wtorek, 30 września 2014

Niewiedza- co z niej wynika?

L jest naszym pierwszym i póki co jedynym dzieckiem :) Zaszłam w ciążę- obłożona poradnikami błogo spędzałam czas. Jedną ciekawą książkę dostałam w prezencie. Wszystko dotyczące ciąży, porodu, połogu i pielęgnacji dziecka podane na tacy. Dodatkowo w internetach jest mnóstwo informacji na każdy temat. Jak jest w rzeczywistości każdy wie. Teoria i praktyka często się mijają.

Urodziła się L. Po pięciu dniach wróciliśmy do domu. No i się zaczęło. Było to na początku kwietnia- pogoda raz śnieg raz słońce. Młoda sobie smacznie spała- nie należę do tych przegrzewających- PT wstawał do pracy przykrywał ją dodatkowym kocem i spokojnie opuszczał mieszkanie. Ja się przebudzam wstać mi się nie chce ale widoku tego znieść nie mogę...wstaję odkrywam ją i idę dalej spać. Mówię mu o tym , proszę żeby tego nie robił ale przecież córeczka zmarznąć nie może. Wyskoczyły jej potówki- pierwsza myśl to na pewno uczulenie- prawie wszyscy w rodzinie są alergikami więc i ona może być. Szybki telefon do mamy. Diagnoza doświadczonej pielęgniarki i matki dwójki cudownych dzieci- potówki. Atakuję więc PT, że to przez jego przykrywanie:) może nie przez to ale wywalczyłam to, że już nie leżała pod warstwami okryć.

Wiadomo, że powinno się dbać o higienę piersi podczas karmienia...ale nie za często. Matka po każdym karmieniu leciała je szorować. Efekt- L nabyła pleśniawki. Dostała lek. Unormowało się. Po jakimś czasie patrzę ma nawrót. Tylko zastanawia mnie od czego. Ale ok nie panikuję do lekarza nie biegnę- przemywam wacikiem raz drugi...okazuje się, że to mleko :)

Pierwsze odparzenie pupy- po Nystatynie na pleśniawki- matka cuduje super extra maści używa. Dupka trochę lepiej wygląda...ale za chwilę znów jest pogorszenie. Zamiast zacząć od najprostszych sposobów- czyli mąka ziemniaczana, jogurt naturalny ja jak zwykle na około...

Początek maja L ma prawie miesiąc- pogoda znów zmienna. Wybieram się na dłuższy spacer- 5 km w jedną stronę. Dzwonię do mamy i pytam się jak mam ją ubrać- odpowiedź pada- ciepło:) 
Ubieram więc Młodą- body, śpiochy welurkowe, bluza, spodenki i akrylowy kocyk na wierzch. Idziemy sobie ona śpi więc chyba nic jej nie przeszkadza:) Spotykam mamę, która właśnie się do nas wybrała. Patrzy i oczom nie wierzy..., że aż tak bardzo do serca wzięłam sobie jej słowa i opatuliłam L jak na Sybir. Szybkie rozbieranie i już spokojnie możemy dalej maszerować.

Przychodzi moment odstawienia od piersi ( L ma wtedy 6 miesięcy). Nie chce pić mm ( tak mi się bynajmniej wydawało- nie chciała butelki) więc odciągam swój pokarm i według zaleceń umieszczam w lodówce. Otwieram pewnego razu lodówkę patrzę a w butelce osad. Więc wybieram się w kierunku zlewu żeby pozbyć się mleka. Na pewno się zepsuło. Na szczęście jest u nas ciocia PT i uświadamia mnie, że to normalne jak podgrzeję będzie ok. Po prostu miałam tak tłusty pokarm...ale skąd ja to miałam wiedzieć.

Było jeszcze wiele ciekawych sytuacji- na pewno:) teraz jednak sobie nie przypominam. Jak mnie kiedyś olśni to na pewno opiszę :D
Wiadomo, że człowiek uczy się na błędach, nie myli się ten, który nic nie robi. Jednak wiem, że wraz z pojawieniem się kiedyś kolejnego dziecka pojawią się nowe niewiadome i nowe akcje :)

Pobawmy się razem :)

Często zabawy przebiegają dość stereotypowo. Układamy klocki, układanki, czytamy książki, rysujemy itp. itd. Czy nie można zamienić prostych codziennych czynności w zabawę z dzieckiem?
Ciężka to sprawa. Wstajesz rano obmyślasz plan działania żeby się w miarę ze wszystkim wyrobić. Wszystko szybko w nerwach... wchodzisz do pokoju dziecka i mówisz, żeby posprzątało zabawki. Tyle twojego co sobie pogadasz. Wpadasz jak tornado wszystko zbierasz i cieszysz się porządkiem przez 5 minut.

Najpierw wymagasz od dziecka żeby po sobie sprzątało, później robisz to sama/ sam i w głowie dziecka dzieją się w tym momencie niesamowite rzeczy. Rodzic każe mi coś zrobić, ja tego nie robię- bo on zrobi to za mnie- myśli sobie dziecko. Ty w tym czasie lecisz i robisz coś innego. Przebiegły smyk robi bałagan po raz kolejny...po co? Po to, żeby wzbudzić twoje zainteresowanie.

W tym momencie zatrzymam się:) Nie jest tak, że ja nie robię podobnie. Często mi się to zdarzało. Nerwica level hard...i co mnie oświeciło- wizyty mojej mamy. Wychodzę wtedy na zakupy itp. Wracam a w rezydencji Młodej błysk. U nas w pokoju błysk. Mamo dlaczego sprzątałaś? Nie sprzątałam- sprzątałyśmy z L słyszę w odpowiedzi. Klocki zbierają razem ( Babcia jej podaje Ona wrzuca do pudełka, ), biorą torbę i zbierają do niej zabawki, kartki i wszystkie gadżety Młodej walające się po domu. Efekt rewelacyjny- zabawa i nauka utrzymania porządku. Najlepsze w tym jest to, że ład i skład jest dłużej niż 5 przysłowiowych minut.
Kilka razy zastosowałam sposób mojej Mamy i powiem Wam, że L zachwycona, matka szczęśliwa. Połączenie przyjemnego z pożytecznym. 
Małe dziecko pozostawione bez "opieki" zwyczajnie się nudzi i wtedy ma pole do popisu. Po co niepotrzebnie tracić nerwy jeśli można to wszystko jakoś pogodzić. 5 minut cię nie zbawi- sprawisz przyjemność zarówno sobie (porządek) jak i dziecku- zabawa :D

Warto zastanowić się w jakich obowiązkach dziecko może pomóc rodzicowi- tak żeby nie zrobiło sobie krzywdy oczywiście. L ze mną odkurza, wstawia i rozwiesza pranie, myje okna, zamiata podłogi itp. Wiem Ameryki nie odkryłam- dzielę się jedynie swoimi spostrzeżeniami :)

poniedziałek, 29 września 2014

Powiedzcie jak to jest naprawdę

czyli odpowiedzi na moje pytania dotyczące kontaktów z teściową. Problem istnieje- czytałam o tym w Waszych komentarzach. Zdecydowałam się na to posunięcie w jednym oczywistym celu- żebyście mogły to z siebie wyrzucić. Mam nadzieję, ze chociaż jednej osobie to pomogło. Żadne to pocieszenie tak być nie powinno ale zawsze jest ktoś kto może mieć gorzej niż my. I co robić cieszyć się? Nie, wspierać się nawzajem w tych trudnych momentach, Ode mnie macie całkowite wsparcie. Trzymam za Was kciuki i jeśli potrzebujecie się wygadać zapraszam na maila, fb ( priv). Nie przekażę tego dalej nie martwicie się :)

Przejdźmy więc do sedna. Przedstawię Wam odpowiedzi kilku osób. 

Pytanie 1: Jaka była najgorsza sytuacja między Tobą a teściową?

* "Wybiegłam trzaskając drzwiami, gdy teściowa wspomniała imię byłej mojego męża. Ale to kwestia moich nerwów, bo ona nie mówiła o niej, tylko o imieniu:) Ale ja mam alergię na to imię:)"

* "Na początku ciąży usłyszałam ze ciąża to nie choroba, choć ciążę przechodziłam bardzo ciężko od pierwszych tyg, a następnie, ze nie dam rady sobie i ze mogę wracać do domu (czyli odejść od męża)"

* " żadna specjalnie nie utkwiła mi w pamięci. wszystkie są podobnego ciężkiego kalibru"

* "No to się wyżywam. Odpowiadam w dwóch postach, bo mój elaborat nie chce się wysłać;)
Kiedyś ( zanim pojawiły się dzieci) relacje między mną a teściową były super. Relację z nią miałam lepszą, niż z własną mamą. Ale się popsuło. Luty tegoż roku. Przegięła z robieniem po swojemu (o tym za chwilę). Wydarłam się na nią, wywaliłam wszystkie żale, które nagromadziły mi się przez te całe lata. Obraziła się śmiertelnie ("ale ja się nie obrażam"). Po 2 dniach poszłam ją przeprosić za ton (było mi z tym źle, zawsze chciałam jej to powiedzieć, ale w spokojnej rozmowie). A oczekiwała, że przeproszę, za to CO powiedziałam (a powiedziałam najszczerszą prawdę). Synowa nieposłuszna, pokazała, że już nie będzie taka potulna, więc od tego czasu relacje są bardzo powierzchowne."

* "Oj moja teściowa to temat nie na 5 pytań a na książkę - horror w 3 aktach ... akt 1 - co było kiedy poznałam mojego męża (zanim za niego wyszłam) akt 2 - co było po ślubie do momentu kiedy ku radości wszystkich wyprowadziła się od nas i akt 3 - stan aktualny ... ale postaram się odpowiedzieć na pytania żeby ułatwić pisanie ... 
najgorsza sytuacja między mną a teściową to życie pod jednym dachem od momentu kiedy był to już nie jej dach (gdzie ja byłam tylko niechcianym gościem i przysłowiowym "złem koniecznym") ale nasz nowy dom gdzie zamieszkała mimo naszych nieprzychylnych wypowiedzi w temacie (były rozmowy tłumaczenia a finalny był szantaż emocjonalny na moim mężu). Problem był w tym, że to nie ona wydawała polecenia i dyrygowała wszystkim ale ja (przyznam się bez bicia ze do dobrych synowych to ja nie należałam ale jak Kuba bogu tak bóg kubańczykom) i nadrzędna zasada życia z nami była taka "Grunt to postępować dokładnie odwrotnie jak ja sobie tego życzę" ... No i odwieczny nasz problem "cicho bo mama nas usłyszy" ... po 16 latach w związku można już nie wytrzymywać psychicznie ..." 

Pytanie 2: Jakie najlepsze (czyli najgorsze) rady od niej otrzymałaś?

* "W sumie to nie wiem, nie przypominam sobie żadnych ani na plus, ani na minus. My z teściową raczej z dwóch różnych światów jesteśmy."

* "hmm rady było ich tak dużo ze sama nie wiem która była najgorsza chyba wszystkie, ona tresowała ja wychowuje"

* " nie wiem, nie słuchałam"

* " Ja 5-miesięcznemu Dominikowi (mojemu mężowi) dawałam grochówkę, dziewczynom też nic nie będzie. Nagminne rady, że moim dzieciom jest za zimno, że za lekko są ubrane, że powinnam zakładać to czy tamto (ja ich nie przegrzewam, bardziej prowadzę "zimny wychów cieląt ;) ) Aaa, no i po co ja tak Młodszą na rehabilitację prowadzam, przecież jak Mała uzna, że jest gotowa, to wszystko zacznie robić..."

* " 
Ja zasadniczo punktowana jestem od zawsze i trudno mi wymyślić co najgorszego mi radziła ... w przypadku dzieci zwyczajnie jej nie słuchałam bo ona swoich dzieci do 3 lat nie wychowywała (robiła to jej mama mieszkająca 40 km od niej ... moja teściowa swoje maluszki widywała w weekendy ...) tu moje doświadczenie górowało zawsze ... łot życie"

Pytanie 3: Jak teściowa odnosi się do Twoich zasad w wychowaniu dziecka? Czy przestrzega, czy robi po swojemu?

* "I tak, i tak. Raczej przestrzega, ale pewnie, jak nie widzę, to robi po swojemu;)"

* " hmm moje zasady no wiec pytam teściowa czy może się jeden raz dzieckiem zająć a ona, że na pewno nie będzie się nim zajmować jak ja i na tak dużo mu pozwalać..zrezygnowałam i nigdy więcej nie poprosiłam"

* "moja Teściowa twierdzi, że nie jest naszą służącą, nie będzie wykonywać naszych rozkazów i ma w dupie to jak wychowujemy dzieci, bo ona będzie robić to po swojemu"

* "Robi wszystko po swojemu. Przepraszam za długość posta, ale muszę to z siebie wywalić. Sytuacja z lutego. Wiki dzień po ustaniu trwającej 2 tygodnie jelitówki. Przyszła z grochówką dla mojego męża (wie, że ja nie jem, bo nie lubię, wie, że Wikunia przeszła ciężką jelitówkę). Usiadła z Młodzieżą na kanapie, Młodsza spała, ja poszłam na górę włączyć pralkę. Schodzę - siedzą obie przy stole, Młoda zajada się grochówką. Siadam, na spokojnie mówię, że nie podoba mi się ten pomysł, żeby to jadła, bo jeszcze dzień wcześniej sr*ła na potęgę. T. znów wyskakuje z historią o 5-miesięcznym D. (patrz. pkt 1). Bla, bla, bla... Nerwy mi narastają, w końcu ostentacyjnie zabrała Młodej talerz i wylała zawartość do kibla. Wtedy nerwy mi puściły i ... Patrz pkt. 1.Sytuacja sprzed miesiąca. Impreza u teściowej. Oliwka się wyspała, wzięłam ją do nas, chciałam jej dać kanapkę i jajko. Od razu mówię, że Młoda ma tendencje do alergii, daję jej sprawdzone produkty, a nowości wprowadzam bardzo ostrożnie i w bardzo dużych odstępach czasu. Niewiele może, ale cóż ja poradzę. Wracając... T. widząc to wypaliła, że ma ugotowane parówki (ona kupuje te najtańsze marketowe, ale że mają dziecięcą nazwę, to "na pewno mają najlepszy skład") to mówi, że jej przyniesie, bo jak to - mała na imprezie u babci i je kanapki, które ma w domu. Ja na to, że nie, że ona sobie tu zje co innego. Wzięła małą pod pretekstem, że ja mam coś zjeść, zaczęła ją karmić tą kanapką. A za chwilę, że musi iść do łazienki po coś tam. I poszła, z młodą na rękach, jeszcze Wiki za nimi poleciała. Już wiedziałam, co się święci... Wracają... Młodsza memłoli parówkę... Zagotowałam się, musiałam mocno gryźć się w język, żeby przy gościach nie powtórzyć akcji z lutego...
Malutka Wiktoria, miała może z 5 miesięcy, okolice sierpnia. Piękna pogoda, godzina 16, temperatura ok. 25 stopni. Wzięła Wiki na spacer (w foteliku zamontowanym na stelażu). Pyta się, czy jej kocykiem nie nakryć, bo jej chłodno będzie. W myślach pukam się w czoło, jej mówię, że będzie jej odpowiednio. I poszłam na budowę. Po jakimś czasie wracają ze spaceru. Patrzę, Wiki nakryta kocem AKRYLOWYM złożonym na 4.... Wyciągam ją, spocona jak mysz, jakby przed chwilą z kąpieli wyszła...
I znów o Oliwce. Przyszła z małą posiedzieć, gdy ja byłam w pracy. Pytała się, czy jak Mała się obudzi, to czy ją jakoś przebrać. Mówię, że nie, bo ma na sobie bluzkę z długim rękawem. I tak, za ciepło ubrana jak dla mnie, ale na pokaz teściowej dałam długi rękaw. Wracam z pracy, Oliv nie dość, że w bluzce z długim rękawem, to jeszcze w WEŁNIANYM swetrze i WEŁNIANYCH spodniach założonych na rajtuzy... A w domu 22 stopnie..."


* "Moja teściowa postępując w myśl swojej nadrzędnej zasady - uprzykrzyć mi życie - nie respektowała moich próśb, ani gróźb ani błagań ... niestety teraz odbija się to na niej bo Agata włazi jej na głowę tak perfidnie ze aż nie mogę na to patrzeć ... do tego stopnia ze moje dziecko do dziś nie potrafi przy niej zasnąć (wychodzi z założenia ze jak jest babcia to nie trzeba spać i potrafi szaleć do 2 w nocy efekt tego taki ze nie mogę z nią zostawić na noc dziecka bo nie mama zaufania ze to dziecko pójdzie spać o normalnej porze a nie padnie ze zmęczenia przed telewizorem - mistrzostwo świata było jak położyłam spać Agatkę i poszłam na imprezę do sąsiadów - miała mi tylko telefonem dać znać gdyby Agata się obudziła ... przychodzę do domu o 1.15 i zastaje Agatę oglądającą bajki u niej w pokoju na mój wqrw teściowa mówi "przecież nie zabraniasz dziecku oglądać telewizji!!" no com ... "

Pytanie 4: Czy próbowałaś dojść z nią do porozumienia? ( Czy zwyczajnie się nie da?)

* "Kiedyś miałam z teściową bardzo dobre relacje, teraz jest nieco gorzej, ale już wiesz, bo pisałam Ci ostatnio, gdzie mam opinię innych ludzi, więc się zbytnio nie przejmuję. Właściwie, wcale się nie przejmuję:)"

 * " prośby groźby kłótnie nie działały teraz już ja izoluje specjalnie"

* "  próbowałam. po ostatniej rozmowie "dziewczyno, jesteśmy rodziną!", "o problemach trzeba rozmawiać!" itp. zwróciłam jej uwagę, żeby nie dawała dziecku słodyczy jak my zabraniamy to jest obraza majestatu 1000%. teraz nie mam zamiaru mieć kontaktu z ta kobietą"

* " Próbowałam, wtedy po tej kłótni. Ale nadal robi swoje... Walka z wiatrakami..."
* " kiedyś próbowałam ... na prawdę się starałam ... potem już nie próbowałam ... akt 3 jednak zaczyna się bardziej klarować i teoria o tym ze miłość i nienawiść do teściowej zmieniają się z kwadratem odległości zaczyna się w moim wydaniu sprawdzać ... odkąd wyprowadziła się do swojego mieszkania nawet jestem w stanie z nią rozmawiać (uważam to za niesamowity sukces!!) "

Pytanie 5 ( według mnie bardzo istotne): Jak do tego odnosi się Twój mąż/partner?

* "   Też się nie przejmuje:)"

* " no tak z 1,5 roku było potrzebne żeby zauważył, że jego mama to taka zimna s..ale zauważył i mnie wspiera..choć troszkę"

* " po ostatniej sytuacji (patrz pkt 4) stwierdził, że wszelkie próby pogodzenia nas nie mają sensu. "

* " Hmm, ciężka sprawa... Nie wiem jak on się odnosi. Wie, że jego matka jest jaka jest, że często przesadza, ale patrzy przez pryzmat tego jakie ona miała trudne życie, każe mi odpuścić, nigdy się za mną nie wstawił... Ale niby rozumie"

* " . mój mąż jest najbardziej poszkodowaną osoba w tej wojnie ... stara się być lojalny wobec mnie (zwłaszcza jeśli idzie o dzieci i dom) ale broni teściowej w starciu bezpośrednim, ja jestem ciężkim przeciwnikiem w kłótni i on o tym wie dlatego wtedy - jeśli w niewielkim chociaż stopniu popiera jej racje - stara się mnie spacyfikować ... raczej nieczęsto mu się udaje i finał zwykle jest taki ze jej kłótnie ze mną przekładają się na moje kłótnie z mężem ... i to jest najgorsze co może się stać w związku ... nie przepraszam gorzej jest jeszcze tylko w sytuacji kiedy to my się kłócimy (znaczy ja i mąż) a ona wchodzi w naszą wojnę i staje murem za nim ... to bywa przyczynkiem do rozwodów bo jakkolwiek my się wcześniej czy później spotkamy w łóżku tak ona jatrzy temat i nie pozwala nam wrócić do codzienności - i dlatego właśnie po części zmusiliśmy ja do wyprowadzenia się od nas ... niestety nie nauczyła się jeszcze takich drobiazgów ze nie przychodzi się bez zapowiedzi i wchodzi z buta do salonu ale pewnie i tego jeszcze zdąży się nauczyć (weszła nam ostatnio w dość niefortunnym momencie ... szkoda ze zamiast nas przeprosić potraktowała nas jak smarkaczy i bezwstydników ... ech ... mój mąż skomentował to tak "żeby facet z własna zona i we własnym domu nie mógł się pieprzyc to już o pomstę do nieba wola!!") ".

Komentować nie będę doradzać również nie- nie jestem specjalistą w tej dziedzinie życia. Wiem, że warto na początku ustalić jasne zasady. Gorzej jest jednak jeżeli nie każdy potrafi dotrzymać umowy...

A na poprawę humoru 



Trzymajcie się dziękuję za Wasze historie. Teraz czekam na druga stronę medalu :D












Smutne to ale prawdziwe druga odsłona :)

Tytuł podobny ale tym razem zapraszam do współpracy osoby, które mają dobre kontakty z teściowymi. Chętnie poczytam o takich. Ostatnio czytałam tylko te złe. Teraz dla osłody przydałoby się coś miłego. A wierzę w ludzi i w to, że takie teściowe też istnieją. Post o złych relacjach mam nadzieję pojawi się dziś wieczorem. Materiały do drugiej części projektu zbiorę i również utworzę osobny post. Zapraszam więc do podzielenia się swoimi przeżyciami:)

Tradycyjnie żeby łatwiej było wszystko zebrać poproszę o odpowiedzi na moje pytania:

1. Najmilsza sytuacja związana z Twoją teściową.
2. Najlepsze rady jakie od niej otrzymałaś?
3. W czym najbardziej pomaga Ci teściowa?
4. Jakiej rady mogłabyś udzielić skłóconej synowej i teściowej?

Do dzieła zatem liczę na Was :)

Inne spojrzenie na niepełnosprawność...

Pracowałam kiedyś z dziećmi niepełnosprawnymi- to wiecie:) Praca z nimi nauczyła mnie przede wszystkim pokory i cierpliwości. Naszły mnie pewne przemyślenia na temat osób niepełnosprawnych i się nimi z Wami podzielę.

Skupiam się na osobach z niepełnosprawnością intelektualną, nie będę rozpatrywać wszystkich schorzeń jakie im towarzyszą.
Ludzie niepełnosprawni to przede wszystkim osoby szczere- coś im się nie podoba, kogoś nie lubią- walą prosto z mostu. Opinia innych jest mało ważna. Zwracają uwagę i cieszą się z prostych rzeczy, których my często nie dostrzegamy. Według mnie są to same zalety- ile łatwiej byłoby człowiekowi żyć nie przejmując się takimi rzeczami. Nie dążą do tego aby być lepszym od innych. Skupiają się na swoich pasjach i je doskonalą. Uwierzcie mi, że potrafią robić takie cuda, że człowiekowi się w głowie nie mieści. Najczęściej uzdolnieni są artystycznie- tworzenie, występy- nie raz się łezka w oku kręciła oglądając wyczyny podopiecznych :) Mają jak dla mnie jakąś niesamowitą moc.  
Jednak jeśli zapytasz się ile jest 2 dodać 2...odpowiedź przeważnie nie jest taka jakiej oczekujesz. W tym momencie zastanawia mnie to czy jest aż tak potrzebne do życia? Policzyć można na kalkulatorze i po problemie. Rzeczy, które robią niepełnosprawni ( kwiatki, figurki i  inne wytwory) spokojnie mogłyby zapewnić im źródło utrzymania, jednak nie w dzisiejszym świecie. Społeczeństwo jest tak nastawione na pięcie się po szczeblach kariery, zarabianiu kolejnych pieniędzy, że nie zwraca uwagi na takie "drobnostki". Liczy się kasa i mega modne gadżety. Liczy się pęd za wiedzą...która niekiedy w ogóle się do niczego nie przydaje. 

W szkołach dla osób z niepełnosprawnością intelektualną opracowywane są indywidualne programy nauczania dla każdego ucznia. Uwzględniają jego możliwości w zdobywaniu wiedzy. Zastanawia mnie fakt czemu jest aż taki nacisk ze strony społeczeństwa na to żeby dzieci zdobywały umiejętności, które im się nigdy nie przydadzą. Często jest tak, że wypracujesz coś z dzieckiem. Fajnie potrafi liczyć- ćwiczysz to codziennie. Przychodzą wakacje...po wakacjach wraca sobie uczeń do szkoły i trzeba zaczynać wszystko od początku. 

Za wszelką cenę chcemy z niepełnosprawnych zrobić osoby, które potrafią to co ich pełnosprawni rówieśnicy. Pytanie tylko dlaczego? Padają odpowiedzi- dlatego, żeby jak najlepiej funkcjonowali w społeczeństwie, radzili sobie w życiu, żeby nie odstawali za bardzo. Czy to jest dobry kierunek? Dlaczego to my nie możemy dostosować się do Nich? Dlaczego oni mają spełniać nasze wymagania a nie my ich? Bo tak jest łatwiej. Po co większość ma teraz zmieniać swoje podejście, zachowanie dla mniejszości? Uważam, że powinniśmy trochę przewartościować swoje nastawienie ze względu na to, że ludzie "obdarowani" niepełnosprawnością są osobami cudownymi ,wiele możemy i powinniśmy się od nich nauczyć.
Ich umysły znacznie różnią się od naszych -"zdrowych". Przede wszystkim tym, że nie są skażone nienawiścią, zazdrością i wieloma innymi negatywnymi zjawiskami. Należałoby się zastanowić czy to Oni są "chorzy" czy jednak my...

Wydaje mi się, że spotkanie niepełnosprawnego na swojej drodze jest dla nas niesamowitą lekcją życia- innego niż nasze, według mnie często normalniejszego. Zanim wyśmiejesz osobę niepełnosprawną, obrzucisz ja wyzwiskami, lub całkowicie ją brzydko mówiąc olejesz zastanów się dlaczego takie zachowanie nie miało miejsca względem twojej osoby...

niedziela, 28 września 2014

Matka testuje

Dostałam produkty do testowania. Organizatorką zamieszania jest nikt inny jak Pani Rolnik. Napisała do mnie wysłała mnie do swojej Mamy i tak zaczęłam swoją przygodę z Loupre. Byłam w tej komfortowej sytuacji, że mogłam wybrać sobie produkty, które chcę wypróbować. 
I tak trafiły do mnie bardzo przydatne każdej kobiecie pracującej na stanowisku House manager i nie tylko: 



Płyn do mycia szyb oraz



Żel do wszystkiego:)

Zanim wybrałam się po produkty zapoznałam się z ofertą firmy. Szczerze powiem Wam, że czytając nie do końca wierzyłam w ich cudowne działanie. Tak jestem z tych niedowiarków, którzy póki nie przekonają się o czymś sami to nie uwierzą:)
Oczywiście od razu wypróbowałam środki w moim domu, ale recenzji nie napisałam. Musiałam użyć po raz kolejny żeby móc wyrazić opinię.

Kiedyś Perfekcyjna Pani Domu powiedziała, że zamiast chodzić na siłownię wystarczy wyszorować sobie wannę- nie myliła się. Gimnastyka rewelacyjna przy tej czynności.
Mycie okien- też trzeba trochę poskakać i ręką pomachać...
Zacznę może od wad produktów- pewnie to Was najbardziej interesuje. Otóż największą wadą jest to, ze gimnastyka przy porządkach idzie w zapomnienie. 

Myjąc okno wystarczy jedno psiknięcie płynem i przetarcie ścierką. Nie ma smug nie ma szorowania wycierania itp. ( smugi były moją zmorą...walczyłam z nimi cały czas) Czyli to co tygryski lubią najbardziej- czyste okna i dużo czasu do wykorzystania na inne rzeczy.
Płyn do szyb ma zapach cytrusowy- mój ulubiony:) O wydajności za wiele nie powiem, ponieważ dopiero zaczęłam jego stosowanie, ale po ilości wykorzystanej do tej pory mogę stwierdzić, że na pewno starczy na długo:)

Żel do wszystkiego ( tak go nazwałam). Jak to się zawsze mówiło jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. W tym przypadku się nie zgodzę. Produktem do tej pory umyłam wannę, zlewy i kibelek. Plusem jest to, że nanosi się go za pomocą rozpylacza ( tak to się chyba nazywa:)). Dzięki temu nie trzeba szorować tak jak mleczkiem. Do tej pory używałam różnych środków do mycia wymienionych sprzętów. Namachałam się jak głupia a i tak za chwilę efektów nie było widać. Po umyciu żelem Loupre największym zaskoczeniem było dla mnie to, że osad z mydła spływa sobie bez problemu i wanna dalej się błyszczy:) ( moja może nie błyszczy się aż tak bardzo bo stara jest i czeka na zmienniczkę). Podobnie jest z umywalkami. 

Podsumowując- po pierwsze dziękuję Pani Rolnik za wciągnięcie mnie do eksperymentu :)
Po drugie na pytanie czy kupię w najbliższym czasie produkty Loupre- odpowiem, że nie wiem, ponieważ jeszcze jednych nie zużyłam a miejsca na chomikowanie brak. Czy kupię w przyszłości? Wydaje mi się, że tak, chyba, że wpadną mi w ręce jakieś lepsze środki :) póki co najlepszym środkiem czyszczącym wszystko był ocet :) Czy polecam? Tak ! Jeżeli ktoś z mojej miejscowości byłby chętny na zakup produktów- proszę o kontakt prywatnie- podam namiary :)

sobota, 27 września 2014

Na ile mogę Ci pozwolić?

Takie pytanie zadaje sobie każdy rodzic. Ile popuścić dziecku żeby nie czuło się osaczone a za razem nie rozpuścić go za bardzo. Wydaje mi się, że zależy to przede wszystkim od charakteru dziecka. Jeżeli rozumie zasady ( nie zawsze to jednak wychodzi), słucha się rodzica można pozwolić na więcej...ale czy na pewno. W miarę jedzenia apetyt rośnie i dziecko będzie chciało więcej i więcej...i tylko od rodzica zależy czy eksperyment wypali:) Złotej recepty na to nie znam...ciągle się uczę, Młoda zaskakuje mnie swoimi pomysłami każdego dnia. Choćby ostatnie malowanie ścian kredkami. Zachwycona mówi mi, że narysowała piękne żółte i zielone kwiatki na ścianie. Prawda jest taka, że są to cudowne kreski w miejscach gdzie zerwała tapetę:)

Zawsze razem rysowałyśmy, tym razem chciałam spokojnie zrobić obiad, Młoda chora, marudna- pomyślałam chwila spokoju:) Z jednej strony to jest jej pokój i powinna mieć więcej swobody...ale jest takim typem człowieka, który póki co nie stosuje się za bardzo do tego co matka z ojcem mówią. Pomaluje ściany u siebie ok. Jej pokój czeka na remont, chcemy go zrobić jak wyrośnie z niszczycielskich akcji. Nie wiem jednak czy nie wpadnie na cudowny pomysł wymalowania ścian w innych pomieszczeniach. Wiem, rozumiem dom to nie muzeum, ale niezbyt ładnie wygląda mozaika na ścianie w salonie...Tłumaczę jej, że nie można malować w innych miejscach niż kartka ale tyle mojego co sobie pogadam póki co. Wolę więc na razie kontrolować jej zapędy artystyczne po to żeby się później niepotrzebnie na nią nie wściekać. Ale dość o kredkach. Powiem tylko tak, w przyszłości jak już się weźmiemy za Młodej pokój chcę jej wygospodarować miejsce na ścianie gdzie będzie mogła sobie do woli malować naklejać itp. Kupię płytę- taką z której robi się meble, do ściany się przyczepi i hulaj dusza piekła nie ma:)

Dziecku powinno się stawiać granice w celu ułatwienia mu życia w społeczeństwie. Nie zawsze będzie mogło robić to na co ma ochotę- nie we wszystkich miejscach. Musi wiedzieć gdzie jak ma się zachować. Póki co Młoda w Kościele była ze mną na święceniu pokarmów przed świętami- 5 minut w przedsionku bo nie dopchałyśmy się dalej a i tak matka pękała ze śmiechu ( akcja z kibelkiem). Nie chodzę z Nią na mszę ponieważ- po pierwsze dłużej niż 5 minut nie usiedzi na tyłku, po drugie mimo, że jest msza dla dzieci ksiądz nie toleruje biegaczy. Są Kościoły w których jest taki zwyczaj, że podczas mszy dla dzieci nie ma najmniejszego problemu z latającymi, krzyczącymi dziećmi. U mnie w mieście niestety to nie obowiązuje. Daruję sobie więc taki stres.

Jednak z drugiej strony patrząc daję L swobodę nie uciszam jej w sklepie ( wiem panie ekspedientki po całym dniu słuchania takich krzyków mają dość, ale sorry, że to powiem nigdzie nie ma lekko), nie zabraniam jej biegać w miejscach do tego odpowiednich. Niestety z dziecka nie zrobi się wytresowanego i posłusznego siedzącego cicho człowieka( wiem, że takie rzeczy ludzie praktykują). Gdzieś musi spożytkować energię. Wszystkiego nie można mu zabronić. Oczywiście nie mówię, że nie uczę L tego jak ma się zachowywać...uczę- z różnymi skutkami ta nauka wychodzi. 
Dziecko wesołe, głośne, taki mały wiercipiętek nie będzie czuło się dobrze siedząc cicho podczas np. zakupów. Dlaczego ma się męczyć- bo innym to przeszkadza? Sorry ale tu jak zwykle kłania się dostosowanie się do większości. Dlaczego matka z dzieckiem ma się czuć źle? Tylko dlatego, że radość jej dziecka przeszkadza dwóm osobom...nasłucha się taka kobiecina i odechciewa jej się z domu wychodzić. Starsze panie nie pamiętają już jak ich dzieci się tak zachowywały. Warto okazać trochę zrozumienia takiej matce. Ona musi zrobić zakupy i zająć się jeszcze w tym czasie dzieckiem. 

Wizyta u lekarza. Tu się zaczyna. Akcja poczekalnia nie raz i nie dwa słychać komentarze, żeby uspokoić dziecko bo pana albo panią boli głowa. Jedno dziecko jest spokojne ,grzecznie siedzi i czeka na swoją kolej, drugie tak jak moją L trzeba ganiać po korytarzu. Po pierwsze nie winą rodzica jest, że w przychodni nie ma oddzielnych poczekalni dla dzieci i dorosłych i wszyscy siedzą na korytarzu ( zażalenia należy składać do dyrekcji). Po drugie nie przywiążę dziecka do siebie żeby grzecznie siedziało- to już podchodzi pod znęcanie się i jest na to paragraf. Dziecku 4 letniemu łatwiej pojąć, że ma spokojnie czekać niż ciekawemu świata i ludzi 2 latkowi. Nie mówię tego tylko dlatego, że jestem matką małego czorta. Zawsze rozumiałam dzieci, ich krzyk i bieganie mi jakoś specjalnie w takich miejscach jak szpital, przychodnia nie przeszkadzało. Ale odbiegłam od tematu i się poemat stworzył :D
Podsumowując dziecku powinno pozwolić się poznawać świat. Rodzic obserwując swojego potomka wiedząc jakie ma predyspozycje powinien ustalać jasne granice. Czy te granice są do przesunięcia? Oczywiście wszystko zależy tylko i wyłącznie od Was :D

piątek, 26 września 2014

Mój najlepszy przyjaciel

Mowa oczywiście o PT. Mówi się nie od dziś, że przyjaźń damsko- męska bez podtekstów nie istnieje. Podteksty zostawmy na inny post:) Bez przyjaźni nie ma dobrego związku. Związek oparty jedynie na przyjemnościach jak dla mnie nie ma szans na trwałość aż do grobowej deski...

Jakim przyjacielem jest wobec tego wszystkiego PT. Takim jakiego potrzebuję. Ja z natury panikara, szukająca drugiego dna potrzebuję osoby, która postawi mnie na nogi jednym słowem lub spojrzeniem. Jedyna sytuacja w której tej pomocy bym nie otrzymała był poród i wtedy moja druga przyjaciółka się pojawiła ( moja Mama).Ale nie o tym miało być.
PT jest człowiekiem twardo stąpającym po ziemi ( czasem mnie to wkurza) nie zwracającym uwagi na pierdoły. Ja natomiast jak już wcześniej napisałam zajmuję się tym wszystkim. Rozczulam się nad "głupotami" i zatruwam sobie tym wszystkim niepotrzebnie głowę ( ile miałabym więcej miejsca na pomysły gdyby nie to). Wnerwiam się, chodzę jak stara zardzewiała mina znaleziona na polu- nie wiadomo kiedy wybuchnę. Wybucham i obrywa się mojemu przyjacielowi :)

Mamy ten sam znak zodiaku- niby powinniśmy być podobni- jesteśmy różni. Mamy różne zainteresowania, inne podejście do życia. Są jednak momenty w których mamy jednakowe zdanie :) Rzadko się to zdarza ale nie jest najgorzej :P Najlepsze jest jednak w tym wszystkim to, że dzięki tym różnicom w naszych charakterach nie nudzimy się ze sobą. Nie ma czasu na nudę, bo każde z nas zawsze wymyśli coś, żeby drugiemu urozmaicić życie.
PT należy do osób rozrzutnych nie martwi się co będzie jutro. Ja z kolei na odwrót wybiegam w przyszłość daleko, odkładam zaskórniaki do skarpety. Jak stwierdził mój kochany- takiej kobiety mu potrzeba- on wydaje ona odkłada i jakoś się kręci.
Najważniejsze jest jednak to, że w ciężkich chwilach możemy na siebie liczyć. Wiem, że nie będzie mnie głaskał po plecach i mówił żebym się nie przejmowała, nie rozczuli się nad moim kolejnym niepowodzeniem...da mi w tym momencie coś więcej- da mi siłę do działania. I za to Go lubię. Za inne rzeczy kocham :D i dlatego wyjdę za Niego za mąż :D

czwartek, 25 września 2014

Raz do roku powinnaś rozłożyć nogi...

nie tylko przed swoim mężczyzną. Może to być inny facet jak kto woli kobieta. Mowa oczywiście o ginekologu:)

Zaczynając współżycie większość myśli o zabezpieczeniu ( tu wybór jest duży) idzie więc do lekarza w celu uzyskania recepty. Dostaje i cieszy się z miłosnych uniesień. Często jednak zapominając o badaniu. Można usłyszeć teksty- nie lubię chodzić do ginekologa, nic mnie nie boli więc po co mam iść. 
Cytologia- badanie jak każde inne, nie boli krzywdy nie robi a MOŻE URATOWAĆ ŻYCIE. Wiadomo nie od dziś, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Ja osobiście cytologię robię od samego początku co roku. Mój lekarz porównał to do zrobienia sobie prezentu na urodziny. Zgadzam się z nim, ale nie do końca. Nie jest to prezent tylko dla mnie ale i dla mojej rodziny- wiem, ze jestem im potrzebna i muszę jak najdłużej cieszyć się zdrowiem:)
A Ty kiedy ostatnio byłaś na badaniu?

wtorek, 23 września 2014

Smutne to ale prawdziwe

Coraz częściej w komentarzach czytam o nieciekawych relacjach z teściowymi. Był jeden komentarz, że Ktoś ( sorry ale był anonimowy) chciałby więcej o tym poczytać. 
Wpadłam na pomysł, że zrobię coś takiego: napiszę pytania (w tym poście) i jeżeli macie ochotę możecie na nie odpowiedzieć- oczywiście anonimowo na maila, na fb, jak komu pasuje. Zrobię z tego później składak i opublikuję.
Jeżeli będą osoby chętne na opisanie pozytywnych relacji proszę o kontakt- taki projekt również powstanie- bo przecież wszędzie aż tak źle nie jest :)
Zamieszczam więc pytania( łatwiej dzięki temu będzie mi to wszystko ogarnąć). Wasze dane oczywiście nie będą publikowane :)

1. Jaka była najgorsza sytuacja między Tobą i teściową?
2. Jakie "najlepsze" ( czyli najgorsze) rady od niej otrzymałaś?
3. Jak teściowa odnosi się do twoich zasad w wychowaniu dziecka? Czy przestrzega, czy robi po swojemu?
4. Czy próbowałaś z dojść z nią do porozumienia? ( Czy zwyczajnie się nie da :P)
5. Jak do tego wszystkiego odnosi się Twój mąż/ partner?

Na razie tyle nic mi do głowy na dany moment nie przychodzi. Jeżeli macie jakieś pomysły czekam :D

poniedziałek, 22 września 2014

Musisz mieć lepiej niż ja

Kim będzie twoje dziecko gdy dorośnie? Lekarzem, prawnikiem itp. Najczęściej wymieniane są dobrze płatne zawody. Od małego wyszukuje się więc u potomka talentów i się je doskonali. Czy na tym jednak rzecz polega? Czy warto uszczęśliwiać malucha na siłę? Może on wcale nie chce robić tego co wymyślili rodzice?

Idzie sobie dziecko do szkoły- a po szkole cały tydzień zaplanowany- tenis, joga, nauka gry na gitarze, taniec towarzyski, nauka gry na skrzypcach...chodzi dzieciak na te dodatkowe zajęcia- rodzice w tym czasie ciężko pracują, żeby zapewnić mu przyszłość. Przychodzi jednak moment, że młody człowiek wie co chce w życiu robić, co go na prawdę interesuje- mówi o tym. Co słyszy? Najczęściej: ja tego nie miała/miałem a bardzo o tym marzyłam/ marzyłem, musisz się doskonalić żeby wyjść na ludzi, jeszcze nam za to podziękujesz, my się zabijamy żeby zapewnić ci wszystko co najlepsze a ty tak się odwdzięczasz?, twoi znajomi nie mają takich możliwości jak ty a na pewno by chcieli! Jest jeszcze wiele różnych tekstów, które padają w takim momencie z ust dorosłych. 


Podstawowa zasada w momencie wyboru dodatkowej aktywności: ZAPYTAJ SIĘ DZIECKA CZY GO TO W OGÓLE INTERESUJE! Jeżeli nie to daj spokój swoim niespełnionym ambicjom i marzeniom i nie przekładaj ich na dziecko. Zawsze chciałaś/ chciałeś grać na skrzypcach, w tenisa itp. kup sprzęt i biegiem na zajęcia. Wiadome jest to, że większość tego nie zrobi...a dlaczego? Tłumaczyć się będzie brakiem czasu, zmęczeniem bla, bla, bla... Zastanowić się trzeba czy dziecko po zajęciach w szkole też nie jest zmęczone, czy nie potrzebuje czasu na odpoczynek. Ale kogo to interesuje? Muszę się przecież czymś pochwalić przed rodziną/ znajomymi-pokazać jakiego geniusza wychowaliśmy. 

Żal mi jest takich dzieci. Idą męczą się na kolejnych zajęciach tylko ze względu na to, żeby rodzicom nie zrobić przykrości. Być może robią to pod presją strachu- tego nie wiem.

Wiem jedno- ja nie chodziłam na żadne zajęcia dodatkowe- ze względu na mój słomiany zapał do wszystkiego. Coś mi się podobało- myślałam sobie wow to jest to i często na tym się kończyło. Prawda była taka, że wolałam ten czas spędzić w domu przed tv, ze znajomymi itp. Czy jest mi z tego powodu źle? Nie. Kiedyś jednak poszłam na chór- modne to było w podstawówce- posłuchałam jak ludzie śpiewają i zrezygnowałam. No niestety ukryć się nie da, że moim jedynym talentem jest gra na nerwach opanowana do perfekcji- ale zawsze to coś czym można się pochwalić :P


Jak będzie z Młodą? Nie wiem czym się będzie interesowała. Póki co uwielbia śpiewać, grać, tańczyć, czesać włosy,robić bałagan, rysować czytać książki i oczywiście grać na nerwach- czyli wszystko to co robią dzieci w jej wieku. Jeżeli będzie chciała uczęszczać na jakiekolwiek wymienione przeze mnie lub niewymienione zajęcia- przeszkód nie widzę. Nie narzucę jej jednak niczego. To jej życie, jej wybór. Ja mogę ją tylko wspierać w dążeniu do określonego celu. Nie chcę żeby cokolwiek robiła wbrew sobie tylko po to żeby zadowolić rodziców. Nie tędy prowadzi droga do szczęścia...

Co mnie boli

Post z serii muszę się wygadać.

Wiele osób mówiło mi, że mam wredny wyraz twarzy, że bało się ze mną rozmawiać po raz pierwszy...niestety twarzy nie zmienię, ale tak na prawdę jestem osobą miłą (do czasu), chętnie nawiązuje kontakt z nowymi osobami. Poważnie nie taki diabeł straszny jak go malują. A jak ja się umaluję to już na prawdę do rany przyłóż :D

Jestem osobą z natury cierpliwą- ale wiadomo, że ten stan się kiedyś kończy. Zazwyczaj ktoś/ coś mnie wkurzy- milczę ( a z tym u mnie na prawdę ciężko), nie odzywam się nie chcę sprawiać przykrości. Później siedzę rozpamiętuję, męczę się. Przyszedł moment, że powiedziałam dość. Mówię od razu co mi na sercu leży. Bo niby dlaczego ja mam komuś nadskakiwać, robić dobrą minę do złej gry? Nerwów w życiu człowiek ma wystarczająco i nie ma sensu dokładać sobie nowych. 
Tak jak pomyślałam tak zaczęłam robić. Swoją zasługę miał w tym również PT. Zawsze przy sytuacji kryzys On biedny musiał się nasłuchać mojego biadolenia, później zdarzały się kłótnie. Tak się żyć nie da niestety.

Jeżeli mówisz komuś, że jego zachowanie ci nie odpowiada, że mógłby zacząć zwracać uwagę na twoje uczucia i przekonania a ktoś usilnie dąży do tego aby robić według jego widzi mi się to chyba się nie dogadacie. Zwracasz grzecznie, jak na mnie bardzo grzecznie na coś uwagę i co w zamian- obraza. Za prawdę raczej człowiek nie powinien się obrażać, jeżeli widzi, że ja się mylę powinien użyć takich argumentów żeby mnie przekonać. Jeżeli tych argumentów nie ma zachowuje się jak wyżej napisałam. To nie jest tak, że jestem najmądrzejsza, ale jeżeli mi coś nie odpowiada to z racji zdrowego umysłu nie stosuję się do tego. Niestety wiele osób tego nie może pojąć i jest tak a nie inaczej. Dziękuję za uwagę.

sobota, 20 września 2014

Matka się dokształca

Byłam dziś na konferencji, którą poprowadzili Państwo Radomscy.







Tu na zdjęciu Pomysłodawczyni i Organizatorka konferencji- Zenona Tersa- logopeda, pracownik Poradni Psychologiczno- Pedagogicznej w Morągu :)



Przyznaję się bez bicia, że nie słyszałam wcześniej nic na temat diety SCD. Na konferencję zostałam zaproszona przez Organizatorkę, stwierdziłam czemu nie pójść? Opiekunkę Młodej załatwiłam ( Mamo dziękuję) i udałam się na spotkanie.

Tematyka zainteresowała mnie ze względu na mój póki co uśpiony zawód. Problematyka autyzmu zawsze mnie ciekawiła. Prowadzący są rodzicami dziewczynki z autyzmem. Opowiadali o niej o ich drodze w walce z przeciwnościami. Wszystko podparte było filmikami z udziałem Abi- ich córki. W ich przypadku dieta SCD okazałą się strzałem w 10. Dziewczynka na prawdę rewelacyjnie funkcjonuje rozwija się. Na temat samej diety nie będę się rozpisywać. Jedno co mogę powiedzieć to, że zostałam utwierdzona w tym, że to jak żywię dziecko jest jak najbardziej ok- na ten temat nie będę również po raz kolejny pisać. Możecie to znaleźć w starszych postach.

Bardzo cieszę się, że poszłam na spotkanie, dowiedziałam się kilku nowych ważnych rzeczy. Póki co nie będę stosować diety SCD. Ale nie mówię, że nigdy nie spróbuję. Jeżeli tak jak Państwo Radomscy dzięki temu miałabym pomóc dziecku nie zastanawiałabym się nawet przez chwilę. Póki co nie jest mi to jednak potrzebne i zostanę przy tym co u nas funkcjonuje :)

Dwa słowa do Organizatorów jeżeli mnie czytają: proszę o więcej tego typu wydarzeń w naszym mieście :)

piątek, 19 września 2014

Każdy potrzebuje psychologa

Post powstał w ramach współpracy między blogowej:) Jak zwykle najpierw odsyłam do źródła. Matka Wygodna była pierwsza, ale jej wybaczam :) Mi się w głowie pomysły rodziły, później upadały...muszę przestać zaglądać na Jej bloga i będzie problem z głowy :) ( Lena to żart oczywiście- będę z Tobą do końca świata i jeden dzień dłużej :*)

Każdy z nas na pewno nie raz nie dwa miał podobne sytuacje w swoim życiu. 
Każdy potrzebuje się wygadać w gorszych chwilach. Szuka porady. W momentach radości lepiej się nie odzywać i za bardzo nie chwalić ponieważ zazdrośnicy skutecznie ostudzą twój zapał i będą szukać czegoś co ci humor zepsuje. No przecież nie możesz mieć lepiej od nich. Wracając do tematu uważam, że chyba najlepszym wyjściem w sytuacjach dla nas trudnych byłoby pójście do psychologa. Dlaczego?

Koleżanka ma problemy z facetem/ mężem/ rodzicami itp. rozmawia- musi gdzieś to wyrzucić. Ok wysłuchujemy. I najlepiej aby na tym się wszystko zakończyło. Niestety najczęściej nieszczęśliwa osoba szuka u nas porady. I co wtedy zrobić. Czego nie zrobisz okaże się strzałem w twoje własne kolano. Nie doradzisz- źle- przecież musisz mi jakoś pomóc, nie interesujesz się moimi problemami, nie mam do kogo z tym pójść. Tak wjeżdża ci na ambicje i mimo, ze bardzo nie chcesz -udzielasz rad, mówisz jak ty byś się zachowała w takiej sytuacji. Koleżanka przytakuje, mówi, że postara się tak zrobić...Tyle z tego dobrego co sobie pogadacie. 

W rzeczywistości i tak zrobi swoje, kolejny raz przyjdzie się żalić z tym samym problemem i znów będzie oczekiwała wsparcia. Po co to wszystko? Jeżeli sama nie obudzi się w odpowiednim momencie nikt jej nie pomoże. Owszem w wielu przypadkach porządny kopniak jest dobrym motywatorem  do działania- pod warunkiem, że dana istota tego potrzebuje. Jeżeli chodzi jej jedynie o litość wspólne użalanie się nad jej losem, najlepiej się nie odzywać, wysłuchać tego co ma do powiedzenia i skończyć rozmowę stwierdzeniem, że nie jest się kompetentną do udzielania takich wskazówek.
Człowiek chce dobrze, wysłucha, poradzi, wódki się napije jak trzeba. Co z tego ma- pretensje- bo twoje rady się nie przydały ( nie wiadomo czy  ten ktoś z nich korzystał), nie mogę tak zrobić bo go kocham...bla bla bla. Więc po co przychodzisz i trujesz mi du...chciałoby się powiedzieć. Niestety takimi jesteśmy istotami, że chcemy pomagać bo wiemy, że tej pomocy możemy sami potrzebować. I tak się wszystko kręci do momentu, aż za bardzo uwikłani, zmęczeni cudzymi problemami mamy po prostu tego dość. Ciężko jest powiedzieć bliskiej osobie dosadnie co myślimy, mówimy więc delikatnie- często nie dociera i dalej jesteśmy w punkcie wyjścia. 

Po kilku takich sytuacjach zarówno w swoim jak i cudzym życiu doszłam do wniosku, że niech się gniewają, robią co chcą- ja psychologiem nie jestem, to co ja zrobiłabym w danej sytuacji to w sumie moja sprawa. Nikomu życia układać na siłę nie będę, ponieważ nie lubię jak ktoś próbuje to z moim robić. Więc przepraszam z góry moja branża to pedagogika- masz problem z dzieckiem lepiej się nie zgłaszaj do mnie...bo ja ze swoim też momentami sobie nie radzę :)

środa, 17 września 2014

Człowiek sukcesu

Najczęściej postrzegany jest jako osoba jadąca do pracy wypasionym autem ( najlepiej z prywatnym kierowcą) w nienagannym stroju. Milion niezbędnych ( najnowszych) gadżetów setki odebranych telefonów i maili. Na wszystko brakuje mu czasu. Biega z jednego spotkania na drugie w międzyczasie zje lunch podczas, którego załatwi kolejną sprawę. Zanim po meczącym dniu wróci do domu zahaczy jeszcze siłownię. Szybki prysznic i spać. Pisząc to oczami wyobraźni widziałam sceny z amerykańskich filmów :)

Jednak czy takimi ludźmi chcemy być? Kiedyś chciałam, marzyłam o wielkiej karierze...(ale w tym momencie zadzwonił budzik i się obudziłam. :)) o życiu w ciągłym biegu. Jestem osobą, która uwielbia jak się dużo dzieje. Był czas kiedy wracałam z pracy zjadałam szybki obiad, biegłam na siłownię, później wolontariat w Domu Dziecka, w weekendy szkoła. Na wszystko miałam czas- nawet na pójście na imprezę. Osoba wracająca do domu po pracy i spędzająca tam resztę dnia lub człowiek, który nie pracował wydawali mi się bardzo nudni. Co sprawiało im przyjemność- siedzenie w domu?

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Pierwszy taki moment przyszedł gdy byłam przez pół roku bezrobotna. Na początku ( pierwszy miesiąc) rewelacja- śpisz ile chcesz, robisz sobie wszystko na co do tej pory nie miałeś czasu...do chwili kiedy nie masz na to już ochoty. Książki i internet uratowały mnie wtedy od nudy. Później zaczęłam pomagać znajomym w pisaniu prac. Pisałam swoją magisterkę- choć tego za bardzo nie chciało mi się robić :) Nadrobiłam zaległości filmowe, miałam więcej czasu na spotkania ze znajomymi. Można sobie jakoś zorganizować życie? Można ale odbiega ono znacznie od wizji człowieka sukcesu. Później wróciłam do pracy- było to moim małym osiągnięciem z którego bardzo się cieszyłam.

Umowa niestety się skończyła. Perspektywa kolejnego pobytu na bezrobociu mnie przerażała. Wtedy okazało się, że jestem w ciąży :) Jedna strata - jeden sukces ( dwie kreski na teście)- wyrównało się. - W okresie ciąży robiłam wszystko to co robi kobieta w stanie błogosławionym- jadłam wszystko na co miałam ochotę :) obijałam się ale również kończyłam podyplomówkę. Czyli kolejne fajne osiągnięcie w tym okresie.

Urodziłam dziecko- wszystko poszło dobrze- L przyszła na świat zdrowa. Rosła i każdego dnia dawała mi ogromną radość. Jej nowe zdobywane umiejętności były powodem do dumy. 
Przyszedł moment, że poza wszystkim czego musi nauczyć się dziecko aby funkcjonować w życiu zaczęłam pokazywać jej różne ciekawe rzeczy. Chętnie czyta książki ( rodzice jej czytają), liczy, mówi po angielsku itp. Mogę to nazwać swoim kolejnym sukcesem, ponieważ musiałam włożyć w to wysiłek, zainteresować daną czynnością dziecko na tyle aby samo chciało się dalej doskonalić.

Zaczęłam pisać bloga- ludzie czytają, komentują, poznałam wiele fajnych osób- jak dla mnie to niemałe osiągnięcie:)

Czy wyglądam jak kobieta sukcesu? Niekoniecznie- często chodzę bez makijażu, w domu w starym dresie, dziś zapomniałam umyć włosy ( bo nie wychodziłam z domu, L chora), nie mam wypasionych gadżetów, kilku zer na koncie...nie biegam ze spotkania na spotkanie nie jem lunchu tylko obiad, który nie zawsze wychodzi tak jak powinien. Mimo, że nie wyglądam to jednak czuję się człowiekiem sukcesu- każdego dnia niezależnie co robię odnoszę jakieś małe zwycięstwo, które spokojnie mogę dopisać do listy:) Chcę nauczyć moją Młodą żeby cieszyła się właśnie z małych rzeczy, na te większe kiedyś przyjdzie pora. Jednak jeżeli sukces mniejszego kalibru nas nie cieszy nie ucieszy nas też ten większy. Będzie jedynie kolejnym odhaczonym punktem na liście. Najważniejsze dla mnie jest to, żeby w tym wszystkim znaleźć czas dla moich bliskich- ich szczęście jest NAJWIĘKSZYM SUKCESEM JAKI MOGĘ OSIĄGNĄĆ !

Przygody z książką

Trafiłam na fajny projekt. Justyna- Dzika Jabłoń wymyśliła coś co od razu przypadło mi do gustu. Akcja nazywa się Przygody z książką. Jak wiecie uwielbiamy z L książki. Bardzo chętnie dołączyłam więc do projektu. 

Zaczynając 1 października co dwa tygodnie do dnia 17 grudnia będzie pojawiał się post książkowy- tematyka oczywiście książki dziecięce. Mam nadzieję, że spodoba Wam się to co zaprezentuję :)



wtorek, 16 września 2014

Wiara czyni cuda

Wierzymy w różne rzeczy, osoby, w Boga- niekoniecznie tego samego. Najtrudniej jednak przychodzi nam wiara w samych siebie. Często poddajemy się za szybko nie wierząc w swoje możliwości. Potrzebujemy kopniaka, żeby coś zacząć- przecież ja nie dam sobie rady, to nie dla mnie-a skąd wiesz jeśli nie spróbujesz? Tak było z moim blogowaniem- ale o tym już pisałam.
Trzeba uwierzyć w to, że nie ma rzeczy niemożliwych. Czy jest jednak tak łatwo...nie jest cholernie trudno.

Pierwszym momentem z tych trudniejszych było dla mnie pójście na studia i do pracy. Matury jakoś specjalnie się nie bałam- uda się czy się nie uda- zawsze masz drugie podejście. Zawsze najbardziej przerażały mnie nowe sytuacje. 
Uczelnię wybrałam sobie niedaleko od mojej miejscowości- w Olsztynie- miasta prawie w ogóle nie znałam, nikt znajomy nie wybrał tego kierunku co ja. Ok papiery złożone, zostałam przyjęta. Trzeba jechać na pierwsze zajęcia- jak ja tam dotrę? Składać dokumenty pojechałam autem...później przyszło mi jeździć pociągiem. Trasę jakoś załapałam- jeden problem z głowy. Kolejny- pójdę gdzieś nie znając nikogo. Jak ja będę funkcjonować? Jak wiadomo strach ma wielkie oczy. Dotarłam zajęłam miejsce w ostatnim rzędzie- nie lubię mieć nikogo za plecami. Poznałam świetnych ludzi i jakoś poszło. Później panika przed egzaminami. Tyle materiału nie dam rady się tego nauczyć. Nauczone, zdane i człowiek szczęśliwy. Jak zwykle w takich momentach brakowało mi pewności siebie, zaniżałam swoje umiejętności, nakręcałam się niepotrzebnie. Z różnymi przygodami udało mi się skończyć szkołę, pójść na magisterkę i później na podyplomówkę. Zaczynając licencjat nie wierzyłam, że uda mi się go skończyć. Później pojawiał się stres ale coraz bardziej wierzyłam w swoje możliwości. Doszłam do wniosku, że nie ma rzeczy niemożliwych :)

Pierwsza praca- pierwszy w niej dzień. Ja typowa humanistka stwierdziłam, że pójdę na staż do biura rachunkowego. Moja znajomość matematyki była poniżej przeciętnej. Praca w której pojawiają się praktycznie same cyferki. A co tam spróbuję. Nie było w mojej mieścinie lepszego zajęcia a na studia trzeba było dorobić. Więc tego pierwszego dnia byłam w biurze całkiem sama- przerażona, mnóstwo telefonów w sprawach o których zielonego pojęcia nie miałam. Zapisywałam wszystkie informacje żeby później przekazywać bardziej kompetentnym osobom. Nazwiska poprzekręcane. Teraz się z tego śmieję, wtedy do śmiechu mi nie było. Jakoś dałam radę. W pracy panowała cudowna atmosfera i chyba to mi dodawało skrzydeł. Jestem osobą, która uwielbia uczyć się nowych rzeczy. Nauczyłam się takich rzeczy pracując w rachunkowości o jakich mi się w życiu nie śniło. 

Przyszedł jednak moment kiedy trzeba było zmienić branżę. Po 3 latach siedzenia w papierkach poszłam pracować z dziećmi niepełnosprawnymi. I znów się zaczęło. Moja samoocena była znów na poziomie minusowym. Po pierwszym dniu nowego zajęcia przyszłam do domu sparaliżowana, wszystko mnie bolało. Nie mogłam się odnaleźć. Po tygodniu chciałam rezygnować. Mama moja powiedziała mi wtedy, że chyba oszalałam, kazała mi iść się wyspać. Wyspałam się, zawzięłam i dałam radę. Wiem, że praca z dziećmi jest tym co chcę w życiu robić. wiem również, że w momencie ponownego podjęcia płatnego zajęcia będę się bała o to samo co poprzednio.

Zaszłam w ciążę- radość ogromna...ale i strach czy ja dam radę? Jaką matką będę? 

Po 2,5 roku mojego macierzyństwa mogę powiedzieć, że nic i nikt nie podnosił nigdy mojej samooceny, wiary we własne możliwości jak moja zupełnie nieświadoma tego córka ( nie licząc mojej Maminki- ona zawsze dawała mi powera do działania). Każdy dzień z dzieckiem jest ogromnym wyzwaniem. Wszystkiego uczysz się od początku- nie ważne ile dzieci posiadasz. Każde jest inne- każde wzbogaci cię o nowe doświadczenia. Były sytuacje kryzysowe. Siedziałam, płakałam, miałam dość. Jednak bywały momenty kiedy byłam zdana wyłącznie na siebie- i co udało się dziecko moje ma się dobrze ja też. Bycie matką daje mi ogromną siłę do działania. Wiem, że nie mogę się poddać, ponieważ moje dziecko we mnie wierzy.  Nie mogę uczyć jej pewności siebie jeżeli sama jej nie będę posiadać. Nie będę wiarygodnym nauczycielem. Mama bez makijażu, w nieuczesanych włosach i starym dresie jest według Młodej piękna. No i jak ja mam jej nie wierzyć jak mówi to z takim przekonaniem. Robię wszystko dla niej, dla siebie, dla PT wychodząc z założenia, że nie ma rzeczy niemożliwych. Zawsze jest jakieś wyjście- jak nie drzwiami to oknem, kominem itp. Czasem trzeba trochę pokombinować żeby osiągnąć wymarzony cel- ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. 

Na stronie love2work.pl jest akcja "Jestem najlepsza". Wysyłasz swoje zdjęcie i piszesz w czym jesteś najlepsza. Dziewczyny z Love 2 work przygotowują to w formie cudownej grafiki. Ja już dołączyłam a Wy?


źródło: http://love2work.pl/

Zdjęcie do ściągnięcia na tejże stronie. Ustawiłam sobie na tapecie w telefonie i uśmiecham się sama do siebie wiedząc, że jest coś w czym jestem najlepsza. 

poniedziałek, 15 września 2014

Uwsteczniamy się...

Nowinki techniczne- rzeczy, które z pozoru mają nam ułatwić życie niekiedy skutecznie je utrudniają.
Tablet, smartfon, komputer, nawigacja- kilka z niewielu przydatnych gadżetów, które posiada przeciętny obywatel. Korzystamy z nich praktycznie codziennie- w sumie to ciężko wyobrazić sobie życie bez tego typu urządzeń.

Wszystko fajnie, tylko, że zawsze znajdzie się jakieś ale. 

Smartfony- większość z nich nie posiada polskich znaków. Nie zawsze można porozmawiać więc piszemy sms-y. Dość często czytając wiadomość tekstową zastanawiam się co autor miał na myśli. Masz opcję darmowych sms-ów możesz pisać do woli w celu wyjaśnienia :) Jednak zwyczajnie jest mi głupio i nie zawsze dociekam.

Tablety, komputery- tu w sumie bardziej chodzi mi o programy a nie o sprzęt. Pisanie tekstów- każdy błąd zostaje poprawiony, przestawione litery wracają na swoje miejsce bez naszej ingerencji. Piszemy sobie, piszemy nie zwracając za bardzo uwagi na poprawną pisownię. Problem pojawia się w momencie przymusowego pisania na papierze. Siedzisz i zastanawiasz się jakie u wstawić, napisać łącznie czy oddzielnie. Takie i wiele innych dylematów na pewno nie raz spotkało każdego z nas.
Będąc w szkole nigdy nie miałam problemów z ortografią...pojawiły się jednak później. W momencie kiedy zaczęłam używać komputera do pisania prac- takie wymogi trzeba się było dostosować.

Kalkulatory- wynalazek niezbyt nowy ale używany za często potrafi człowieka od siebie uzależnić. Pracowałam kiedyś w księgowości. Na piechotę nikt nie liczył bo za dużo czasu by to zajmowało. Kalkulator, komputer- przyjaciele każdego księgowego. Klawisze często nie zdążyły ostygnąć a już liczyło się następne rzeczy. Bywały momenty, że działanie 1+1 było w ten sposób rozwiązywane.

Nawigacja- sprzęt w wielu sytuacjach pomocny. Niestety jeżeli za bardzo uwierzymy gadającej koleżance/ koledze może być z tego niezła przygoda. Dwa razy miałam okazję korzystać z tego wynalazku. Niestety w obu przypadkach mieliśmy nieaktualne mapy i tyle było z naszej przygody.
Ale słyszałam o historiach gdzie ludzie wjeżdżali na poligony, zatrzymywali się przed schodami, których na mapie nie było...można wymieniać w nieskończoność. W tym przypadku jestem zwolenniczką  rozwinięcia mapy, obserwowania niezbyt dobrego oznakowania w naszym kraju, zapytania się ludzi jak dotrzeć do celu.

Nasze dzieci żyją w czasach w których nikt nie wyobraża sobie życia bez wymienionych i niewymienionych przez mnie gadżetów. Nie jestem ich przeciwniczką. Jednak trzeba zrobić wszystko żeby nie zostać ich niewolnikiem. Jedyne co jest dobre w użytkowaniu przez dziecko np. telefonu jest to, że ta umiejętność może uratować człowiekowi życie. Nie jest moim celem atakowanie ludzi używających i uczących swoje dzieci obsługi sprzętów. Ważne jest to żeby młode pokolenie zdobywało także inne doświadczenia na początku swojego życia.

Była kiedyś akcja, że zamiast podręczników w szkole mają być tablety. Wydaje mi się, że to trochę głupi pomysł (wiem, wiem- książki dużo ważą, kręgosłupy dzieci się niszczą- można to rozwiązać w inny sposób). Może moje założenie jest złe ale książka to ma być książka- jej zapach, szeleszczące kartki itp. a nie kolejne klikanie, bądź przesunięcie ekranu. Jeżeli mały człowieczek na dzień dobry dostanie wszystkie ułatwiacze życia,- ich obsługi nauczy się w piorunującym tempie. Wydaje mi się jednak, że jeżeli będzie bazował jedynie na tym , z czystego lenistwa nie będzie mu się później chciało uczyć. Po co to robić skoro mam wszystko podane na tacy. Zaczną się problemy w szkole, nadrabianie zaległości.  Uważam, że w tym przypadku umiar jest jak najbardziej wskazany:) Nie namawiam jednak do wyrzucania wszystkich sprzętów ;) ponieważ są sytuacje, że mogą się na prawdę bardzo człowiekowi przydać :D


sobota, 13 września 2014

Matka sobie jedynie pogada...

Staram się jak mogę. Wpajam Młodej zasady, trzymam się tego co ustaliłam. Niestety trafiają się na mojej drodze osoby, które skutecznie mi to burzą.

Sytuacje nagminne na placu zabaw. Tłumaczę jej, że nie może brać nie swoich rzeczy bez pozwolenia. L widzi coś co chciałaby w tej chwili mieć. Głośno i stanowczo mówi o tym. Mówię, że nie może. Ludzie niestety sadzą inaczej- dają to bez mrugnięcia okiem. Problem pojawia się jednak w momencie kiedy chcą swoją rzecz odzyskać. I zaczyna się wtedy krzyk. Nie dziwię się. Jeżeli ktoś mi coś daje a za chwilę zabiera też się wkurzam. Dziecko wyznaje zasadę, że to co akurat trzymam jest moje. Na nic są wtedy tłumaczenia. Kończy się płaczem i niezrozumieniem przez Nią sytuacji. Zanim dasz coś dziecku zastanów się jakie mogą być tego konsekwencje. Jeżeli matka/ ojciec mówi, że nie wolno to tego trzeba się trzymać i nie dostarczać dodatkowych emocji.

Dawanie dzieciom słodyczy. Nie raz , nie dwa spotkałam się z taką reakcją dorosłego widzącego dziecko. Maś ciukierećka i wciska mojemu dziecku czekoladowe świństwo, którego ona nie może zjeść ( od czekolady ma wysypkę). Mama zabiera cukierka zaczyna się płacz bo ona chce. Komentarz ze strony darczyńcy- no co ty nie dasz jej cukierka, przecież dzieci jedzą i nic im nie jest. Jedzą owszem, ale jeśli mówię, że Ona nie może tzn., że nie może i kropka.

To samo tyczy się dawania dziecku jedzenia ze swojego talerza bądź kawałka ciastka, bułki właśnie ugryzionego. Sorry ale nie jestem zwolennikiem jedzenia po kimś i tego uczę L. Niestety w tym jak i w poprzednich przypadkach trafiają się oporni na moje słowa. Młoda patrzy, chce i dostaje. Mimo, że zwracam uwagę. Po pierwsze jest to niehigieniczne ( próchnica i inne choróbska przenoszą się poprzez takie eksperymenty). To, że dziecko chce nie znaczy, że ma to od razu dostać. Ważniejsze jest dla mnie jej zdrowie niż chwilowe widzi mi się. Ona nie wie jakie mogą być tego konsekwencje...i jak widać większość dorosłych też nie jest tego niestety świadoma.

Próbujesz wychować dziecko w taki a nie inny sposób. Nie zawsze w życiu dostanie to czego będzie chciała. Chcę ją tego nauczyć..jednak wychodzę z domu i kończy się na dobrych chęciach.

czwartek, 11 września 2014

Kolejna szansa...

Każdy w życiu może znaleźć się w sytuacji, w której nie zachowa się do końca w porządku. Wybiera drogę, która według niego jest odpowiednia. Nie zawsze jednak okazuje się, że było to najlepsze co mógł zrobić. Każdy z nas ma coś za uszami- nie ma ludzi bez skazy na sumieniu.

Są jednak sytuacje w których ja drugiej szansy bym nie dała.
Po pierwsze i najważniejsze- zdrada- tu nie ma opcji, że ktoś mnie przekona- choćby mi kupił sedes ze złota wysadzany diamentami- wiadomo co bym z nim zrobiła. (sorry za porównanie ale takie mi na myśl przyszło).
Jeżeli ktoś decyduje się na życie ze mną- to jak mówi przysięga małżeńska- na dobre i na złe. Nie widzę możliwości zabawy uczuciami drugiej osoby. Jeżeli się komuś znudzę, potrzebuje przygód niech się pożegna i tyle. Na szczęście podejście moje i PT  w tym temacie jest jednakowe. Wychodzę również z założenia, że słabi mężczyźni mają kochanki, siłacze szczęśliwe rodziny. Jak będzie czas pokaże.
Zdrady nie wybaczę nigdy- poza tym jak ktoś zdradzi raz- nie ważne czy to było na imprezie, pod wpływem chwili...nie ma wytłumaczenia- jeśli takie pokusy są silniejsze niż łącząca ludzi więź nie ma o co walczyć. Drugi raz się do tej samej rzeki nie wchodzi.

Człowiek robiący komuś krzywdę-chodzi mi tu o przemoc fizyczną, psychiczną, molestowanie seksualne- nie może liczyć na szacunek, aprobatę w moich oczach. Często są nagonki na homoseksualistów, ludzi o innym kolorze skóry, wyznających inne religie. W imię czego? Inności? Strachu przed czymś czego nie znamy? Dopóki człowiek  nie robi nikomu nic złego NIKT NIE MA PRAWA GO KRZYWDZIĆ ! Najłatwiej jest jednak przyczepić łatkę i wyżywać się na niewinnym tylko dlatego, że jego ideologia odbiega od naszej. Najczęściej krzywdzone osoby boją się odezwać, zgłosić czyn...dlaczego? W obawie przed krytyką ze strony społeczeństwa. Często czują się winne, usprawiedliwiają swojego oprawcę. Dla mnie wytłumaczenia nie ma- jeżeli jedna czy druga osoba robi coś co według mnie jest niestosowne wobec innych - traci w moich oczach bardzo wiele, nie widzę powodów żeby dawać drugą szansę- na jakiś czas może ucichnie- powróci później ze zdwojoną mocą. Przemoc rodzi przemoc i nie znika jak bańka mydlana. Nie ważne czy ofiarą był kot, pani w sklepie, czy ktoś inny. Gdyby coś złego działo się komuś z moich bliskich- wtedy nie zastanawiałabym się nad niczym- człowiek w takich chwilach działa jak automat- nie ma słów- są czyny.

Są przypadki kiedy ludzie się gubią w codzienności. Chęć lepszego życia, posiadania większej ilości pieniędzy przesłania ważniejsze wartości. Ciągle słyszy się o aferach łapówkarskich. Były są i będą dopóki ludzie w ten sposób będą załatwiać sprawy. Nie tłumaczę nikogo, jednak sama nie raz zastanawiałam się jakbym postąpiła w takiej sytuacji. Mogę dostać dużą sumę- nikt się nie dowie ( przy dobrych wiatrach). Załatwię komuś jakąś sprawę i hulaj dusza piekła nie ma. Budżet zasilony pokaźną sumką. Wyrzuty sumienia- zerowe. Krzywda nikomu się nie dzieje- wilk syty i owca cała. Nasz kraj prowadzi tak dziwną politykę, że ludzie żeby żyć w miarę godnie muszą kombinować. Wszystko co mamy niby zaoferowane " z urzędu" trzeba załatwiać po znajomości, dając łapówkę...i tak się to wszystko kręci. Ludzi biorący łapówki- jeśli nie dadzą się złapać super, jeśli wszystko się wyda- zasługują na kolejną szansę. Dlaczego nie?
Pamiętam sytuację u ginekologa. Lekarz wypełnia papiery ja siadam na fotelu. Nagle krzyk z jego strony- pielęgniarka wpada nie patrzy wcale na niego- biegnie mnie ratować. :) Okazało się, że poprzednia pacjentka przyniosła mu w podziękowaniu za wizytę kurę, położyła ją na dokumentach pod biurkiem i on dopiero zauważył- wszystko zalane...ubaw miałam nie z tej ziemi :)

Moje dziecko- nie ważne co zrobi zawsze ma u mnie furtkę otwartą- zawsze dostanie kolejną szansę. Nie ważne co zrobi ( nie liczę tu przestępstw)- człowiek uczy się na błędach, dziecko uczy się wszystkiego od początku i to jak je pokieruję ma ogromny wpływ na to ile będę musiała tych szans dawać. Nikt nie jest idealny- nie myli się ten, który nic nie robi.Najważniejsze w chwilach kryzysu to posiadanie choćby jednego adresu pod, który można się udać niezależnie od pory... wsparcie nawet dla człowieka, który zrobił coś wybiegającego poza normy jest bardzo ważne...ważne jest również to czy dana osoba chce dalej brnąć w swoje bagno czy nie popełniać więcej tych samych błędów i wyjść na prostą.

środa, 10 września 2014

Nie podważaj moich kompetencji...

Przez 2,5 roku życia L kilku lekarzy odwiedziliśmy. Różnie to bywało. 
Jak wiecie, pisałam to wielokrotnie Młoda miała problemy z mięśniami. Na szczęście mamy wspaniałą rehabilitantkę i jestem spokojna. Musieliśmy jednak konsultować jej stan u innych specjalistów.

Na pierwszy rzut pójdzie pediatra- nasza pani doktor jest super- jej nie mam nic do zarzucenia- wytłumaczy mi zawsze wszystkie wątpliwości, nie bagatelizuje ich. Jednak podczas jednego szczepienia musieliśmy iść do innej lekarki. Zaczęło się więc. Tłumaczę kobiecie, która widziała moje dziecko do tej pory raz w życiu o co chodzi. Ona mi na to, że muszę się zgłosić do pani X ponieważ ona jest magistrem rehabilitacji i jest najlepsza (prawda jest taka, że opinie o pani X nie są za dobre). Mówię, że L jest pod dobrą opieką. Nie przegadasz ona wie lepiej i tylko ta pani jej pomoże. Nie wiem czy to koleżanki, czy ma z tego jakieś pieniądze. Skoro jest taka zorientowana w temacie powinna znać również innych specjalistów w tej dziedzinie. 

Trafiamy do poradni rehabilitacyjnej- pani doktor po 5 minutowym badaniu stwierdza, że nic strasznego się nie dzieje. trzeba drapać Młodą po plecach jak się garbi. Zaleca ćwiczenia pionizujące. Rehabilitant nam je pokazuje- jednak nie korzystam. Robię swoje.
Kolejna wizyta tym razem u innej pani. L nie chce współpracować. Pani puka młotkiem w kolano, sprawdza stopy. Nic się nie dzieje.  Ma jeszcze czas żeby zacząć chodzić. Również zaleca ćwiczenia pionizujące. Spoko. Zabieramy zabawki i nasza noga już tam nie stanie.

Kontrola chodu u ortopedy- po pierwsze pan unosi się w momencie kiedy mówię o tym, że chciałabym zrobić dziecku USG. Kto takie rzeczy wymyśla? Tak dużym dzieciom się nie robi Usg. Mówię jak sprawa wygląda, że dziecko jest pod opieką rehabilitantki i ona nam powiedziała, żeby to sprawdzić. Kończy się jednak tym, że USG nie robimy ponieważ jest ze 20 osób zapisanych na jedną godzinę i nie wiadomo kiedy zaczną. Kontrola chodu- L przeszła metr- nic się nie dzieje, to, że koślawi stopy to norma. Sadzać ją po turecku i po sprawie. Jak nie będzie chciała tak siedzieć to zabierać jej zabawki i się nauczy... 2 minuty wizyty 50 zł w kieszeń i zaprasza nas za pół roku...jasne na pewno skorzystamy z tak fachowej porady.

Matka idzie z dzieckiem do przychodni- temperatura, kaszel. Lekarka mówi, że nie przyjmie ponieważ nie są zapisani. Mimo, że nie ma pacjentów w tym czasie upiera się przy swoim. Jeden człowiek potulnie opuści budynek, drugi będzie walczył. W opisywanym przeze mnie przypadku było ostre zapalenie płuc. Dziecko zostało na szczęście zbadane przez innego lekarza. Ja mam jedną zasadę- jeżeli ktoś odmówi mi przyjęcia od razu poproszę to na piśmie. Jaka jest wtedy reakcja lekarzy- od razu zapraszają do badania.

Czytam o dzieciach, które umarły na sepsę. Opisano objawy. Należy obserwować i udać się jak najszybciej do lekarza. Pójdziesz do lekarza- albo cię nie przyjmie, albo zbagatelizuje to co powiesz. No przecież zwykły szary człowiek nie może wiedzieć tyle co on. Staje się tragedia, giną dokumenty, wszyscy milczą nikt nic nie wie. 
Lekarze uważają się za panów i wszechwiedzących władców. Nie można nic powiedzieć, zasugerować. Oczywiście po 3 minutowym badaniu można stwierdzić, że dziecku nic nie jest, matka histeryzuje. Nie daj Boże powiedz, że wypadałoby zrobić jakieś dodatkowe badania. Wtedy się dopiero zaczyna cała litania. Matka obserwuje dziecko przez większość doby i wie kiedy dzieje się coś złego. 

NOP- o tym dowiadujemy się jedynie z mediów. Żaden lekarz nie mówi jakie mogą być konsekwencje podanej szczepionki. Zaczyna dziać się coś niepokojącego - to na pewno nie przez szczepienie. Wszystko byłoby w porządku gdyby dzieci nie traciły przez to zdrowia a nawet i życia.

Może zdarzyć się też sytuacja, która ma miejsce coraz częściej- że pacjenci są przyjmowani przez specjalistów na podwójnym gazie. Wyczujesz ok zgłoś to...a jeśli nie wyczujesz- zbada cię wypisze wit. c i odeśle do domu.
Większość społeczeństwa żyje jeszcze w przeświadczeniu, że doktor to człowiek idealny, wszystko wiedzący, nie można złego słowa powiedzieć. Brudy zamiatane są pod dywan. Cierpią niewinni ludzie. Często żaden nie ponosi odpowiedzialności za popełnione błędy.

Nie dziwi mnie już fakt, że matki pytają na forach, że szukają odpowiedzi na pytanie dotyczące zdrowia dziecka w internecie. Najczęściej czyta się odpowiedzi, że zamiast szukać w internecie powinny iść do lekarza. Powinny ale może być tak, że wizyta dopiero za 3 dni, lekarz stwierdził, że nic poważnego nie ma miejsca chcą znaleźć jakieś wskazówki. Nie chcą przecież źle- chcą pomóc swojemu dziecku. Powinny to zrobić osoby kompetentne-  nie zawsze jednak na takie się trafia.