niedziela, 31 sierpnia 2014

Dzień dziś wspaniały...

Nie myślałam, że oprócz urodzin (ale to chyba jest smutne święto), imienin, dnia dziecka ( jeszcze prezenty z tej okazji dostaję :D), dnia matki będę obchodzić jakieś święto :) Dowiedziałam się, że dziś jest Dzień Blogera...

Z tej okazji życzę wszystkim Blogerkom i Blogerom jak najwięcej pomysłów na nowe posty :) nie dajcie się hejterom i bawcie się dobrze :D

Ściągnę trochę od Ani (Na przewijaku) i opowiem Wam kogo ja czytam...kolejność przypadkowa :)

Przede wszystkim Monia ( Plotkara) bo od niej zaczęła się moja przygoda z blogowaniem :)
Matka Wygodna...trafiłam na konkurs u niej i zostałam i oddalać się nie zamierzam...no chyba, że dostanę od Niej pampersem :D
Matka Jeszcze Nie Wariatka...do Marty dotarłam poprzez zainteresowanie moje tematyką wczesnego wspomagania rozwoju...opisywała zajęcia z Chłopakami...i czytam ją też dlatego, że mi pocztówkę wysłała :D
Mama Kubusia dzielna, młoda Kobietka:) u niej jestem bo...ma fajną grzywkę :) 
Na przewijaku-Ania jest niesamowita osobą...zaraża optymizmem :) 
Matka Prezesa- blog Noemi był pierwszym na jaki trafiłam :)
lucy.es- nie wiem co napisać, żeby Jej za bardzo nie słodzić :D fajna Babka z niej ...podoba mi się Jej podejście do spraw ważnych i ważniejszych :) 
Matka Aparatka przecudowna mądra Kobieta :) Większość z Was na pewno Ją zna :) z wyżej wymienionymi jestem najdłużej...lista nie jest jednak zamknięta i na pewno ja jeszcze nie raz nie dwa zaktualizuję :)

Czytam jeszcze wiele innych blogów...nie gniewajcie się, że wszystkich nie wymienię ale Młoda nie da mi za długo popisać :D

Aaaa i jeszcze przywołuję do porządku :) Kasię Targosz:) powinnaś zacząć bloga prowadzić:) będę czytać z taką samą przyjemnością jak "Wiosnę..." 
Także teraz ten tego świętujemy :)

[edit] do listy dodaję jeszcze Panią RolnikMamę Kluszeczki :)

sobota, 30 sierpnia 2014

Wraz z zajściem w ciąże straciłam mózg...

Podobno kobiety będące w stanie błogosławionym tracą mózg...lub jego resztki :P taki żarcik mały nie gniewajcie się...ja w sumie nie wiem czy coś straciłam...jeśli tak to niewiele :) tego było...

Ale na poważnie na pewno traci się pewne wartości na rzecz innych...marzenia...zmieniają się- kiedyś chciałam skakać ze spadochronem, na bungee...robić wiele podnoszących adrenalinę rzeczy...dziś moje dziecko daje mi w pewnych momentach tak popalić, że wymienione przeze mnie czynności tracą na wartości...zmieniają się zainteresowania...znajomi...

Często słyszy się, że matka zrezygnowała ze swoich ulubionych czynności na rzecz dziecka...owszem z niektórych trzeba zrezygnować...po prostu nie idą w parze z wychowaniem potomstwa...ale nic straconego można odkryć wiele nowych ciekawszych zajęć...kto powiedział, że stanie w miejscu jest dobre...trzeba otwierać się na nowe perspektywy...

Kiedy zaszłam w ciążę więcej czasu zaczęłam spędzać w internecie...jak pewnie większość z Was :D (robiłam też inne rzeczy ale nie będę przynudzać...) trafiłam na blogi, fajnie pomyślałam...czegoś się dowiem na temat macierzyństwa, radzenia sobie z problemami itp... i tak sobie zazdrościłam osobom piszącym...zawsze lubiłam pisać...ale bałam się...nie miał mnie wtedy kto kopnąć w zadek...i popchnąć do działania... przyszedł moment kryzysu...rano budziłam się i czekałam aż dzień się skończy...wszystko mnie drażniło...ale co się dziwić siedzisz z dzieckiem 24/dobę i rutyna cię przygniata...miażdży każdy kawałek ciała i resztek mózgu...no i się zaczęło Monia ( pisałam o tym wcześniej) ma taki dar przekonywania, że zasiadłam do produkcji mojego bloga...

Najpierw nazwa...myślę ja...myśli PT... L pewnie też chciała pomóc...wyszłam zapalić...nagle olśnienie będę się nazywać Antyterrorystka...wpadam do domu przedstawiam pomysł mojemu Panu :) błysk w oku...mówi, że będzie idealnie...ok...czekam aż Młoda spać pójdzie...i zabieram się do roboty...ile ja się namęczyłam, ale udało się blog działa...problem kolejny od czego zacząć...proste jak 2+2 przedstaw się człowieku ludziom...niech wiedzą z kim mają do czynienia...później już jakoś poszło...tekst za tekstem powstawał i powstaje....
Nawiązałam fajne znajomości z cudownymi Dziewczynami :D wiem, że jak trzeba będzie szklankę wody mi podadzą ...wymieniamy się poglądami, czasem pośmiejemy, wspieramy w trudnych chwilach ( patrz ataki naszych ukochanych Szkrabów)...bo wiadomo w kupie siła...obsranym pampersem jeszcze nie dostałam...ale kto wie co mnie czeka...
Prowadzenie bloga pozwoliło mi się oderwać od myślenia o głupotach...jest odskocznią, terapią i zabawą :) 
Mam nadzieję, że moja przygoda nie zakończy się za szybko...dobrze mi przy obecnym stanie rzeczy :D

Kobiety w ciąży, później matki często odkrywają nowe talenty...ich mózg zamiast wyparować...rozwija się ze zdwojoną mocą...kombinujesz, tworzysz...nie ważne co...ważne, że sprawia Ci to przyjemność i pomaga przetrwać trudne chwile :) i jak to mówi PT ostatnie dwie szare komórki jakie zostały mają okazję się spotkać...i wpaść na jakiś genialny pomysł :)

piątek, 29 sierpnia 2014

Piłeś nie jedź... jedziesz włącz myślenie...

Proste i oczywiste...jednak nie do końca...ciągle słyszy się o kolejnych przypadkach bezmyślnych ludzi jadących po kilku głębszych...powodują często śmiertelne wypadki, z których na nieszczęście wychodzą cało...i dalej robią to samo...

Kampanie reklamowe krzyczą do nas z radia, telewizji, internetu...ZWOLNIJ...10 mniej może uratować twoje życie...ktoś tworzy przepisy...(wiem, wiem... zasady są po to żeby je łamać...) nie dla własnego widzi mi się, nie dla wlepiania kolejnych mandatów... lecz dla naszego bezpieczeństwa...poza tym nasze drogi nie są za bardzo przyjazne do rozwijania większych prędkości...
Nie jest tak, że jazda w trasie 50 km/h jest moim ulubionym zajęciem...lubię szybkość...kiedyś podchodziłam do tego inaczej...mając dziecko patrzę już z innego punktu...
Przechodzę z dzieckiem przez jezdnię...teraz jest już o niebo lepiej Młoda się nie wyrywa...jesteśmy sobie na środku przejścia kierowca nie może poczekać 10 sekund żeby przejechać...śmiga nam z niemałą prędkością za plecami ( niejednokrotnie miałam taką sytuację)...a gdyby dziecko mi się wyrwało...dzieci mają różne pomysły...byłabym na wygranej pozycji w przypadku sprawy w sądzie- byłam na pasach, a on powinien przejechać dopiero jak wejdziemy na chodnik...nie o to mi jednak chodzi...wygrana w sądzie byłaby niczym przy tym co bym przegrała- życie albo zdrowie moje dziecka...przez to, że komuś cierpliwości nie starczyło żeby auto zatrzymać na parę sekund...tak wiem stres, problemy w pracy, rodzinie itp...takie tłumaczenie mnie jednak nie satysfakcjonuje...

Pędzi sobie tak jeden z drugim po mieście...nie patrząc na nic i na nikogo...potrąca matkę z dzieckiem...winę zrzuca na świecące słońce...ale gdyby jechał wolniej zdążyłby wyhamować... 

Dziecko w samochodzie...pierwsza i najważniejsza zasada- NIE ZOSTAWIAJ DZIECKA SAMEGO W AUCIE!!! nie ważne czy będzie gorąco czy zimno tego się nie robi...wątpię czy wypłata z pieniędzy z bankomatu jest ważniejsza niż dziecko...(w większości miejsc można płacić kartą)...jeżeli gotówka jest niezbędna ok...ale weź dziecko i idź z nim...przez okno widzę bankomat...często korzystają z niego rodzice z dziećmi...póki co z moich obserwacji wynika, że mimo, że mają 5 kroków z auta do ściany płaczu...zabierają ze sobą dzieci- i chwała im za to...

Co jeszcze mnie dobija- jazda z dzieckiem na kolanach, bez fotelika, bez pasów...
Spotkałam się z opinią, że foteliki wymyślili po to żeby biznes się kręcił...nie wnikam...jak dla mnie niech się kręci jeżeli ma zapewnić bezpieczeństwo najmłodszym.
Jazda dziecka na kolanach rodzica- fajna zabawa do czasu aż coś złego się nie wydarzy...tak wiem kiedyś tak się jeździło i nic nikomu się nie stało...ale kiedyś ( jak ja uwielbiam takie argumenty) aut było mniej...ich maksymalna prędkość wynosiła 60/h...to, że ty jedziesz przepisowo nie oznacza, że zza zakrętu nie wyskoczy wariat pędzący nieprzepisową prędkością...w momencie zderzenia twoje dziecko nie ma szans wyjść bez szwanku z zaistniałej sytuacji...jazda w foteliku z zapiętymi pasami na pewno zminimalizowałaby ryzyko obrażeń...
Maluchy chodzące podczas jazdy po samochodzie- widziałam na własne oczy takie sytuacje...krew mnie zalewała niejednokrotnie...niestety numerów nie zdążyłam zobaczyć...zgłosiłabym...jedyne co robiłam to prosiłam Boga, żeby te osoby nie miały wypadku...dzieci nie powinny cierpieć przez głupotę rodziców.

Zanim wsiądziesz do auta...wciśniesz gaz pomyśl o tym, że w domu na twój powrót ktoś czeka...zajebistym nie jest się przez zamknięcie licznika, nagranie tego i wrzucenie na fejsa...swoją zajebistość możesz pokazać na milion innych sposobów...jedziesz z dzieckiem...pomyśl, że ono jest dopiero na początku swojego życia...wiele jeszcze musi zobaczyć, przeżyć...i zmniejsz prędkość...urządzając sobie wyścigi z kolegami pomyśl najpierw o swoich rodzicach...na pewno nie chcą szykować ci pogrzebu...

czwartek, 28 sierpnia 2014

Koniec wakacji...

i co teraz...powiem, że trochę się cieszę...upałów już nie będzie...lubię ciepło...ale 35 w cieniu to przesada :D
Mało zdjęć wrzucam na bloga...ale teraz Was nimi trochę zasypię...zasada, że Młoda nie pokazuje buzi funkcjonuje...nie chce mi się później walczyć z ludźmi...

Nasza mała migawka z lata 2014 :)

Kilka zdjęć z Trójmiasta...wiem były już ale nie wszystkie :)
Na pierwszy plan Gdynia- najwięcej czasu tam spędziliśmy...i wprost uwielbiam to miasto...:)








Czas na Gdańsk i Zoo, które również uwielbiam... L stań koło żyrafy mama zdjęcie zrobi...dobrze, że nie pakowała się przez płot do prawdziwych :D


Kierowniczka obmyśla plan wycieczki:)


Małpki mogłabym obserwować godzinami są rewelacyjne :D


Wyjazd fajny był ale się skończył...reszta wakacji w rodzinnym mieście...ale wcale nie było nudno...


Czytamy sobie co najmniej raz dziennie "Lokomotywę" L zafascynowana armatami musi je zobaczyć podczas każdego wyjścia z domu:) 


Młoda zamiast do przedszkola chce iść do szkoły...Tata założy jej plecak i ona sama sobie pójdzie :D jeszcze będzie płakać ale co tam nie będę jej straszyć :D


Póki co jednak plac zabaw jest fajniejszy :)



Oprócz placu zabaw w Parku Miejskim zwanym przez mieszkańców Alejkami jest kilka miejsc interesujących małą Terrorystkę:)



Tu są czerwone kwiatki mamo :)


Kiedy pada deszcz L zabiera matce parasol i jest najszczęśliwszym dzieckiem pod słońcem...no raczej pod chmurą :D


Zakłada kalosze i może podbijać świat...


Może pobuszować Dziadkowi na działce i wynaleźć takie cuda:)


Dba o formę swoją i całej reszty biegając sobie :D


Przychodzi jednak moment, że trzeba coś zjeść...a później znów w trasę...


Kopnąć dwa razy piłkę i ją porzucić...


Z łopatką jest podobnie


Latawiec stał się hitem sezonu...Dziadek ma przechlapane u kolegów bo im gołębie straszy...on się tym jednak nie przejmuje :D



Pszczoła sobie pracuje...krzywdy na szczęście nikomu nie robi :D


I tak wakacje nam minęły...czekamy na następne :D




środa, 27 sierpnia 2014

Mamo, tato porozmawiajmy...

Rodzi się dziecko...komunikuje się z nami za pomocą płaczu...chce jeść- płacze, boli brzuch- płacze, brudna pielucha- płacze...Maluszek rośnie słychać radosne gugu, bubu itp. Nadal potrzeby komunikuje płaczem...czekasz, masz nadzieję, że szybko zacznie mówić- będzie znacznie łatwiej, powie co chce i nie będziesz się ciągle zastanawiać o co chodzi...

Słyszysz pierwsze mama, tata- skaczesz do sufitu, twoja radość jest ogromna...wszyscy już wiedzą, że twoje maleństwo powiedziało pierwsze słowa...i zaczyna się pieszczenie do dziecka...nie wiem na czym polega fenomen mówienia do dzieci : cio tam śłychać , jak się naziwaś, ziobać jaki ładny piesiek itp...niestety ostatnimi czasy słyszę to coraz częściej i to wcale nie od starszych ludzi...

Małe dziecko chłonie wszystko jak gąbka...owszem niektóre wyrazy wypowiada tak pociesznie, że można ich słuchać wielokrotnie...ale nie rób dziecku krzywdy od samego początku...mów do niego normalnie, poprawnie za entym razem forma wyrazu będzie prawidłowa a ty unikniesz później dość kosztownych wizyt u logopedy.

Mowa L rozwinęła się bardziej w momencie kiedy zaczęła chodzić...rozgadała się na całego...wprowadziłam- dosłownie zakaz pieszczenia się do niej, przeinaczania wyrazów i powtarzania niepoprawnych wersji... ja wiem zawsze mówiło się zdrobniale do dzieci, coś co było brudne było bee...niestety bee robi owieczka i nie mam zamiaru mieszać Młodej w głowie...ona mówi, że coś jest po prostu brudne...
Może moje podejście jest dziwne...nie wiem...podparte jest jednak rozmowami z logopedami, ich radami...trochę też o tym czytam...i wydaje mi się, że robię dobrze...może znajdzie się ktoś kto wyprowadzi mnie z błędu...

Dlaczego z dorosłymi rozmawiasz normalnie a z dzieckiem już nie? Siedzi sobie taki mały szkrab i się zastanawia z tatą, ciocią, babcią, sąsiadką mama rozmawia inaczej niż ze mną...dlaczego? Uważasz, że dziecko nie rozumie tego co mówisz normalnie...rozumie doskonale...nie musisz się gimnastykować i wymyślać czegoś na styl mieszanki chińsko- włosko- francuko- norweskiego...bez tego da się żyć :) Miło się słucha normalnych wypowiedzi a nie wymienionej przeze mnie mieszanki językowej...
Jakiś czas temu spotykamy znajomą przed sklepem mówi do L : cio śłychać, gdzie idzies? L popatrzyła i nie odpowiedziała...powtórzyłam jej pytanie normalnie i mówi Idę z mamą i tatą do Pepco...aha odpowiedziała znajoma i na tym konwersacja się zakończyła.

Dużo osób dziwi się słysząc jak Młoda nawija...pytają o wiek robią jeszcze większe oczy...co ja poradzę, że matce się gęba nie zamyka...a skoro spędza ze mną większość czasu...nie ma wyjścia...musi gadać :D powtarza wszystko co usłyszy, czytamy dużo książek, bajek edukacyjnych nie oglądamy bo Młodą póki co w tv interesuje tylko muzyka...koleżanka powiedziała mi żeby mówić dziecku trudne wyrazy...lepiej rozwija się mowa...i tak słyszę 1oo razy dziennie: Hermaszewski, Pchła Szachrajka, babcia ostatnio wpadła na Brzęczyszczykiewicza itp... L powtarza, lubi uczyć się nowych wyrazów...nigdy jednak nie wpadłam na pomysł pieszczenia się...ja wiem słyszałam, że takie zwracanie się do malucha jest słodkie...mi niestety to wszystko uszy drażni i scyzoryk mi się w kieszeni otwiera na samą myśl...
Jedna osoba mówi do mnie ostatnio, że L mówi jak dorosły, normalnie szok... mówi, nie da się ukryć...ale to dlatego, że się do niej nie pieścimy-mina wskazująca na niezadowolenie ...dodam, że osoba ta właśnie takie metody stosowała...

Idzie taki mały przysłowiowy Jaś w towarzystwo ( załóżmy, że ma 4 lata) i mówi po swojemu- czyli tak jak go rodzice nauczyli...matka się wstydzi i namiętnie poprawia dzieciaka po każdym wypowiedzianym słowie...Jaś myśli sobie o co kaman...przecież w domu tak do mnie mówią i jest dobrze...wychodzimy z domu i mam tak nie mówić...i zamęt w życiu małego człowieka niepotrzebnie się pojawia...
Ja rozumiem, że biznes się musi kręcić i logopedzi żeby mieć z czego żyć pracować powinni...jednak można im trochę oszczędzić- mają i tak dużo pracy...mówmy do dzieci normalnie...nasz język ojczysty i tak jest trudny...po co tych kłopotów dokładać...

wtorek, 26 sierpnia 2014

Rozliczmy się z fiskusem...uczymy się w szkole...

Modne strasznie jest ostatnio rozliczanie i nauczanie innych...nie ważne, że potencjalny "nauczyciel" lubi sobie pogadać na tematy, na które nie ma zielonego pojęcia...ale co tam gada i wkur... człowieka. Rozliczający natomiast nie jest na pewno pracownikiem US żeby sprawdzać wszystko co nam przybyło i ubyło...

Skoro on/  ona ma a ja nie mam muszę się dowiedzieć jak to robi...przecież z takimi zarobkami nie można sobie pozwolić na takie rzeczy...pewnie dostaje jakieś zapomogi, ktoś sponsoruje...na pewno legalnie tego nie załatwia. Wydaje za dużo pieniędzy na pierdoły... takie i inne myśli krążą w głowie potencjalnego "szpiega"...nie kończy się jednak tylko na myśleniu...musi dorzucić swoje 3 grosze...zepsuć człowiekowi humor...
Takim osobom mogę powiedzieć jak to wszystko się odbywa...mniejszy będą mieli problem...Bez kombinacji się nie obejdzie...niestety taka rzeczywistość... chcąc mieć fajne ciuchy, gadżety nie musisz wydawać wielkiej kasy...są wyprzedaże, na których można znaleźć fajne rzeczy za grosze...ale trzeba ruszyć tyłek i poszukać a nie siedzieć i się zastanawiać jak drugiemu życie "umilić"...są także sh- tam jest pole do popisu ale tego opisywać chyba nie muszę- wchodzisz i za 5 zł wychodzisz z reklamówką zdobyczy:) nie jest to łatwe...wyrywające sobie ubrania z rąk kobiety są momentami nieobliczalne :D ale chcesz mieć coś fajnego musisz pocierpieć...a nie siedzieć i biadolić nad swoim losem.
Istnieją portale gdzie ludzie sprzedają używane/ nowe rzeczy za niewielkie sumy- ale przecież każdy o tym wie...nie każdy korzysta...
Zamiast zasypywać dziecko lawiną gadżetów zrób zrzutkę w rodzinie kup coś konkretnego- praktykujemy taki sposób i nikt na tym nie ucierpiał. Popytaj w rodzinie, wśród znajomych- może mają niepotrzebne zalegające zabawki, ubrania- dziecko nie musi mieć nowych za wielkie pieniądze- dla niego nie liczy się cena, czy metka...ucieszy się ze wszystkiego...a najbardziej z czasu spędzonego z rodzicem :D

Matki blogerki...współpracują z różnymi firmami, dostają gadżety do testowania i cieszą się nimi do momentu...kiedy jakiś zazdrośnik się nie przyczepi...padają komentarze, że za dobrze ma, dostaje za darmo...załóż bloga i czekaj aż coś za darmo dostaniesz...dostając coś musisz to opisać, pokazać, ale nie na zasadzie fajnie się sprawdziło i wrzucić jedno zdjęcie...przy recenzji trzeba się trochę napracować...żeby miało to ład i skład...dodatkowo masz dziecko i obowiązki...i musisz to wszystko pogodzić...ale w tym temacie głupio- mądrych i tak się nie przegada...

Konkursy- pisałam już kiedyś, że biorę udział...trochę rzeczy już wygrałam...czasem jest to szczęście ( rozdawajki), maszyna losująca wybiera twoją osobę...czasem jednak jest trochę zachodu- robisz zdjęcie- zgodne z tematem, piszesz opowiadanie, wiersz itp. samo się nie robi...skądś pomysł musi się wziąć...są sytuacje kiedy ludzie kradną zdjęcia z internetu- wysyłają jako swoje...to jest poza jakąkolwiek krytyką...

Czasem żeby kupić sobie coś konkretnego ( droższego) rezygnuje się ze zbędnych wydatków...jest cel odkładamy pieniądze...sorry w tym miesiącu nie będzie jedzenia na mieście, kupowania zbędnych rzeczy...i tak się pieniążki rozmnażają :D... i kupujesz sobie nowy mebel, pralkę, lodówkę itp...zamiast jeść kolejną zamówioną pizzę-( mozesz zrobić samodzielnie), zakładając nowe kupione za 500 zł spodnie zastanów się czy nie można lepiej spożytkować tych pieniędzy i nie narzekać, że ktoś ma a ja nie...ten ktoś odmówił sobie pewnych wydatków na rzecz innych...

Czas na "nauczycieli"...najpierw opiszę rozmowę osoby bezrobotnej z doradcą zawodowym...wizyta w urzędzie pracy- skierowanie do doradcy...standardowe pytania...powiedz coś o sobie...czym chcesz się zajmować itp. opisujesz... Może się pani przekwalifikować- mogę jeżeli dostanę pracę i będę miała na to pieniądze...bez tego nie ma sensu robienie kolejnego papierka jeśli pracy później nie będzie, zrobiłam już 3 specjalizacje- zatrudnienie miało być...jak jest wiadomo...Pada pytanie czy jesteś w stanie pracować za najniższą stawkę krajową...nie jestem w stanie pada odpowiedź...a dlaczego? Ponieważ zarobki wystarczą jedynie na zatrudnienie niani...z czegoś trzeba zrezygnować żeby mieć pracę...no fajnie ale z czego zrezygnować z płacenia kredytu, czynszu czy z jedzenia...a jeśli tak wygląda sytuacja to raczej pani nie pomogę...wie pani co chciałaby w życiu robić nie mam więcej pytań dziękuję. Wysłuchiwanie wyuczonych regułek ( wiem, że są to regułki, w szkole miałam doradztwo zawodowe) od osoby, która po pierwsze nie zna mojej sytuacji, po drugie ma stałą posadę od lat i za pewne odchowane już dzieci nie jest dla mnie wiarygodna i kompetentna do mówienia mi jak mam żyć i z czego rezygnować...ja wiem co muszę zrobić żeby było dobrze...czasem są jednak sprawy ważniejsze...

Matka karmiąca dzieci butelką od samego początku uczy młodą matkę jak należy przystawiać dziecko do piersi...szkoda tylko, że nie ma o tym zielonego pojęcia...jednak ona wie lepiej i skutecznie wkur...człowieka...przykładów można dopisać milion pięćset...nie będę Was jednak nimi zanudzać...

Kobiety częściej niż mężczyźni zajmują się takimi rzeczami- nie mają pojęcia o czymś...jednak zasada trzeba się wykazać funkcjonuje na całego...po co...żeby drugiemu człowiekowi nerwów napsuć...weź się zajmij robieniem na drutach, wyklejaniem obrazków...przynajmniej będziesz miała zajęcie i dziedzinę w której będziesz mogła się wykazać i być mistrzem...nikt nie lubi być pouczany a najbardziej przez osoby, które nie mają zielonego pojęcia o temacie...
Matko Wygodna  nie wiem czy dobrze to wyszło...ale jest...do Ciebie odsyłam ludzi tam jest bardzo dobry post na ten temat :) Przedstawienie :)

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Zawsze jest jakieś ale...

Dzień jak co dzień, poniedziałek, mieliśmy wizytę u rehabilitantki...
Młoda szczęśliwa, że idzie do Cioci:) szczęście opuściło ją w momencie przekroczenia progu...ale tak jest za każdym razem więc przywykłam...poza tym trafiłyśmy na przelotne opady deszczu...L zadowolona bo w wózku miała sucho...matka cała mokra...ale to tylko w ramach wstępu...

Pod opieką rehabilitantki jesteśmy od kiedy L skończyła rok. Wszystkiego opisywać po kolei nie będę, ponieważ już o tym pisałam. 
Szłam dziś z nadzieją, że będzie to nasza ostatnia wizyta...i niestety się zawiodłam...myślałam, że skoro już chodzi nie będzie kolejnych problemów...koślawi stopy, kupujemy buty profilaktyczne...ćwiczymy...jednak nadal nie jest tak jak być powinno...zaleconą mamy wizytę u ortopedy...mam nadzieję, że tym razem trafimy do kogoś kto podejdzie do sprawy poważnie...niby dzieci mogą koślawić nogi do ukończenia 3 roku życia...ale wychodzę z założenia, że lepiej dmuchać na zimne i sprawdzić wszystko...podobnie myśli nasza rehabilitantka więc działamy...

Pamiętam pierwsze wyczekane kroki L...zamykam oczy i widzę jej twarz...tą radość...mój krzyk, łzy radości, kręcenie filmów, telefony do najbliższych...datę zapamiętam chyba do końca życia...po przebojach w końcu się udało...wiedziałam, że nie będzie łatwo, że czeka nas dalsza praca...

Chcesz dla dziecka jak najlepiej, robisz wszystko co w twojej mocy...a jednak zawsze jest jakieś ale...
wiem są przypadki, że dzieją się dużo gorsze rzeczy...dzieci są ciężko chore, walczą o życie...można tu wymienić tysiące przykładów...nie pociesza mnie to jednak wcale...po pierwsze dlatego, że żaden człowiek a tym bardziej dziecko nie powinno cierpieć...a po drugie skupiam się na moim dziecku, które może nie ma mega problemów...ale jej zdrowie jest dla mnie najważniejsze...chcę oszczędzić jej bólu i konsekwencji jakie może przynieść zbagatelizowanie sprawy...ona jest w tym momencie na pierwszym planie...może komuś wydać się dziwne moje jęczenie...nie potrzebuję jednak pocieszania, głaskania, mówienia, że wszystko będzie dobrze...wiem, że będzie...to jest ten moment kiedy muszę się wygadać a, że PT  w pracy ,reszta śpi padło na Was :) Wybaczyć mi musicie...

Jedyne za co dziękuję Bogu to fakt, że miałam cc...zostało wykonane ponieważ Młodej zagrażała zamartwica...może to być powodem jej problemów...chwilowe niedotlenienie a efekty zostają...zastanów się więc zanim ocenisz matkę, która nie rodziła sn...nawet jeśli to było cc na życzenie...dziękuję za uwagę i zapraszam ponownie

Nie warto tłumaczyć...

często można spotkać się z takim stwierdzeniem odnośnie złego zachowania dziecka...a co warto? Dać w tyłek? Tego nie zrobię, krzyknąć mi się zdarza...ale...

Po pierwsze odeślę Was do tekstu znajdującego się tu: Blog Ojciec. Żeby większość przedstawicieli płci męskiej  ( i żeńskiej) miała takie podejście świat byłby piękny :). 
Czy tłumaczenie dziecku zasad, dla nas oczywistych dla niego mniej ma sens i przynosi skutki? Ma sens i przynosi oczekiwane rezultaty...ale nie zawsze tak szybko jakbyśmy tego chcieli. Powtarzając jak mantrę po raz tysięczny : nie wolno, nie rób tego, rób to w ten sposób itp. dostajesz szału, ponieważ dziecko i tak robi po swojemu. Cierpliwość się kończy, frustracja sięga zenitu...wybuchasz...i jaki jest rezultat...albo dziecko płacze i ucieka, albo robi jeszcze bardziej na złość...

Krzyknęłam na Młodą nie raz...pamiętam pierwszy...miałam dość stresującą sytuację...L miała wtedy pół roku...domagała się mojego zainteresowania...i zaczęła płakać...moja reakcja... krzyknęłam żeby była cicho...i siadłam i się poryczałam...możecie uznać mnie za nienormalną ale miałam ochotę sobie w łeb strzelić za to co zrobiłam...przeprosiłam ją..nie wiem czy to zrozumiała...tuliłam ją i przepraszałam kilka razy...wiem, że nie powinnam tak postąpić, ale stało się i się nie odstanie... przeżywałam to dość długo...

Córka podrosła, zaczęła chodzić...i broić...tu krzyk zdarzał się w sytuacjach, kiedy robiła coś niebezpiecznego...za każdym razem ją przepraszałam...i tłumaczyłam dlaczego tak się stało i jakie konsekwencje może mieć jej postępowanie...wiem, że krzyk nie jest dobry ale nie zawsze nad sobą zapanujesz...czasem sytuacja cię zaskoczy i działasz instynktownie...

Przeczytałam wyżej wymieniony tekst na Blog Ojciec...i mocno się nad sobą zastanowiłam...przeanalizowałam wszystko...i doszłam do wniosku, że mądrego warto czytać i spróbować...zamiast krzyczeć, wołać córkę idę do niej, tłumaczę, mówię spokojnie...i co myślicie, że są efekty? Są i to szybciej niż się spodziewałam :) Oczywiście nie jest to cudowne czary mary i wszystko jest jak w bajce...czasem L coś i tak wycuduje...ale jest lepiej...ja czuję się lepiej nie krzycząc na moje dziecko...
Zastanowiło mnie to czy w momencie kiedy krzykniesz dziecko rozumie zaistniałą sytuację, czy wie, że jego zachowanie jest złe, może być niebezpieczne? Czy boi się rodzica...rodzica, który krzyczy? Mi się wydaje, że druga opcja jest bardziej prawdopodobna...i biedny maluch nie zwraca uwagi na to co zrobił ale na ciebie- wściekłego i wrzeszczącego...i tak krążycie sobie w tych krzykach...nie dając tym samym dobrego przykładu...

Tłumaczenie dziecku, że bieganie przy ruchliwej ulicy może źle się skończyć...jak wiecie moje dziecko nie należy do tych spokojnych, ładnie idących za rączkę z mamusią...dlatego na dłuższe spacery bez wózka L miała zakładane szelki...za każdym razem jednak tłumaczyłam jej jak ma się zachowywać, że przechodzimy po pasach itp. Jakiś czas temu idziemy sobie z L i moją Mamą...docieramy do ulicy...zatrzymujemy się. Młoda mówi, że trzeba zobaczyć czy nie jedzie samochód i jak nie jedzie to przechodzimy po pasach...oczy wielkie zrobiłam...normalnie nie wierzyłam...tłumaczyłam milion razy a ona zdawała się w ogóle mnie nie słuchać...a tu niespodzianka...
Na dłuższe zakupy jeździmy wózkiem...ale czas na podreptanie też jest...jedziemy sobie jakieś parę dni temu...spotykam znajomą...rozmawiamy sobie...L w wózku...wyciągam ją z wózka. Młoda postawiona na chodniku mówi, że teraz daje mamie rączkę i idziemy sobie na spacerek pochodzić :) Oczy robimy wielkie- przypadek nieczęsto spotykany...ja szczęśliwa po raz kolejny z sukcesu mojej gadaniny :D

Problem mamy jeszcze z trawnikami...na placu zabaw L może biegać gdzie chce i ile chce...przy ulicach też są trawniki...i tam też chce biegać...ale tłumaczę, tłumaczę, tłumaczę...czasem mówię, że jak nie chce ładnie chodzić to będzie jeździła wózkiem...długa droga przed nami...nagadam się przy tym na pewno...dojdą nowe rzeczy...ale wiem jedno warto rozmawiać, tłumaczyć...do dzieci dociera na prawdę wiele...musimy jednak znaleźć właściwy sposób na przekazanie wiedzy :D

sobota, 23 sierpnia 2014

Pewną historię Wam opowiem...

Zaglądam do skrzynki pocztowej...a tam...jak zwykle gazetki ze sklepów...niby nic specjalnego...ale dostrzegam coś...zakochuję się...muszę go mieć...mowa o zegarze:) Pędzę do sklepu jest...kupuję i zadowolona udaję się do domu w celu zawieszenia mojego nowego nabytku na ścianie...

Swoje miejsce znajduje w centralnym punkcie salonu:) Cieszy oko...tyka okropnie ale co tam...
Robimy w domu małą imprezę...podczas której zegar ląduje na podłodze...impreza nie była aż tak huczna, że spadł...pewna osoba, której danych nie ujawnię bawiła się z L i rzucały sobie piłką...pech chciał, że trafiły w zegar...żal mi się go trochę zrobiło...bardziej jednak przestraszyłam się tego, że mógł Młodej na głowie wylądować...szkło posprzątane, zegar poturbowany...trzeba kupić nowy...ale pozbierałam elementy skleiłam jak mogłam najlepiej i ponownie zawisł na ścianie...pęknięć nie widać...znaczy się ja widzę...ale nie jest najgorzej :D

Wisi sobie dalej i głośno daje o sobie znać...do momentu kiedy wpada do domu mucha...usypiam L...zasnęła...wchodzę do pokoju...PT mówi, że musiał zabić muchę na zegarze...patrzę wskazówka wygięta...spoko wyprostuje się...rano wstaję zegarek nie chodzi...myślę sobie...skończył swój żywot...
ściągam go...chcę iść po nowy...dociskam baterię, prostuję wskazówkę i...nadal jest z nami:) Ja po takich przejściach miałabym wszystko w poważaniu i się pożegnała...on jednak dalej chce z nami być...

Wiem, wiem spodziewaliście się czegoś innego...jeśli po tym poście przestaniecie mnie lubić...i czytać zrozumiem:) Udanego słonecznego weekendu Wam życzę :)







czwartek, 21 sierpnia 2014

Są... nagle ich nie ma...

Był czas kiedy nie martwiłam się o dzień następny...idziesz do pracy...później robisz inne ciekawe lub mniej interesujące rzeczy, idziesz spać wstajesz i tak się życie kręci. Masz dużo czasu na imprezy, spotkania towarzyskie, spontaniczne wyjazdy. I wszystko fajnie...ale czegoś Ci w pewnym momencie zaczyna brakować...wracasz do domu wymieniasz poglądy z rodzicami...kąpiel i do wyrka...

Poznajesz swoją druga połówkę...spotykacie się jest miło- jakaś odmiana...więcej czasu spędzasz teraz z ukochanym/ukochaną...starasz się jednak wygospodarować czas dla znajomych...masz go mniej- oczywista sprawa...ale jakoś się kręci...

Przychodzi moment, że zaczynacie poważniej myśleć o powiększeniu rodziny:) Udało się- będziemy mieli dzidziusia...zaczyna się proces zabawy w dom...masz coraz mniej czasu dla znajomych...Ci, którzy chcą zostaną z tobą...osoby, które miały jakiś interes w spędzaniu wspólnego czasu nagle rozpływają się w powietrzu...wysyłać list gończy??? nie warto ,jeżeli nagle komuś przeszkadza to, że układasz sobie życie i z tego powodu olewa znajomość- nie ma sensu za nim biegać...kiedyś to on być może będzie chciał ponownie utrzymywać z tobą kontakt...pytanie czy ty masz na to ochotę...
Ok ja rozumiem, że matka siedząca w domu z dzieckiem może wydać się nieatrakcyjnym towarzyszem rozmów... są też inne tematy niż te związane z dzieckiem...tyle rzeczy dzieje się wokół...na pewno można znaleźć jakiś wspólny...

W moim życiu było wiele osób, bliżej ze mną żyjących...stety niestety...czas pokazał na kogo można liczyć a na kogo nie... jeżeli nagle moja osoba staje się dla kogoś niewygodna...to sorry ale narzucać się nie będę. Kto ma być ten będzie mimo wszystko...mimo dzielących nas kilometrów...momentów milczenia...

Wiem, że są osoby na które mogę zawsze liczyć...jak zadzwonię o 2 w nocy odbiorą telefon i pomogą nie ważne co by się działo...czy zabraknie mi pampersów dla dziecka, czy będę chciała pogadać czy napić się "soczku"- wiem, że są adresy pod którymi są życzliwe mi osoby...tym dla których stałam się niepotrzebna serdecznie dziękuję za okazaną mi wcześniej uwagę...

środa, 20 sierpnia 2014

Co czyta matka...

Książki jak wiecie uwielbiam...czasu na czytanie przy 2 latku jest niewiele...ale dla chcącego nic trudnego:)
Jeżeli trafię na ciekawą książkę nie ma siły...zarwę nockę, lub kilka i przeczytam :)



Zacznę możne od początku...jak ja w ogóle na "Wiosnę po wiedeńsku" Katarzyny Targosz trafiłam. Wzięłam udział w konkursie u Matki Wygodnej :) przeglądam sobie zdjęcia w galerii i trafiam na zdjęcie z jajem:) Nie dam Wam linka...jeżeli chcecie znajdziecie:) Za łatwo nie będzie :D Patrzę sobie i myślę fajna Babka...z poczuciem humoru...mieszka sobie w górach , które kocham... :) I z ciekawości wyszukuję jej profil...jakaś siła kazała mi zabawić się w szpiega:) Okazuje się, że Kasia niedługo wydaje książkę :) Wiem, że nie ocenia się książki po okładce...ja jednak to robię...okładka bardzo mi się podoba...czytam recenzje...jeszcze bardziej chcę książkę przeczytać...są do wygrania w konkursach...nie udaje mi się...

Wiosna krąży w mojej głowie...i spokoju nie daje...wreszcie przychodzi czas- mamy z PT rocznicę...BINGO- zamiast kwiatów kupi mi "Wiosnę"...klik, klik i zamówiona...czekam...pan kurier przywozi...zabieram się za czytanie...

Jestem rozczarowana...bardzo...ale to bardzo ,że książka się skończyła...czytając ostatnie strony mam nadzieję, że jakoś cudownie się same dopiszą dalsze losy bohaterów:) Nie napiszę Wam recenzji...bo książki nie przeczytacie. Powiem jedynie, że znajdziecie tam wątek kryminalny, miłosny, trochę komedii w tym wszystkim...cały czas coś się dzieje...w żadnym momencie czytelnik nie jest do końca pewien co się za chwilę wydarzy...jak dla mnie BOMBA:) "Wiosna..." wciągnęła mnie niesamowicie...już dawno w moich rękach i przed oczami nie było tak rewelacyjnej pozycji...Gorąco polecam:) A Kasi gratuluje talentu...i czekam na kolejne książki- przeczytam wszystkie tak jak obiecałam :D

wtorek, 19 sierpnia 2014

Dziecięce imprezy

O tym jak poradzić sobie na imprezie z dzieckiem już wiecie :) Tym razem napiszę trochę o moim podejściu do uroczystości najmłodszych.

Po pierwsze i najważniejsze uważam, że na takich imprezach nie powinno być alkoholu. Chrzciny, komunie, urodziny potomka. Jest to jego święto a nie rodziców i innych dorosłych. Często zadaję sobie pytanie czy bez alkoholu nie można tego wszystkiego zorganizować. Można jeżeli się tylko chce. Przyszedł czas na chrzciny młodej. Trzeba było to jakoś zorganizować. W domu miejsca za mało...poza tym nie opłaca się z tym wszystkim wojować, ponieważ za dużo się nie zaoszczędzi...robiąc przyjęcie w lokalu masz przede wszystkim mniej nerwów. Pytanie właściciela czy chcemy swój alkohol czy u nich zamawiamy. Odpowiadamy, że alkoholu nie będzie jedynie wino do obiadu i tyle. Moim zdaniem jest to święto dziecka i nie ma za bardzo czego opijać. Głosów niezadowolenia z tego powodu nie słyszałam, jeśli komuś to nie pasowało niestety ja mam takie stanowisko w tej sprawie i go nie zmienię.

Identyczne jest moje podejście do urodzin malucha- nie ma sensu robić w tym dniu wielkiego balu. Dziecko i tak jest zestresowane ilością gości, 3 godzinki maksymalnie i ma dość. W naszym przypadku siedzenie przy stole nie wchodzi w grę ponieważ Młoda nie usiedzi za długo w jednym miejscu. Wiem, że wielu ludzi praktykuje robienie z tego biby do późnych godzin nocnych. Przelewa się wtedy też dużo trunków. Jestem zdania, że jest to święto dziecka- ono nie pije nikt nie pije. Ale to tylko moje zdanie i każdy ma prawo się z nim nie zgodzić. W tym czasie to maluch jest najważniejszy a nie goście. Przychodzą do niego a nie do rodziców na drinka- od tego są inne okazje.

Kolejny punkt- komunia. Coraz gorzej się dzieje w tym temacie. Rodzice biorą kredyty żeby zrobić coś na mój gust na kształt wesela. 50 osób zaproszonych... masa prezentów i pieniędzy. Ale czy to jest najważniejsze. Dzieci nie czekają na sakrament. Ważne staje się dla nich to co dostaną, ile kasy nazbierają. Rodzice takim podejściem robią dzieciom krzywdę. Wyrastają później na materialistów. Nie liczy się nic poza kasą. Zdziwienie później ogromne- przecież ja tego nie uczyłam/em. Zaczyna się wyścig kto zaprosi więcej gości, gdzie będzie impreza...najlepiej żeby odbyła się w najdroższym lokalu. 
Dzieci w szkole opowiadają sobie o tym wszystkim i zaczyna się problem w momencie kiedy któreś dostało mniej, było mniej gości itp. itd. Dzieciakowi jest przykro, koledzy mieli lepiej, ja mam gorzej. Ma żal do rodziców...bo przez to, że impreza była mniejsza, ma gorsze prezenty odstaje od rówieśników. Dzieciaki w takich sytuacjach potrafią być okrutne...ale skąd to się bierze...tego uczą ich rodzice. Widzą ten pęd, chęć pokazania się i naśladują...Kiedyś na komunię dostawało się książki, zegarki, rowery...teraz jeśli na liście prezentów nie znajdzie się laptop, tablet, quad i inne tego typu gadżety...w kopertach będzie mniej niż po 500 zł- totalna porażka. Rodzice rozmawiają, liczą kto dał więcej...dziecko słyszy i uczy się takiego podejścia do życia. 

Mam nadzieję, że moje dziecko nie będzie czuło się skrzywdzone jeżeli jej uroczystości będą tylko w gronie najbliższych...jeżeli nie dostanie tych wypasionych gadżetów. Bez tego można żyć...ale czas pokaże co z tego wyjdzie.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Uczyć ? Nie uczyć?

Czytam sobie różne rzeczy w internecie...trafiłam na pytanie Alicji ( Mamala) na temat metody Domana...i posypały się komentarze...
" Ciocie mądra rada" wszechwiedzące od razu napisały o tym, że nauka odbiera dzieciństwo, że jeszcze będzie czas na to i tamto...ręce mi opadają jak czytam takie i podobne komentarze...

Na temat metody Domana nie będę się rozpisywać ale uważam, że jeżeli ktoś chce spróbować, dziecko będzie zainteresowane to czemu nie wprowadzić tego jako dodatkowej zabawy w ciągu dnia.
Jak wiadomo małe dzieci uczą się wszystkiego w zaskakująco szybkim tempie. Nikt przecież nie każe sadzać dziecka przy stole rozkładać książek, zeszytów i zaczynać zabawy w szkołę. Najgłośniej krzyczą jak zwykle osoby, które nie miały do czynienia z jakimś zjawiskiem. A dlaczego nie miały...najczęściej dlatego, że im się nie chce. Nauka czytania- przez zabawę nie odbiega za bardzo od innych form spędzania czasu z dzieckiem...no chyba, że tego czasu się z nim nie spędza aktywnie- w zamian włączysz tv ( nie powiem czasem też to robię ale poza tym w planie dnia jest też czas na inne aktywności), zrobisz inne rzeczy żeby dziecko zajęło się sobą. Dziecko zna obsługę smartfona, laptopa, tabletów i innych gadżetów...i to nie zabiera mu dzieciństwa...przecież tam też są literki, cyferki, które dziecko widzi.

Jako rodzic masz prawo do tego, żeby mieć dla siebie choćby 15 minut wolnego czasu nie popadajmy w skrajności. Cały dzień spędzony wyłącznie na czytaniu, pisaniu, rysowaniu itp. nie byłby dobrym rozwiązaniem dla żadnej ze stron. Ja bynajmniej sobie takiej sytuacji nie wyobrażam, ale wiem, że i takie przypadki się zdarzają.

Jeżeli nauka przez zabawę odbiera dzieciństwo nie róbmy nic...przyjdzie czas dziecko samo do wszystkiego dojdzie. Nie uczmy jeść sztućcami, pić ze szklanki- pójdzie do przedszkola tam się nauczy. Po co oduczać sikania w pieluchę? W wieku 7 lat pójdzie do szkoły z pampersem ( nie piszę tu o przypadkach dzieci chorych, które tego pampersa mieć muszą) i wtedy będzie problem. Po co ma się samo myć, ubierać? W przedszkolu się nauczy...Jak już pisałam nikt nie zmusza dziecka do nauki...to ma być zabawa- forma akceptowana przez dziecko...ile czasu tak spędzi zadecyduje samo. Rodzic jest tylko inicjatorem. Jeżeli maluch akceptuje to co masz mu do zaoferowania to dlaczego nie spróbować?
Owszem w szkole dziecko będzie uczyło się przez wiele lat...nie będzie to już jednak zabawa...będzie to wkuwanie informacji po to, żeby nie dostać 1...to czego nauczy się bez przymusu...bawiąc się przy tym świetnie będzie na pewno lepiej zapamiętane:)

Jako dzieci bawiliśmy się zabawkami, nikt nas niczego nie uczył dopiero w szkole czy w przedszkolu się o tym dowiedziałam/em. A dlaczego nie uczył? Może rodzice mieli 7 dzieci i po prostu nie byli w stanie stosować takich metod? Może im się nie chciało...nie ma sensu wracać do tego co było. Świat poszedł do przodu i nie powinniśmy się cofać...tylko iść do przodu.

Moja córka jak wiecie uczy się cyferek, literek, angielskiego...czytamy również książeczki dla dzieci:) tych mamy ponad 40 (twardostronicowych)...i ciągle przybywa:). Książeczki czytałam jej od samego początku- o zaletach pisać nie muszę...najważniejszą jest jednak to, że dziecko, któremu się czyta ma bardzo duży zasób słownictwa. Młoda dosłownie po kilku razach powtarza za mną, albo wyprzedza kolejne wersy:) Ćwiczy także pamięć...i nie jest to tak, że ją sadzam i każę jej słuchać...sama przynosi albo woła i czytamy:)

Literki i cyferki- na to sama bym nie wpadła... Matka Prezesa- przedstawiać jej specjalnie nie muszę:) napisała kiedyś post o przygodzie z literkami i cyferkami...był to strzał w dziesiątkę - kupiłam magnetyczne przyczepiłam na lodówce ( podczas gdy robię obiad nie mam wywalanych garów z szafek tylko układane literki- jednak nie zawsze tak jest). Najpierw L ściągała je, rozrzucała, przyczepiała. Później zaczęły ja bardziej interesować...zna już większość- widząc je w sklepie, tv, gazecie potrafi powiedzieć jaka to cyferka, literka.
Idziemy sobie ostatnio po mieście i L krzyczy: mamooo tam jest L jak Lenka, K jak Kubuś, A jak Aligator itp...ludzie trochę dziwnie na nas patrzą ale co tam...chce uczę ją i nadal będę to robić oczywiście zgodnie z jej umiejętnościami i chęciami. 

Decyzja o tym jak spędzasz czas z dzieckiem i czego go uczysz należy tylko i wyłącznie do was...ale jeżeli ktoś chce robić to inaczej niż ty nie skreślaj go na samym starcie...nie studź jego zapału...wyjdzie nie wyjdzie ...o tym przekona się jedynie jeśli spróbuje...można sobie siedzieć i gdybać...krytykować...ale zamiast na to tracić czas można iść i zająć się czymś pożytecznym :)

A do Rodziców uczących dzieci różnych "dziwnych" rzeczy...róbcie swoje nie słuchajcie tych, którzy krytykują...nie przesadzajcie jednak z nadmiarem wiedzy jaką dziecko powinno przyswoić :)

sobota, 16 sierpnia 2014

Dlaczego nie chcę być idealna?

"Idealni" ludzie mają bardzo nudne życie.. wszystko co robią musi być perfekcyjne...no jakby inaczej...przecież nikt nie może się do mnie przyczepić... ciągłe dążenie do perfekcji odsuwa na boczny tor to co w życiu najważniejsze...czyli radość z tego co jest tu i teraz.

Perfekcyjna Pani Domu...nie ma w nim grama kurzu, wszystko starannie poukładane na swoim miejscu...wchodzisz i boisz się oddychać, żeby coś złego się nie stało...usiądę, pogniotę narzutę, może krzesło pobrudzę...a jak idziesz w takie miejsce z dzieckiem...lepiej nie iść...będzie niepotrzebny dym...Kolega powiedział kiedyś, że dom jest do mieszkania a nie do sprzątania :D Zamiast iść i czuć się swobodnie czujesz się jakbyś zwiedzał muzeum...nie jest też tak, że nie lubię porządku...lubię ale nie za wszelką cenę...nie zabijam się żeby na oknie nie było żadnej smugi, kot z kurzu też by się gdzieś znalazł...osoby mające dziecko wiedzą co to brudna podłoga zaraz po umyciu...nie mam takich jazd, że lecę i od nowa szoruję...no chyba, że jest jakaś większa awaria...u Młodej w pokoju...klękacie narody...istny tor przeszkód...ale to jej pokój i niech tam robi co chce...uczę ją oczywiście odkładania na miejsce, sprzątania itp...jak na razie z mizernym skutkiem...nie jest to jednak powód, żebym siwych włosów i zmarszczek się dorabiała w tak młodym wieku :P

Bez makijażu z domu nie wyjdę...owszem są miejsca i okazje gdzie "tapeta" jest niezbędna...poza tym kosmetyki mają termin przydatności i szkoda wyrzucać...więc się używa...nie mam jednak parcia na to, że śmieci idę wyrzucić pomalowana,że w domu muszę wyglądać nieskazitelnie...szczerze nie lubię się malować, nie umiem zresztą- mój makijaż podkład, puder i tusz na rzęsy, albo sam tusz i tyle. Błyszczyków szminek też nie używam- jedynie pomadki bezbarwne...podziwiam kobiety, które spędzają masę czasu, żeby się pięknie umalować, nie atakuję osób malujących się! mi się po prostu nie chce marnować więcej niż 5 minut na stanie przed lustrem...jedyne z czym walczę codziennie to mycie włosów...bez tego nie wyjdę z domu...ale to już taki mój nawyk...jak mycie zębów:)

Ubiór musi być wygodny...zwłaszcza w domu. Pierwsze co robię po powrocie do niego to się przebieram...dres na tyłek i od razu jest lepiej...nie chodzę na obcasach...czasem zakładam- ale to już musi być extra okazja. Boli mnie kręgosłup, stopy moje nie tolerują za bardzo takiego obuwia...kiedyś biegałam na obcasach, wysokich koturnach...ale cóż wiek robi swoje :D poza tym z moim latającym dzieckiem wyjście na obcasach byłoby gwoździem do trumny...wiem, ze są wyścigi na szpilach...wielkie brawa i szacunek dla tych kobiet, że dają radę...ja nie podejmuję wyzwania...

Ideały kreowane przez media...nie każdy musi być szczupły/gruby...mieć blond/rude/ czarne włosy...wszystkim nie dogodzisz...raz w modzie będzie rozmiar 34...schudniesz ok...za jakiś czas przyjdzie czas na uwielbianie rozmiaru 42...i co przytyjesz? żeby być ideałem dla tych paru osób, które dobrze rozpowszechnią swoje poglądy...ja nie, nie chce mi się...co do koloru włosów...zmieniałam je dość często...od ponad roku nie maluję ich wcale...nieraz mam loty i coś bym zmieniła...ale zaraz mi przechodzi i wymyślam coś innego :)

Przez żołądek do serca...w dziedzinie jaką jest gotowanie też raczej nie miałabym szans w programach typu Hell's Kitchen...albo za słabo przyprawione, albo się rozgotuje...albo przypali, nie dopiecze...ale jak twierdzi PT jak coś się dzieje i próbuję ratować obiad to wychodzi mi super:D a to dlatego, że lubi mocno przyprawione:) Nie jest jednak ze mną tak źle coś tam umiem zrobić bez wpadek:)

W dziedzinie wychowania...chyba nikt nie jest tu ideałem...czasem brak cierpliwości bierze górę...jesteś zmęczony, chcesz mieć chwilę spokoju i pozwalasz dziecku na coś co wychodzi poza określone w domu zasady ( ale zasady są po to żeby je łamać). Nie wierzę, że jest rodzic idealny, któremu wszystko wychodzi bez problemu, że nie ma w jego życiu momentów, w których powinno się wezwać Super Nianię:) Dla dziecka zawsze będziesz ideałem...nie oszukuj jednak innych a przede wszystkim siebie, że jest tak cudownie...inni też mają dzieci i wiedzą jak to wszystko wygląda...

Dążymy w swoim życiu do perfekcji...chcemy być zauważeni przez innych, chcemy aby nasi znajomi i rodzina lubili nas...pytanie jednak zasadnicze czy za to jacy jesteśmy czy za to, że jesteśmy "idealni"i znerwicowani tym, że musi być perfekcyjnie...ja też się kiedyś spinałam...wyluzowałam i żyje mi się o niebo lepiej :D 
Zlew pełen garów...może poczekać idę z L poczytać książeczki, tulić się pobawić...nie latam ze ścierą i nie wycieram każdego milimetra kurzu, który się pojawia ( tu dobrym patentem są jasne meble- mniej widać :P), pranie czasem musi poczekać na inne niż włożenie do pralki czynności :D 
Jednak jeżeli już pracowałam zawodowo to co robiłam starałam się wykonywać najlepiej jak potrafiłam...praca i życie poza nią to zupełnie inne sprawy...nie ma sensu niepotrzebnie tracić energii :) zamiast tego popatrz na nieidealny świat i ciesz się z każdej przeżytej chwili :)

piątek, 15 sierpnia 2014

Misja specjalna

Jak wiecie sierpień jest u nas bardzo imprezowy...Mama ma urodziny i imieniny, Tatko urodziny...mają też rocznicę ślubu, Bratowa ma imieniny...my z PT mamy rocznicę ( ponownego spotkania i zaręczyn jednego dnia :D). Dzień dzisiejszy- imieniny Mamci:) 

Żeby nie było tak kolorowo od rana miałam nerwa jak stąd do Honolulu...ale co tam...cieknący kran naprawili moi dwaj mężczyźni...Tatko zorganizował sprzęt i już nie leci...Młoda wylała wodę i meble w kuchni trochę ucierpiały ale co tam...i najgorsze odkrycie- remont u sąsiadów zakończył się przewierceniem ściany na wylot...i nieciekawie to wygląda ale co tam...kiedyś się naprawi...jedyne na co miałam chęć to iść się napić...tak też uczyniłam...pierwszy raz od 3 lat piłam wódkę z kieliszka, od kiedy skończyłam karmić to były raczej drinki...a co :) jak szaleć to szaleć:)

Organizacja imprezy była tajemnicą (zrobiliśmy urodziny i imieniny jednego dnia)...oficjalnie ja, PT i L przychodzimy na obiad i na kawę:) Brat z Bratową nie przyjeżdżają...praca ich zatrzymała :D Tatko załatwił Mamie wolne na ten dzień...ale Ona oczywiście nic o tym nie wiedziała...tort zamówiony...trzeba tylko trzymać język za zębami...a z tym u mnie ciężko...podołałam jednak. 

Mina Mamy kiedy zobaczyła nas wszystkich bezcenna...później oczywiście dostaliśmy ochrzan za kłamstwa itp...ale i tak było miło :) Oby więcej takich okazji do świętowania w takim gronie:) L oczywiście wybawiła się na całego...pojadła sobie, potańczyła i tradycyjnie zabawiała gości:) 

Tort niespodzianka w kształcie rakiety był bardzo smaczny :)





czwartek, 14 sierpnia 2014

O niej i o nim...

Mam 15 lat...głupi wiek ale co tam...mam różnych znajomych...młodszych, starszych. Jest i ON...wszystko pasuje- krótko ścięte włosy, bluza z kapturem na plecach...myślę sobie fajny z niego gość, można z nim pogadać...ale ma 19 lat...trochę za stary, PT mówił mi,że tez zwrócił na mnie wtedy uwagę...ale za młoda byłam:)...później widzisz Go z dziewczyną...ok pozamiatane...

Wasze drogi się rozchodzą...po to żeby ponownie się zejść...już na zawsze:D (taką mam nadzieję).

Wracam sobie pewnego dnia z pracy...muszę iść do fryzjera...nie chce mi się zmęczona jestem...ale jakaś siła mnie ciągnie...idę- bez makijażu, włos każdy w inną stronę...ciuchy co najmniej nie wyjściowe...po latach spotykam mojego PT...Chwila rozmowy i to by było na tyle... Za jakiś czas dzwoni telefon...ja go oczywiście nie mam przy sobie...bo pracuję...zerkam więc a tam dwa nieodebrane połączenia...wiem od kogo...Jego numer miałam zapisany...zdobyty podstępem...ale nie o tym...(nigdy pierwsza do faceta nie dzwonię). Oddzwaniam więc...pyta się czy możemy się spotkać bo ma do mnie sprawę...ok udaję, że nic nie wiem i zgadzam się na spotkanie...( prawda jest taka, że wiedziałam w jakiej sprawie dzwoni...ale o tym dowiedział się dużo później). 

Przyjeżdża do mnie do pracy...chwilę rozmawiamy...zaprasza mnie na wesele kolegi, które odbędzie się za tydzień...dasz radę się zorganizować do tej pory? pyta...no jasne, że dam radę :D...ok a w głowie- sukienka jest, butów nie ma...trzeba umówić się do fryzjera- (impreza była w piątek więc udało się to bez problemu), jeszcze makijaż i można lecieć. Przyjaciółka moja kochana (Asia jak mnie czytasz to wiesz, że chodzi o Ciebie) mówi, że nie ma opcji, że muszę iść na tą imprezę...pożyczy mi co trzeba...Agata druga moja kochana:) robi mi fantastyczny makijaż i można podbijać świat :)

Umówiliśmy się więc na dzień kolejny na spotkanie- randkę...spędziliśmy ze sobą ponad 4 godziny i ani chwili się nie nudziłam...nie wiem jak PT...ale nie narzekał...skoro było tak miło...to kolejne spotkanie przed nami...

Wymyśliłam sobie wyprawę nad morze...w dzień dosłownie lejący non stop deszcz...wichura...mama moja mówi, że zwariowałam z tą wycieczką...dzwoni On...pytanie czy jedziemy...patrzę za okno drzewa się pokładają...jedziemy a co...dojeżdżamy...idziemy na plażę...a tam pogoda idealna na wieczorny spacer:)
Było milo...nawet romantycznie. :)

Wyprawa na wesele...makijaż, fryzjer...i padający deszcz...PT zgodził się robić za mojego szofera...ale zapomniałam telefonu...kombinacja- znam tylko numer do taty mojego dzwonię mówię o co chodzi...tata dzwoni do mamy...a ona do PT...( zamiast poprosić o podanie mi numeru...zakręcona kazałam jej dzwonić)...ale ok przyjechał zabrał mnie i pojechaliśmy...zabawa była rewelacyjna...w dobrym towarzystwie zawsze jest fajnie :D

Po weselu jak to po weselu głowa boli...ale mocno trzyma się karku :) padają pytania czy się jeszcze kiedyś spotkamy??? Pewnie odpowiadam ( a w głowie to Ty się jeszcze pytasz???oczywiście, że tak :P).

I tak od spotkania do spotkania...zaczyna się przygoda...po pół roku razem zdecydowaliśmy się na dziecko...tak dosłownie i w przenośni :D Dobrze nam razem było...czego chcieć więcej...oczywiście małego brzdąca:) Pracowali i pracowali...nie podawali się...i po 6 miesiącach starań...przywieźli z Zakopanego...Fasolkę w brzuszku:) Pojawiły się upragnione dwie kreski na teście...i zaczęła się zabawa w dom:) I oby trwała jak najdłużej...

Dostałam od PT na naszą rocznicę, która będzie dopiero 19 sierpnia:) ale mocno chciałam to już mam- książkę...napisał mi dedykację- w której obiecał, że na 10 urodziny L jedziemy do Wiednia...ale nie to mnie najbardziej ucieszyło... "cztery cudowne, owocne lata wspólnego życia, których nie zamieniłbym na nic innego..."...ja też bym tego nie zamieniła. Bywały trudne chwile...ale co tam daliśmy radę...bo jak nie my to kto???


wtorek, 12 sierpnia 2014

Żeby wygrać trzeba grać :)

Biorę udział w wielu konkursach...czasem trzeba coś napisać...wysłać zdjęcie...są też takie w których losowani są zwycięzcy...szczęście czasem się do mnie uśmiecha i już trochę nagród mi przybyło...trochę dla mnie, trochę dla Młodej, dla PT też:)

Cieszę się ze wszystkich...ale próbuje też szczęścia w totka...i tu niestety za każdym razem rozczarowanie...no nie ma opcji na to, że wygra się jakieś większe pieniądze...doszłam ostatnio do wniosku, że po prostu te pieniądze nie są nam do szczęścia chyba potrzebne...to nie nasz czas. Kredyt by człowiek spłacił, auto albo dwa sobie kupił:) Można by było trochę zaszaleć za taką szósteczkę :D No ale dobra nie narzekam kiedyś może się uda...

Jest jedno najważniejsze co w życiu wygrałam...to PT i L...niby oczywiste zakładasz rodzinę, przychodzi czas na dziecko...urodzenie w dzisiejszych czasach dziecka bez żadnych komplikacji to właśnie jak wygrana w totka... kochający Partner również...Cieszę się, że mimo wszystkich problemów jakie spotkały nas po drodze i jeszcze na pewno nie raz, nie dwa spotkają- jesteśmy razem, kochamy się i jest cudnie:) ( nie wiem co na to PT powie:D)...mimo wszystkich burz, niepowodzeń, momentów zwątpienia jesteśmy blisko...jeden za drugim poszedłby w ogień ( tu znów z mojej perspektywy), nie pozwoliłby, żeby drugiemu stało się coś złego...

L dba o to, żeby nudno nie było...jak wiecie moje ciśnienie jest często podnoszone...ale wlepi we mnie później te swoje oczęta i serce mięknie...ale kiedy trzeba matka jest konsekwentna :D...

Ja już swoją szóstkę trafiłam...czego mi do szczęścia więcej potrzeba??? Przypomnijcie mi ten post jakbym zapomniała i zaczęła narzekać :)