się nie odchudzało, ile osób cierpi na bóle żołądka itp.? Za kilkanaście lat będziemy wykupowali pół apteki żeby móc spokojnie zjeść obiad. To na lepsze trawienie, to na to i tamto. 
Zamiast tego warto pomyśleć o zmianie diety.

Pokazanie dziecku, że można zdrowo jeść nie jest wcale takie trudne- wystarczy chcieć, ale jak wiadomo ciężko się przestawić nagle na coś innego, coś co nam nie smakuje- bo za mało soli, mało słodkie.

Dla przykładu- ja człowiek, który nie wyobrażał sobie picia herbaty bez co najmniej 2 łyżeczek cukru postanowiłam pić gorzką. Smakuje o niebo lepiej niż ulepek, który serwowałam sobie wcześniej. 
Jedyne co muszę mieć posolone to frytki, a że jadam je niezmiernie rzadko problemu zbyt wielkiego z tym nie mam.
Mój osobisty Brat zamienił ziemniaki na kasze, ryże i makarony, nie pije gazowanych napoi i w ciągu pół roku zrzucił 25 kg.

Ja osobiście wolę wprowadzić Młodej ograniczenia na " śmieciowe jedzenie" niż za kilkanaście lat walczyć z anoreksją lub bulimią.

To od nas a nie od rządzących krajem zależy jakie nawyki wyrobimy dziecku.
Przedszkola i szkoły będą miały teraz niezły problem. Od kilkunastu lat panie kucharki bazowały na jednym menu...teraz trzeba to wszystko zmienić żeby było smacznie i zdrowo...no ale jak to zrobić.
Po pierwsze świetnym pomysłem jest zatrudnienie w placówkach dietetyków- wszystko pokażą, rozpiszą i do dzieła...pytanie jednak czy chcemy zmian? Czy pani od 15 lat gotując rosół według przepisu babci będzie w stanie się przełamać i zrobić go według nowych wytycznych czy złoży wypowiedzenie umowy o pracę?

Zamiast nastawiać się roszczeniowo wystarczy wykazać odrobinę dobrej woli i zaproponować jakieś dobre rozwiązania.