poniedziałek, 30 czerwca 2014

Książe...

Każda z nas szuka księcia z bajki...dlaczego? Od dzieciństwa jesteśmy bombardowane bajkami....o księżniczkach i  ich przygodach...i pojawia się tam ten wyśniony mężczyzna na białym koniu...

Jaka jest rzeczywistość...całujesz żaby...i nie chcą się zamienić... wybierasz potencjalnego kandydata, który być może zmieni się w tego wymarzonego...jest pięknie...spędzacie ze sobą czas...pokazujecie się z jak najlepszej strony...czego więcej chcieć...normalnie bajka...decydujecie się na wspólne życie...wijecie gniazdko... i wtedy bajka zmienia się w prawdziwe życie. 

Zaczynają denerwować cię porozrzucane skarpety, brudne gary w zlewie itp., itd...wymarzony odbiega od wymyślonego przez ciebie ideału...zaczyna się narzekanie, kłótnie...masz dość...nie tak miało to wyglądać w twoich wyobrażeniach...ale każdy ma wady- ty także...i on też musi z tym żyć, znosić twoje humory (nie zawsze dobre), zachcianki, problemy ( często wyolbrzymione)... zmienić nikogo się nie da...można jedynie trochę przestawić na swój tok myślenia...ale czy fajnie byłoby gdyby wszyscy myśleli i robili tak samo, przede wszystkim trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie czy chcesz mieć przy swoim boku pantoflarza ( jeśli tak zmieniaj go dalej...jeśli nie jest masochistą w pewnym momencie pójdzie sobie w siną dal) czy partnera, który też akceptuje ciebie taką jaka jesteś- jeśli wybierasz opcję drugą- też musisz się dostosować do panujących warunków ... 

Ciężko bywa...ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Ponarzekać czasem trzeba, ale zanim powiesz, że z twoim mężczyzną nie da się żyć...zrobisz kolejną jazdę o nic zastanów się czy ty jesteś idealną księżniczką, której nic nie można zarzucić...pamiętaj ,że zawsze mogłaś trafić gorzej...i wtedy miałabyś pole do popisu na babskich wieczorach... :) 

sobota, 28 czerwca 2014

Jaki śliczny chłopczyk...

słyszę dość często gdy moja córka nie ma na sobie różowych ubranek :) To dziewczynka odpowiadam...oczy wielkie...i tekst to czemu ma czarną czapkę, niebieską bluzkę itp... Dlatego, że istnieją tez inne kolory ubrań...no proste...jednak nie dla wszystkich...patrząc na dziewczynki od góry do dołu ubrane na różowo mam mdłości...

Sama będąc w ciąży nieraz słyszałam komentarze dlaczego chodzę ubrana na czarno, siwo itp...powinnaś nosić jasne kolory bo to okres radości a nie smutku...ale dlaczego mam zmieniać całą swoją garderobę...zmienił się w niej jedynie rozmiar...kurde czemu robić coś bo wypada...im więcej takich rzeczy słyszę tym bardziej robię na odwrót... 

Co do ubioru dzieci...czy to jest najważniejsze...jaki kolor ma bluzka??? nie powiem w szafie L jest kilka ciuchów w kolorze różowym ale nie jest to przewaga...na plac zabaw chodzi w ciuchach również chłopięcych ( mnóstwo ich dostałam) żeby mogła się pobrudzić a nie siedzieć i ładnie wyglądać... wystroić się można na konkretne okazje a nie do piaskownicy... 

Przecież nie szata zdobi człowieka...jest jedynie dodatkiem do całości. W oczach wielu osób wychodzę na dziwoląga,bo L ubrana np. na szaro, granatowo, czarno...ale najważniejsze jest, że moje dziecko jest szczęśliwe i cieszy się z innych rzeczy póki co (dostając ubrania najważniejsza jest dla niej metka, dostaje ją do ręki i ubranko schodzi na dalszy plan)...przyjdzie czas, że będzie chciała różowe ubranka bo dziewczynki w przedszkolu takie mają...

Może jestem dziwna ale nigdy ślepo nie podążałam za modą...wolałam mieć coś innego niż wszyscy...może dlatego tak pokochałam sh...w których mogłabym siedzieć od rana do wieczora i wyszukiwać nowe perełki dla siebie i L...wiedząc, że jest jedna sztuka i nie spotkam drugiej osoby ubranej tak samo...

PT stwierdził, że trzeba mi taki lumpeks otworzyć..."jak patrzę na radość jaką sprawia ci przeglądanie ubrań to jestem pewien, że byłoby to spełnieniem twoich marzeń". Może i byłoby...ale wolę pracę z dziećmi...odpowiadam... :)

Pomocna dłoń...

O tym, że warto pomagać wiadomo nie od dziś....jednak czasem człowiek nauczony doświadczeniami nie ma na to chęci...ktoś potrzebuje twojej pomocy- starasz się...i co otrzymujesz w zamian? To, że dana osoba ma cię w dupie...przykre to ale prawdziwe...takich przykładów każdy z nas mógłby przedstawić mnóstwo. 

Wychodzę z założenia, ze jeżeli ktoś będzie potrzebował pomocy zgłosi się po nią...sama nie wyskakuję...no może czasami...ale coraz rzadziej...bo działam zgodnie z zasadą, że im bardziej wchodzisz komuś w dupę tym bardziej on cię w niej ma... Częściej pomoc obcym jest lepiej przyjmowana niż bliskim...

Jestem człowiekiem, który lubi pomagać...nie dla korzyści...wystarczy mi uśmiechnięta buzia w zamian...taka jestem :) Sama nie lubię nikogo prosić...nieraz dostaję za to opierdziel np. od mojej Mamy...musisz powiedzieć...ja się nie domyślę wszystkiego...nie chcę po prostu nikogo wykorzystywać...wiem człowiek nie jest maszyną i ze wszystkim sobie nie poradzi...ale jest jakaś taka blokada w mojej głowie... nie wyobrażam sobie, że wszystkie wolne chwile mojej M. zapycham opieką nad L...wiem, że kiedy na prawdę tego potrzebuję nie ma najmniejszego problemu i się nią zajmie...ale nie mam serca podrzucać jej Młodej kiedy tylko mam jakieś widzi mi się...ona też pracuje, też jest zmęczona...i ma prawo do wolnego czasu...

Najlepsze w naszych relacjach jest to, że mówimy sobie otwarcie co nam na sercu leży i stąd mało zgrzytów między nami...chociaż kiedyś było zupełnie inaczej...ale to osobna historia i raczej moja M. musiałaby się na ten temat wypowiedzieć...Także Kochani pomagamy jak najwięcej ale z głową...nie dajemy się wykorzystywać bo nie na tym to wszystko polega:) Udanego weekendu:)

piątek, 27 czerwca 2014

Integracja...

głośno o niej ostatnio, wielkie bummm nauczycielki idą na studia z oligofrenopedagogiki ...ale jak jest na prawdę czy wszystko wygląda jak w założeniach...czytam wypowiedź mamy na jednym  fanpage'u...dziecko z porażeniem mózgowym uczęszcza do przedszkola integracyjnego...na kilka godzin ponieważ nikt nie chce go karmić...tłumacząc się strachem przed udławieniem...słyszałam też wypowiedzi, że opiekunki/ nauczycielki brzydzą się karmić dzieci niepełnosprawne...kurde moje dziecko zadławiło się dwa razy jabłkiem...czy to znaczy, że mam jej jabłka nie dawać...szukam innego bezpieczniejszego sposobu na podanie posiłku...

Sama pracowałam z dziećmi niepełnosprawnymi...moimi obowiązkami poza pomocą nauczycielowi w prowadzeniu zajęć było również karmienie i przebieranie dzieci, które tego wymagały...i jakie są moje odczucia...nie jest to nic nadzwyczajnego...normalna czynność jak wiele innych...przy niektórych osobach owszem trzeba bardziej uważać, ale nie widzę w tym nic strasznego... zanim zrobisz, powiesz coś równie okropnego ( że się brzydzisz) zwłaszcza przy człowieku, którego to dotyczy i wbrew twoim przeświadczeniom WSZYSTKO DOSKONALE ROZUMIE...

Zastanów się nad sobą i swoim miejscem jakie zajmujesz w społeczeństwie...jeżeli decydujesz się na taką a nie inną pracę musisz wiedzieć, ze nie zawsze będzie ona łatwa, miła i przyjemna...zdarzą się różne sytuacje z którymi czasem ciężko sobie poradzić....i  pamiętaj kiedyś to właśnie ty możesz potrzebować takiej pomocy jak twój podopieczny...a możesz trafić na kogoś kto będzie myślał podobnie... szacunek i pomoc należy się każdemu człowiekowi, bez względu na sprawność, religię, kolor skóry, pochodzenie itp. 

Więc kochani szanujmy wszystkich bez wyjątku jeśli sami chcemy być szanowani...to co dajesz od siebie wróci...ze zdwojoną siłą :)

Szkoła...czy to dobre dla 6 letnich dzieci?

Post piszę na specjalne życzenie mojej czytelniczki :) Uważam, że 6 letnie dzieci mogą iść do szkoły...pod warunkiem, że będzie ona na to DOBRZE przygotowana. Odpowiednie wysokości schodów...niby niewidoczny problem a jednak istnieje. Wysokość schodów w szkołach jest inna niż w przedszkolach...częste chodzenie po nich mniejszego dziecka może powodować późniejsze problemy z kręgosłupem...

Wysokość zlewów i sedesów też jest ważna dla takiego malucha....przecież gdzieś musi załatwić potrzeby fizjologiczne...(dzieci w wieku 7 lat często są już dużo wyższe niż 6 latki...jest to okres szybkiego wzrostu...ale nie o tym będę pisać). 

Ważniejszą sprawą jest przygotowanie nauczycieli i przede wszystkim programu nauczania. Większość nauczycielek (pracujących w szkole długie lata) nie jest przyzwyczajonych do innych metod prowadzenia zajęć niż siedzenie w ławkach i przepisywanie, słuchanie itp. Będąc jeszcze na studiach usłyszałam wypowiedź jednej z nich... no a co pani myśli, że ja będę się z nimi czołgać po dywanie??? otóż tak jeżeli taka jest potrzeba to się czołgaj pomyślałam...Może moje spojrzenie jest inne...pracowałam z dziećmi niepełnosprawnymi i taki sposób prowadzenia zajęć jest mi znany...czy nie można tego stosować też w szkole masowej???można trzeba tylko chcieć. A jeżeli nauczycielki pracujące nie mają chęci na innowacje w swojej pracy...niech z niej zrezygnują...jest wielu młodych, pełnych pomysłów bezrobotnych pedagogów chętnych do pracy :) 

Nie znam dokładnie programu nauczania dla 6 latków i tu się nie wypowiem...coraz więcej dzieci idąc do szkoły zna już podstawy...i zaczyna się problem...bo dziecko nie słucha, przeszkadza, nie chce robić tego co inni...znajdź mu zajęcie odpowiednie do zasobu jego wiedzy i po problemie...a jeżeli to za dużo materiałów do przygotowania...to zastanów się czy zajmujesz odpowiednie stanowisko.

Problemem są też przepełnione klasy...syn znajomej chodził do pierwszej klasy w której było 32 uczniów...szczerze nie podjęłabym się takiej pracy w pojedynkę na prawdę...ale cóż są oszczędności, nie zatrudniamy kolejnych nauczycieli...piszemy karteczki do rodziców, ze ich dziecko nie pozwala pracować klasie i nauczycielowi...fajnym rozwiązaniem są klasy integracyjne, w których pracuje nauczyciel wspomagający...jest tam też 15 uczniów...do każdego można podejść indywidualnie ( do słabszego i tego który wie już więcej i się nudzi) dodatkowo dzieci uczą się tolerancji i pomocy osobom niepełnosprawnym...mnie póki co ten temat nie dotyczy...moje dziecko ma dopiero 2 lata...ale nie wiadomo czy przy zapędach naszego rządu nie pójdzie jako 4 latka do szkoły bo w przedszkolach nie będzie miejsca...

czwartek, 26 czerwca 2014

Jesteś kobietą więc musisz...

Po pierwsze zawsze masz rację ( nawet jak jej nie masz to i tak wiadomo jak jest :P)

Po drugie musisz narzekać (czy ktoś widziała nienarzekającą babę??? )

Po trzecie musisz sprzątać, prać, gotować ( kto zrobi to lepiej niż ty...nawet jak ktoś to zrobi to na bank będziesz miała zastrzeżenia )

Po czwarte musisz rodzić dzieci ( przez dziurkę wielkości cytryny arbuza się przeciśnie, przez tą wielkości ziarnka grochu już nie)

Po piąte musisz męczyć się z okresem ( bez niego nie miałabyś na co zwalić swojego złego nastroju, wybuchów złości, nie mogłabyś bezkarnie zjeść całej tabliczki czekolady itp.)

Po szóste musisz z dystansem podejść do wybryków dzieci i męża ( jak się za bardzo wściekasz daje to odwrotne skutki niż sobie założyłaś)

Po siódme musisz dużo gadać , mimo, że w połowie twojej wypowiedzi słuchacz nie wie o co ci chodzi ( milcząca baba= cisza przed burzą)

Po ósme musisz wysłuchiwać komentarzy i mądrości innych kobiet ( niech mają satysfakcję, że się wygadały, ty i tak wiesz swoje i masz satysfakcję, że ich gadanie poszło na marne:P)

Po dziewiąte musisz być niezadowolona ze swojego wyglądu ( gdyby było inaczej firmy kosmetyczne i specjaliści od upiększania by splajtowali a ty nie miałabyś na co wydawać pieniędzy)

Po dziesiąte musisz mieć czasem dobry humor, żeby jednak nie mieli cię za potwora :D

środa, 25 czerwca 2014

Szelki...

Temat budzący dużo kontrowersji...rozdmuchany...piętnowane matki używające tego wynalazku. Jestem jedną z nich...moje dziecko długo miało problemy z postawieniem pierwszych kroków...jak już Terrorystka zaczęła chodzić...zaczęło się bieganie na spacerze. 

Zgodzę się plac zabaw, plaża, trawa...tam dziecku nic nie grozi i nie potrzebuje kontroli w postaci szelek...ale wyjście na dłuższy spacer przy ruchliwych ulicach bądź zakupy...graniczą w naszym przypadku z cudem..., że zrobisz to co masz zaplanowane...często słyszałam komentarze, że prowadzam dziecko jak psa itp...moja mama będąc na spacerze z L też znalazła się w takiej sytuacji...współczuję osobie, która ją zaczepiła w celu oznajmienia jej tego :) 

Otóż nie prowadzam dziecka jak psa...bo tym psem nie jest. Dbam o jej bezpieczeństwo, a że w taki a nie inny sposób to tylko i wyłącznie moja sprawa...nikogo nie zmuszam do praktykowania szelek...ja wybrałam taką opcję i nie zmienię tego słysząc "mądre rady" i komentarze, które jednym uchem wpuszczam drugim wypuszczam...Nie jest tak, że nie uczę L chodzić za rękę i nie tłumaczę jej zasad bezpieczeństwa...wszystko to robię, ale różnie to wychodzi. Nie uważam, ze krzywdzę tym moje dziecko...wolę mieć dziecko zdrowe i bezpieczne niż wyciągać je spod kół samochodu...

Zanim skomentujesz zastanów się...ja w twoje życie się nie wtrącam, nie narzucam ci jak masz wychowywać swoje dziecko...tak więc mnie i L zostaw w spokoju...niech każdy robi swoje i nie zawraca innym dupy swoimi "mądrościami"...jeżeli uważasz, że źle robię- masz do tego prawo...czas pokaże czy był to dobry krok...być może kiedyś "zmądrzeję" i znajdę inny sposób na dbanie o bezpieczeństwo L :) na dokładkę: od kiedy moje dziecię zaczęło samodzielnie obierać ziemniaki nożem i buszować w koszu zamykam drzwi w kuchni, nie ma tam sama wstępu póki co...i tu też na pewno mi się dostanie bo ją ograniczam :D

wtorek, 24 czerwca 2014

Dlaczego mama jest lepsza niż tata...

otóż nie jest...chociaż dużo osób tak twierdzi...ale nie ja...nie można utwierdzać dziecka i przede wszystkim siebie w takim przekonaniu...każdy rodzic (nie mówię tu o skrajnych przypadkach) kocha swoje dziecko najbardziej na świecie i daje mu od siebie wszystko co najlepsze. 

Mama: często trzyma się sztywno zasad (ale i czasem je trochę nagina), chce chronić dziecko przed całym złem jakie jest na świecie, mimo wielu komentarzy życzliwych twierdzących, że wszystko robi źle- robi dobrze!!! a jak coś robi źle to nie dlatego, że chce, każdy jest tylko człowiekiem i ma prawo się mylić, ona też. Często jest bardziej przewrażliwiona na punkcie dziecka ( przy kolejnych potomkach podobno już trochę mniej). Ma jednak jedną rzecz, której nie ma Tata:)- magiczny buziak, który jest lekarstwem na wszelkie zło. :)

Tata: częściej od mamy nagina zasady...pozwala na więcej swobody...i dobrze, że tak robi... dziecko musi też poznać życie z trochę innej strony niż ta, która pokazuje mama. Ma więcej ciekawych pomysłów (matka często myśli o tym co będzie na obiad...co jeszcze jest do zrobienia itp. i mało miejsca w głowie jej zostaje na różne różności :) ). Tata ma  większy dystans do mądrych rad...nie przejmuje się tym tak bardzo jak mama i robi swoje...bez ciągłego napięcia, które dziecko wyczuwa. Na siłę nie stara się być idealnym ojcem... on nim po prostu jest...my matki powinnyśmy się tego od naszych mężczyzn uczyć...idealny nie znaczy taki, którego akceptuje społeczeństwo... tylko idealny dla swojego dziecka... Jaki wpływ na rozwój dzieci mają mama i tata wszyscy wiedzą...nie będę się o tym rozpisywać. 
Nie możemy jednak powielać wszechobecnych stereotypów idealna matka, zły ojciec, bądź odwrotnie...żyjmy sobie w przekonaniu, że KAŻDY RODZIC JEST IDEALNY...jeśli nie jest to na pewno bardzo się stara :)

Nie mam już siły...

czyli jak nie zwariować " pracując" w domu. No właśnie jak to zrobić...może znajdzie się ktoś kto poda proste rozwiązanie...ja tego nie zrobię bo nie wiem. Średnio dwa razy dziennie rozbiłabym głową ścianę (ale ścian szkoda) 3 razy w tygodniu poleciała na Księżyc z biletem w jedną stronę...no ale weź zostaw swoich kochanych Terrorystów samych...zapłakałabym się za nimi. 

Temat jest trudny i nie ma jednej idealnej recepty. Każda z nas radzi sobie na swój własny sposób z tym żeby nie wylądować w szpitalu psychiatrycznym. Wszystko ok...masz obowiązki jak w każdej pracy...ale idąc do pracy wychodzisz do ludzi...nie mówię, że dziecko nie jest człowiekiem (ten kto chce może się przyczepić). Masz do kogo buzię otworzyć...z kim wypić kawę, możesz spokojnie ponarzekać, że ci się nie chce...

Narzekając na pracę w domu spotykasz się najczęściej z tekstami typu : czym ty jesteś zmęczona??? przecież siedzisz w domu i nic nie robisz ( za to nicnierobienie można zarobić bardzo dobre pieniądze) . Codziennie dzieje się coś nowego. W domu w sumie też- zrobisz coś innego na obiad...pójdziesz inną trasą na spacer, dziecko wymyśli coś nowego, żeby ci się nie nudziło...ale jest taki moment, że to wszystko jest mega męczące...wstajesz rano nic ci się nie chce...wszystko nawet świecące słońce za oknem doprowadza cię do szału...i co wtedy robisz? Ja zaczęłam pisać bloga (nie wiem czy ktoś go czyta, ale piszę), ktoś biega, inny dzierga na szydełku...przykładów można wymienić tysiące...i mimo, że znajdziesz sobie jakieś dodatkowe zajęcie to przyjdzie następny gorszy dzień i te sposoby nie pomogą...no chyba, że ktoś ma na to cudowną receptę :) jak coś to ja poproszę :P

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Morze jest dobre na wszystko...

Wyjazd nad morze mieliśmy zaplanowany na majówkę...jednak plany się nieco zmieniły i wylądowaliśmy tam w czerwcu. Może i dobrze bo pogoda była ładniejsza i mogliśmy zrealizować wszystkie punkty wycieczki. 

Matka bała się wyjazdu...L chorutka, ale nie przeszkodziło nam to w dobrej zabawie- chyba nadmorski klimat dobrze na nią wpływał. Podróż minęła pod znakiem wesołych śpiewów naszej małej podróżniczki. Dojechaliśmy na miejsce...L mówi, że ubieramy się i jedziemy już do domku...ale jakoś udało się ją przekonać do pozostania...obyło się bez większych tragedii z zasypianiem w nowym miejscu...upodobała sobie łazienkę Cioci i Wujka- ciągle myła ręce i nie chciała wychodzić z wanny.

Na plaży rozwaliła ludziom randkę- opowiadała im wierszyki, śpiewała piosenki i w nosie miała swoją ekipę. Spotkaliśmy panów grających na gitarach:) L z patykiem przyłączyła się do nich, później chciała im buchnąć gitarę i zebrane pieniążki:) 

Kolejnym punktem wycieczki było Zoo. Zwierzątka odwiedzamy za każdym razem kiedy jesteśmy w Trójmieście. Młoda najbardziej podziwiała słonie, żyrafy, zebry i małpy...bardzo chciała zobaczyć tygrysa...ale zasnęła...nic nie straciła bo tygrys też uciął sobie drzemkę:) 

Wieczorem matka z Bratem i Bratową udała się na nocny bieg kibicować najlepszym biegaczom z Morąga. Mimo padającego deszczu było rewelacyjnie :) trochę rozrywki też się należy. Nie byłabym sobą gdybym nie poszalała na wyprzedażach i w SH. Zakupy udane :) Szafy moich Towarzyszek ( Mamy i Bratowej) także wzbogaciły się o nowe nabytki :) Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i trzeba było wracać... najważniejsze, że wyjazd udany, akumulatory naładowane i wszystkie buzie uśmiechnięte...nasze bo było fajnie...Brata i Bratowej, że w końcu wyjeżdżaliśmy :) ( mam nadzieję, że mnie nie zabiją i w razie co noclegu nie pożałują) . Także co złego to nie my... już nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu :)






wtorek, 17 czerwca 2014

Uważaj na słowa

Z pozoru nic się nie dzieje zdrowe dziecko rośnie jak na drożdżach...jednak jest mały problem dziecko nie chodzi mimo, że rówieśnicy już dawno biegają. Nie będę tu opisywać całej historii- na szczęście trafiliśmy na cudowną Rehabilitantkę i wszystko jest ok.

Chodzi tu o ludzi...idziesz z dzieckiem na spacer ( dziecko w wózku) teksty typu mamusia by dziecko z wózka w końcu wypuściła i milion pięćset pytań czemu jeszcze nie chodzi??? moje w tym wieku to już biegało, skakało itp. może musisz ją prowadzać, stawiać kup jej chodzik szybciej pójdzie. Dziękuję mam zalecenia od rehabilitantów i wiem co mam robić...eee tam gadanie kiedyś tak się robiło i roczniak chodził...a teraz mamy wszyscy dzięki temu krzywe kręgosłupy. 

I tak w kółko aż się człowiekowi z domu nie chce wychodzić bo ciągle to samo. Idziesz do piaskownicy czemu pani dziecko na rękach nosi? Taka duża niech chodzi...można olewać to wszystko ale do momentu...kiedy Twoje dziecko bierze książeczkę i pokazuje ci idące dziecko i mówi : Lenka tup, tup na spacer...siedzisz i ryczysz...robisz wszystko żeby było dobrze a tu nadal nic...dziecko kończy 18 miesięcy są pierwsze kroki cieszysz się... później powrót na kolana i kolejne dni stresu. Nadchodzi piękny dzień i Terrorystka śmiga tak, że nie można jej zatrzymać...zaczynają się "spacery" a raczej biegi...no i dla bezpieczeństwa dziecka kupujesz szelki ( na placu zabaw i na trawie Młoda śmiga bez tzw "smyczy")...zaczynają się komentarze mama prowadzi Cię jak pieska itp., itd...Mnie to nie rusza moja d...jest wystarczająco twarda, ale moje dziecko nie musi tego wysłuchiwać...ono jeszcze wierzy, że wszyscy ludzie są dobrzy...

Masz człowieku  jakiś problem powiedz to  w momencie kiedy moje dziecko nie słucha...ono rozumie więcej niż ci się wydaje...kiedyś odpowie aż ci w pięty pójdzie mamusia ją nauczy jak reagować na głupie teksty... niech tylko trochę podrośnie :)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Punkt widzenia...

jak wiadomo zależy od punktu siedzenia. Dzisiejszy temat- marzenia, bez nich życie byłoby bardzo nudne. 

Będąc małym dzieckiem marzysz o ....no własnie o czym marzą małe dzieci- dostają masę różnych gadżetów ( cieszą się najbardziej z prostych rzeczy- moja L najbardziej cieszy się z bułki kajzerki i herbatników...dostając ubrania najbardziej zainteresowana jest metkami) wszystko mają zapewnione ( nie mówię tu o przypadkach znanych z tv- gdzie dzieci żyją w piekle) i ciężko sprecyzować o czym mogą śnić :) 

Starsze dziecko powie, że jego największym marzeniem jest lalka, zestaw przeróżnych stworków itp., a rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie za wszelką cenę chcą te zachcianki spełniać prześcigając się kto da lepsze/ więcej...ale czy o to chodzi???Póki co L dostaje dużo różnych rzeczy...część w spadku po dzieciach kuzynów, znajomych ale i nowe...nie wiem czy potrzebuje tego do szczęścia, bo wszystko przewala się z jednego kąta w drugi...no ale to temat na osobny post.

Dzieci dorastają...i marzenia się zmieniają. Największym problemem i zarazem marzeniem jest pójście na imprezę- czy rodzice mnie puszczą, jak nie to gdzie szukać pomocnej osoby, która mi to załatwi, przekona ich :) Pamiętam dobrze te czasy...największa tragedia- wszyscy idą ja nie mogę... i kombinowanie na wszystkie możliwe sposoby, żeby trafić tam gdzie znajomi...udaje się po tygodniu walki rodzice pozwolili. Szykowanie, podekscytowanie lecisz na imprezę i okazuje się, że nie jest wcale tak fajnie jak ci się wydawało. To chyba dlatego, że zakazany owoc najlepiej smakuje. Nastolatki jednak do realizacji swoich marzeń dążą z wielkim uporem...zrobię to choćby nie wiem co...i moim zdaniem jest to super sprawa... w każdym z nas powinno zostać trochę tego nastolatka i życie byłoby o wiele łatwiejsze... nie wejdę drzwiami wbiję oknem :). 

Rozmawiamy sobie ostatnio z PT. Opowiadał mi o dyskotekach z perspektywy faceta w wieku nastu lat. Idziesz, spodoba Ci się jakaś dziewczyna pół imprezy zastanawiasz się czy podejść i poprosić do tańca. Leci wolny kawałek...decyzja podjęta idę...ale czy się zgodzi, czy nie wyjdę na idiotę??? Młodzi ludzi bardzo potrzebują akceptacji rówieśników...marzą o wielkiej miłości aż do śmierci...piękne marzenia, które jednak weryfikuje życie...zakochujesz się druga osoba to odwzajemnia jest pięknie...pęka to jednak z dnia na dzień i jest to tragedią...jak się później okazuje nie tak wielką. Znam oczywiście pary, które mimo wszystko przetrwały zaczynając swoje związki w liceum:). 

Później marzysz żeby zdać maturę...ok zdajesz dostajesz się na wymarzone studia...kończysz je z 5 na dyplomie i następuje brutalne zderzenie z rzeczywistością- nie ma zapotrzebowania na pracowników z twoim wykształceniem, nie masz doświadczenia, znajomości... i zaczynają się marzenia o znalezieniu jakiegokolwiek zatrudnienia...

Przychodzi w życiu człowieka moment, w którym chciałby założyć rodzinę. Spotykają się dwie pokrewne duszyczki, dobrze im ze sobą...czego chcieć więcej... mieszkanie by się przydało...zaczynasz marzyć o tym, żeby bank udzielił kredytu...dostajesz i każdej nocy śnisz aby wygrać w totka/ dostać spadek... żeby go spłacić. Jak to w związkach/ małżeństwach bywa...chcecie mieć dziecko...planujecie, pracujecie nad tym. Udaje się...teraz marzeniem każdego rodzica jest to, żeby dziecko było zdrowe...po cichu też obstawiasz płeć...przychodzi moment porodu- aby wszystko poszło zgodnie z planem...

Później marzysz już jedynie o przespanych nocach, braku chorób, o pierwszych krokach, słowach i tak można wymieniać aż do skończenia przez potomka 60 :)

Nie można jednak zapominać w tym wszystkim o sobie... oczywiście ja też jak każdy rodzic większość energii zużywam na dziecko i myślenie o jego przyszłości ale mam też swoje małe pragnienia...hehe chciałbym zrobić sobie kolejny tatuaż, remont w domu...pojechać gdzieś odpocząć...i to akurat za parę dni nastąpi...brygada antyterrorystyczna jedzie obstawiać poczynania L nad morzem:) 

sobota, 14 czerwca 2014

Nauka przez zabawę

Z racji tego, że moja córka jest dzieckiem ciekawym świata i wszelkich nowości oraz bardzo szybko zdobywa nowe umiejętności staram się jak mogę wspierać jej rozwój i zainteresowania. Słyszałam już wiele komentarzy próbujących "ostudzić" mój zapał...ale ani przez chwilę nie miałam zamiaru rezygnować :) Wiem, że nie powinnam robić niektórych rzeczy, ponieważ nasz system edukacji został zmodyfikowany i dopiero szkoła powinna uczyć dziecko czytania, pisania itp.,ale widząc jaką radość sprawia to Lence nie mogę tego nie robić :) 

Wielu z Was za pewne pomyśli, że mi się w głowie poprzestawiało i męczę dziecko...otóż nie... stosuję tu zasadę" Podążaj za dzieckiem". Sprawdzam, próbuję, kombinuję ale to i tak Młoda jest w tym duecie osobą, która decyduje co, jak i kiedy... Jak już wcześniej wspomniałam uczymy się angielskiego. Zaczęło się od liczenia...później proste zwroty ( przedstawienie się, kocham cię itp.). Zajączek Wielkanocny był na tyle łaskawy, że podarował książeczkę z obrazkami i napisami po angielsku...szybko jednak została opanowana. Będąc w Rossmannie trafiłam na karty obrazkowe Czuczu, które gorąco polecam. Jest to jedna z ulubionych zabawek Młodej. 

Zabawki, które uwielbiam kupować to drewniane układanki- z obrazkami, literkami, cyferkami- w dodatku można je znaleźć w naprawdę dobrych cenach w Biedronce. Cyferki Lenka załapała bardzo szybko, z alfabetem ma jeszcze trochę problemów ale nie robimy z tego tragedii. Wchodząc do sklepu widząc ceny L potrafi powiedzieć : Mamo cyferka 5, mamo cyferka 3...ludzie często dziwnie na nas patrzą, niektórzy pytają w jakim wieku mam dziecko...i nie wierzą, że już tyle wie...ja w sumie zanim zostałam matką w takie cuda nie do końca dowierzałam. A jednak jest to możliwe. Nie mówię tu o rodzicach, którzy całymi dniami wałkują dziecko aby tylko się czegoś nauczyło, żeby było się czym pochwalić...nie tędy droga... Nie powiem jestem dumna z osiągnięć mojej córki, ale nigdy nie będę robić niczego czego nie będzie chciała. 

Książeczki, które bardzo lubię za równo ja jak i dziecię moje kupowane są bardzo często. Czytamy, oglądamy czasem po kilkanaście razy dziennie (większość jak każdy rodzic znam już na pamięć). Nie bójcie się jednak moja L ogląda też tv...żeby nie było, że u nas tak idealnie i tylko książki nauka, układanki. Za bajkami nie przepada...programy muzyczne wręcz ubóstwia...wiem, że nie powinna za dużo czasu spędzać przed telewizorem i włączam jej też radio.Śpiewa, tańczy- jest wesoło. Lubi słuchać wierszyków...i później je powtarzać... ostatnio podłapała tekst mojej Mamy : Koniec imprezy gacie na dupę... i choćby człowiek chciał nie można się nie śmiać...:)

Zabawa na podwórku wygląda różnie...wychodząc do piaskownicy spędzamy w niej kilka minut a później biegamy ( dosłownie) wszędzie gdzie tylko się da. Staram się wpajać młodej zasady "panujące" na palcu zabaw...ale czy tam są jakieś zasady...otóż ostatnio stwierdziłam, ze są...większość dzieci nie pozwala do siebie podejść bojąc się, że ktoś je pobrudzi i utwierdzani są w tym przez swoich rodziców i babcie. Ale nie generalizuję bo trafiają się też dzieci i ich opiekunowie z którymi można na prawdę fajnie spędzić czas. Lenka wie...że nie może zabierać innym dzieciom zabawek i jeżeli bierze coś to powinna ( nie musi) podzielić się także swoimi. Póki co nie mamy z tym problemów, ale co będzie w przyszłości- nie wiem. Czas pokaże. Idąc do wspomnianej piaskownicy pozwalam Młodej na dużo- tarza się w piasku, sypie sobie na głowę i wszędzie gdzie popadnie- jeśli nie ma dzieci...w grupie panują trochę inne zasady i tych musi się trzymać. Zapomniałam i najważniejszej pasji poza fryzjerstwem ( czytaj szarpanie i rozwalanie maminej i babcinej fryzury)- mianowicie chodzi tu o gotowanie. Lenka od Mikołaja dostała kuchnię, w której namiętnie każdego dnia gotuje nam krupnik. Każdy kto nas odwiedza musi razem z nią robić obiad. Lustro myje razem z nią zęby. Uczy się także podstawowych obowiązków domowych ( ale to nic nadzwyczajnego w procesie socjalizacji) takich jak odkurzanie, ścieranie kurzu, układanie ubrań w szafkach, wkłada pranie do pralki itp. Zmywa też naczynia ale póki co w swojej małej kuchni. W sklepie płaci za zakupy- matka robi za tragarza:). 

Jak już wspomniałam niczego jej nie narzucam, wspieram, pomagam w dążeniu do bycia jak najlepszym człowiekiem.

Trudny wybór

Przez całe życie człowiek dokonuje wyboru...ale ten dotyczący opieki nad dzieckiem moim zdaniem jest jednym z najtrudniejszych. Przychodzi moment, że rodzice muszą powierzyć potomka na czas swojej nieobecności w domu innym osobom.

Tu zaczynają się schody- niania czy żłobek/klub malucha/przedszkole. Jeśli nie miałabym wyboru zatrudniłabym nianię. Jeśli ten wybór będę miała stawiam na placówki. Moim podstawowym argumentem w tej kwestii jest przebywanie dziecka w grupie, szybsza nauka samodzielności...często dzieci w domu nie robią wielu rzeczy- rodzic myśli nie potrafi z czasem się nauczy...nianię ( nie każdą) łatwo przerobić na swoją stronę. 

W grupie jest inaczej- maluch patrzy na inne dzieci i chce robić tak samo, opiekunki/ nauczycielki w przedszkolu nie są w stanie robić wszystkiego za każdego i to moim zdaniem jest dobre. W późniejszych etapach życia trzeba będzie sobie radzić z wieloma trudnościami i nie zawsze będzie ktoś kto dziecko wyręczy. Dzieci funkcjonujące w grupie mają łatwiejszy start w szkole, są przyzwyczajone do rówieśników, mają mniejszy problem z nawiązywaniem kontaktów...chociaż moja Terrorystka póki co siedzi ze mną w domu i tez nie ma tego problemu. Byliśmy ostatnio u lekarza. Stoję w kolejce do rejestracji, Lenka i PT biegają po korytarzu, pojawiła się dziewczynka na moje oko w jej wieku. Młoda podbiega i mówi : "Cześć jestem Lenka mam dwa lata:)" dziewczynka się trochę przestraszyła i tyle z nowej znajomości. Ale to tak na marginesie. 

Jest też wiele argumentów (nie moich)  przemawiających za tym, że lepsze  jest przebywanie z nianią. Rzadziej choruje, jest pod lepszą opieką itp. itd. Znam rodziców, którzy zapierali się, że ich dziecko nigdy nie trafi do przedszkola a co dopiero do żłobka...dzieci szybciej zaczęły tam uczęszczać niż by się wszystkim wydawało- bo dziadkowie/niania rozpieścili i nie dajemy sobie rady...poszła/ poszedł do przedszkola i od razu jest inaczej- lepiej.

Największy problem z placówkami jest taki, że okropnie trudno tam dziecko zapisać... wciąż za mało miejsc a za dużo dzieci. W mojej miejscowości są 3 przedszkola i jeden żłobek funkcjonuje też klub malucha i kolejny mam nadzieję niebawem ruszy:) Myślę, że uda nam się tak wszystko zorganizować, żeby córka do któregoś z nich trafiła...ale póki co jeszcze się nie zapowiada.

piątek, 13 czerwca 2014

1oo słów to za mało...

by opisać moją osobę...ale streszczę się żeby nie zrobiło się nudno. Większość osób, które do tej pory trafiły na bloga to moi znajomi. Oni wiedzą o mnie dużo...jeśli nie, dowiedzą się za chwilę.  

Czym się zajmuję i gdzie mieszkam już wiecie. Pisać bym mogła wszystko...ale trzeba wybrać to co najważniejsze.
Jestem osobą z natury dobrą, chętną do pomocy...jednak życie nauczyło mnie żeby traktować ludzi tak jak oni traktują ciebie- w sumie nic nowego nie odkryłam, ale musiałam do tego w końcu dojść sama. Póki człowiek się nie sparzy nie przejrzy na oczy. Moje życie wygląda pewnie jak u połowy z Was:) Jak każda kobieta uwielbiam prać, sprzątać, gotować i Perfekcyjna Pani Domu na pewno jest przy mnie malutka :P Oglądam sobie seriale żeby jakoś zabić czas :) Słucham muzyki- jakiej- odpowiem, że każdej ale od lat jestem wierną fanką hip-hopu. Z racji tego, że jestem matką znam na pamięć wszystkie możliwe dziecięce piosenki a ostatnio także disco polo... 

Uwielbiam czytać książki...przeróżne...najpierw patrzę na okładkę- jest ok patrzymy na tytuł...później już reszta...dom bez książek jest dla mnie pusty, mogłabym wydawać na nie duże pieniądze (gdybym je miała). Młoda także uwielbia czytać, co bardzo cieszy matkę. 

Wolny czas...kiedyś spędzałam go inaczej...bardziej rozrywkowo, teraz z racji posiadania dziecka trochę przysiadłam na tyłku, ale cóż nie narzekam ( no czasami mi się zdarza). 

Jako matka jestem zwolenniczką wychowywania dziecka bez klapsów ( nikt nigdy mnie nie przekona, ze klaps nie zaszkodzi), są inne metody ogarnięcia małego buntownika...chociaż czasem wydaje mi się, że nawet gdyby było ich milion to żadna nie jest skuteczna. Wiecie co wtedy robię...wychodzę i czekam aż mi przejdzie. Największą porażką będąc rodzicem, pedagogiem, człowiekiem będzie dla mnie moment kiedy nie dam rady i tego klapsa dam...ale spokojnie nie zapowiada się żeby to nastąpiło. Moja córka może robić na prawdę dużo...ale ma postawione granice, które niejednokrotnie przekracza (ale w sumie zasady są po to żeby je łamać) i mam nadzieję, że wyrośnie na porządnego człowieka.

Jako partnerka życiowa...hmmm tu musiałby wypowiedzieć się PT... ale on stwierdził, że nie będzie się wcinał w moje blogowanie bo jego sława przyćmi moją i będzie problem :)

Jako córka niejednokrotnie dałam popalić rodzicom...ale mimo wszystko jakoś ze sobą funkcjonujemy i muszę przyznać, że bez nich byłoby na prawdę ciężko...Mamo Tato kocham Was:) 

Jako starsza siostra- mój Brat na pewno mógłby napisać o tym dość ciekawą książkę...bywało różnie...ale jakoś się ułożyło...i świata poza sobą nie widzimy :)

Jako człowiek staram się nikomu nie uprzykrzać życia...każdy ma prawo do układania go po swojemu i nikt nie powinien się wcinać...mądrych rad chętnie posłucham z innymi można dać sobie spokój.

Dużo mówię, czasem aż za dużo...ale co ja poradzę, że mnie język świerzbi. Wiele osób tego nie lubi ale to już nie mój problem...nie pasuje do widzenia...bywam upierdliwa, wredna- w zależności od sytuacji potrafię też czasem być miła. Kiedy o coś walczę to do samego końca (ostatnio walczyłam ze służbą zdrowia i się udało). Jestem istotą głośną chyba z racji tego, że mam metr pięćdziesiąt w kapeluszu...nie widać a słychać. 

Reszta pozostaje tajemnicą...do momentu aż nie będę miała tematu na posta :) Buziaki

czwartek, 12 czerwca 2014

Trochę o małej Terrorystce

Przedstawię Wam moją córkę:) Bo gdyby nie ona to pewnie nie zabrałabym się za pisanie bloga. 

Lenka urodziła się w 2012 roku. W szpitalu spędziłyśmy Święta Wielkanocne. Był to mój pierwszy w życiu pobyt w szpitalu. Zdecydowałam się na poród w Szpitalu Powiatowym w Ostródzie. Mimo wielu nieprzychylnych komentarzy jestem bardzo zadowolona ze wszystkiego co tam się działo. Ale nie będę się o tym rozpisywać. 

Lenka jest bardzo żywiołowym, pomysłowym dzieckiem. Nie można się przy niej nudzić. Jest wielką fanką Kubusia Puchatka i Myszki Minnie. Uwielbia muzykę- najbardziej disco polo...czasem jednak lituje się nad rodzicami i zmienia repertuar:) Bardzo dużo mówi i lubi śpiewać. Gra na wszystkim co tylko możliwe- a w graniu na nerwach przebija nawet matkę. 

Bardzo przypadła jej do gustu nauka angielskiego, która wspomagana jest kartami Czuczu. Nie wynika to z moich niespełnionych ambicji ( sama nie za dobrze znam ten język) ale z przypadku. Lenka nauczyła się liczyć po polsku do 10. Policzyłam jej po angielsku. Przyszła do mnie i powtarza więc stwierdziłam, że trzeba kuć żelazo póki gorące i tak zaczęła się nasza przygoda. Nigdy wcześniej nie myślałam, że tak małe dzieci mają tak dobrą pamięć i tak szybko się uczą. Nie chwalę tu tylko mojej córki bo znam wiele dzieci, które mają przeróżne talenty:) i są w podobnym wieku. 

Wracając do Lenki jest bardzo otwarta w stosunku do ludzi, dzieci. Bardzo cieszy się ze spotkań z rówieśnikami. Miewa też swoje gorsze dni i wtedy bez kija nie podchodź...ale kto takich dni nie ma.

Większość moich znajomych poznała już niektóre wyczyny Młodej. Jeden z nich miał miejsce w Kościele. Poszłyśmy na Święconkę...stoimy sobie w przedsionku bo tłok ogromny. Obok nas naczynie z wodą święconą (kropielnica się chyba fachowo nazywa) Lenka pokazuje palcem i mówi: Mamo kibelek:) matka udaje, że nie słyszy...i próbuje zachować powagę. Młoda znów tym razem głośniej Mamo kibelek...wtedy już nie wytrzymałam i niestety wiem, że nie powinnam ale zaczęłam się śmiać. 

Parę dni temu gotowałam jej na obiad kopytka...mówię idź do taty mama ugotuje kopytka i cię zawoła...poszła...wraca i śpiewa mama gotuje nogi, mama gotuje nogi:) Myślę sobie PT ją wyszkolił...wyłaniam się z kuchni w celu weryfikacji a tu okazuje się, że poszła do niego i powiedziała to co mi.Pewnego dnia wychodzę z łazienki widzę L malującą szczoteczką do zębów lustro. Lenko co robisz??? Lustro też myje zęby...i weź bądź człowieku mądry. Każdego dnia Młoda coś wymyśla:) nie martwcie się będziecie na bieżąco:) 

                    

Witajcie w moich skromnych progach :)

Z myślą o założeniu bloga nosiłam się już od dłuższego czasu...zawsze było jakieś ale. Podstawowy problem o czym będę pisać...czy ktoś będzie to czytał...dziś dostałam kopa od Plotkara i zobaczymy co z tego wyjdzie:) Dwie czytelniczki będą na pewno:) moja Mama i Monia :).
Teraz należałoby dodać kilka słów o sobie : mam na imię Małgorzata (wolę wersję Gośka) bliżej niż dalej mi do 3 z przodu. Mieszkam w Morągu w woj. warmińsko- mazurskim. Jestem absolwentką studiów pedagogicznych. Pracowałam jako księgowa oraz pomoc nauczyciela z dziećmi niepełnosprawnymi. Na co dzień zajmuję się wychowywaniem dwuletniej córki Lenki:) Mam jednak nadzieję, że w najbliższym czasie zacznę się także realizować zawodowo. 
Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do czytania moich wytworów:)

Gosia