środa, 30 lipca 2014

O tym co robimy popołudniami

Czasem śpimy, bawimy się idziemy na plac zabaw...albo na działkę moich rodziców.
Ta ostatnia przypadła L do gustu...nie ma tam póki co piaskownicy (jest w planach), ogromnego basenu i innych tego typu atrakcji. My się jednak nie nudzimy:) Terrorystka zawsze coś nowego wymyśli:) Codziennie rano mówi, że po południu idzie na piknik...dla niej piknik to rozłożony koc na, którym nie posiedzi dłużej niż 5 sekund :)



Mama moja wynalazła wiaderka w piwnicy...mają one grubo ponad 20 lat:) dają jednak radę i można się jeszcze pobawić. Z powodu braku łopatki L dostała do zabawy łyżkę:) mówi :" Babcia da mi widelec, zjem obiad":) ale jakoś udało nam się ją przekonać, że widelca nie ma i ziemia nie jest obiadem...


Brat mój się odezwał i każe zostawić jego wiaderko...spakowane już kurier dostarczy:)


Prądu i tak nie ma...ale w razie potrzeby lampa służy pomocą :)


Takie widoki dość często ukazują się naszym oczom :) Uwielbiam leżeć na trawie i obserwować chmury:)


Owady też są...fajnie pooglądać...na bliższe spotkania nie mam jednak ochoty :)


Kwiatki dostarczyła mi L od sąsiadki z działki obok...od rana idzie do Pani Lusi na maliny i kwiatki mamie zrywać...



Stopa, która bardzo rzadko się zatrzymuje...



Dupsko pełne to i piknikowy herbatnik może poleżeć na trawie:)



Matka się nie przemęcza i na kocyku posiada- jak mówi L. Jest możliwość trzeba korzystać:)



Terrorystka natomiast w ciągłym biegu...tak się zastanawiam skąd ona ma tyle energii??? Po 3 godzinach biegania owszem mówi: idziemy na chatę, mama wsadzi L do wózka... Żeby jednak było miło musi być coś na osłodę...o zaopatrzenie dba Babcia:) piecze  nam ciasta (chwała jej za to...mi przy takich upałach to się nie chce nic robić...zresztą L kota dostaje i nic by z ciasta nie było, jedynie zakalec :P) i przynosi różne smakołyki:).

 Musimy też bronić się przed komarami, kleszczami i innymi robalami... tu polecam spray firmy Ziaja. Zrobisz psik, psik (słowa L) i komary nie gryzą... L pogryzły przez spodnie...w miejscu niezabezpieczonym...Młoda ma placki na nodze ale mam nadzieję zejdą i obejdzie się bez wizyty u lekarza. Pozdrawiamy z naszego RODOS:)


Wracając do domu miejscem obowiązkowym jest park ( alejki) i fontanna, która jest wielką miłością L od pierwszego spojrzenia :)

wtorek, 29 lipca 2014

Dlaczego mam jedno dziecko ?

i na następne chcę poczekać jeszcze parę lat...

Dlatego, że po pierwsze i najważniejsze nie mam pracy. W momencie zajścia w kolejną ciążę bez zatrudnienia nie mam tak jak poprzednio żadnych świadczeń typu macierzyński, wychowawczy itp. Jak wiadomo kolejne dziecko= nowe niemałe wydatki. I skąd na to wszystko wziąć pieniądze. Z jednej pensji niełatwo utrzymać rodzinę a dodatkowe wydatki nie wchodzą póki co w rachubę. Żebrać nie pójdę, sponsorów z zewnątrz brak...a dziecku nie wytłumaczysz, że nie masz za co jedzenia kupić. Poza tym posiadając jedno dziecko trudno znaleźć zatrudnienie, a co mówić przy dwójce. Dzieci pójdą do żłobka/ przedszkola i zaczną chorować. Zaczniesz chodzić na zwolnienia. Pracodawca tego nie lubi. Ty nie dajesz rady, przyjdzie następny pracownik- bardziej dyspozycyjny.

Nie wyobrażam sobie bycia w ciąży przy aktualnym stanie rzeczy i temperamencie mojej córki. Każda ciąża przebiega inaczej. Gdyby pojawiły się problemy i musiałabym się oszczędzać, leżeć...nie ma takiej opcji. Moje dziecko w miejscu nie usiedzi, PT dużo pracuje, rodzice nadal aktywni zawodowo. Jak wytłumaczysz dziecku, że mama nie może czegoś zrobić, że z tobą nie pobiega itp. Dziecko w tym momencie może mieć żal. Nowa sytuacja, mama nie zrobi tego czy tamtego. Pojawi się bunt- moim zdaniem uzasadniony. Dziecko spędzało z tobą do tej pory czas w taki a nie inny sposób i nagle z przyczyn dla niego niezrozumiałych nie będziecie tego robić. Starszemu dziecku łatwiej wytłumaczyć takie okoliczności. Dwulatek może nie zrozumieć.

Nie jestem gotowa na to żeby wracać do pieluch, karmienia piersią, kolek, ząbkowania i innych akcji związanych z malutkim dzieckiem. Tak w tym momencie przyznam się bez bicia- jestem egoistką i myślę o swojej wygodzie. Wiele kobiet daje sobie świetnie radę z dwójką, trójką, piątką dzieci. Ja póki co nie jestem na to gotowa i nie mam zamiaru robić czegoś na przymus. Niewykluczone, że po porodzie mogę być w gorszej formie psychicznej niż poprzednio. Żadne depresje poporodowe mnie nie dopadły, ale nie wiadomo co będzie w przyszłości. 

Póki co nie mam też siły na walkę z dwójką rozwrzeszczanych Terrorystów. Są momenty kiedy nie wytrzymuję buntu jednej...a co dopiero drugie krzyczące nie wiadomo z jakiego powodu...Moja głowa by tego nie ogarnęła. 

Najczęściej komentarze typu pora już na drugie dziecko padają z ust osób, które nie mają dzieci, wysłały swoje do przedszkola lub szkoły...albo zajmują się właśnie wnukami. Nie przemawia do mnie argument, że im mniejsza różnica wieku tym lepiej, dzieci chowają się razem, ty masz spokój. Faktem jest, że młodszy od starszego dużo się nauczy, szybciej może załapać pewne rzeczy, będą się razem bawić itp. Nie jest to jednak przesłanka żeby rodzić jedno po drugim a później ubolewać nad tym ,że rady nie dajemy. Kolejne słowa jakie często słyszałam, ubranka i zabawki będziesz miała po starszym dziecku za dużo cię nie będzie kosztowało...jasne mam ubranka ale sorry jak mi się syn urodzi nie ubiorę go w sukieneczki...nie dam mu do zabawy wózka dla lalek bądź innych typowo dziewczęcych gadżetów jeżeli nie będzie tego chciał.

Dziecko musi mieć rodzeństwo...do pewnego czasu tak myślałam...będzie miało wsparcie w przyszłości, nie będzie rozpuszczonym jedynakiem...to przemawiało do mnie. Jednak obserwując wielu ludzi...widzę, że nie zawsze posiadanie rodzeństwa jest takie cudowne. Przychodzi dorosłe życie, każdy idzie w swoją stronę...i nie zawsze ma czas, ochotę na kontakty/ pomoc drugiemu... trzeciemu, czwartemu. Ktoś może powiedzieć, że zależy to od wychowania...zależy...ale nikt nie przewidzi co wydarzy się za 30 lat. Rodzice mimo tego, że wkładają całe serce w to żeby ich dziecko "wyszło na ludzi" nie przypuszczają, że brat bratu żonę odbije...bądź sytuacja taka sama między siostrami ( sytuacja wymyślona na potrzeby postu- nie miałam z taką do czynienia ) się wydarzy. Często sprawy majątkowe po śmierci rodziców potrafią poróżnić najbardziej kochające się rodzeństwo. On/a dostał/a ja nie...ale tu wina jest tylko i wyłącznie po stronie rodziców. Mam dwójkę, trójkę...więcej dzieci...dzielę po równo...jak się nie dogadają ich problem ja zrobiłem/am wszystko co było w mojej mocy.

Rozpuszczony jedynak. Nie musi wcale być rozpuszczony. Zależy to od tego jak go wychowasz. Więcej na podobny temat u Matki Wygodnej . Jeżeli złożysz sobie, że twoje dziecko musi mieć wszystko co najlepsze, być pępkiem świata, wszystko mu się należy...trzeba mu wynagrodzić to, że nie ma rodzeństwa...zatrzymaj się i zastanów się czy na pewno chcesz dziecku krzywdę robić. Nie musi mieć wszystkiego naj...ciuchów, zabawek, itp. Potrzebni są mu mądrzy rodzice, którzy nauczą go podstawowych wartości i wprowadzą w dorosłe życie tak, że sam będzie potrafił zdobyć to co najlepsze nie mając tym samym problemów w kontaktach społecznych. Człowiek bez społeczeństwa nie jest w stanie funkcjonować, każdy potrzebuje poparcia, dostrzeżenia, uznania... myśląc, że ja jestem najlepszy i postępując w ten sposób odsuwa od siebie ludzi i niedaleko wtedy do niemiłych sytuacji.

Moja córka mam nadzieję będzie miała rodzeństwo...chciałabym mieć syna następnym razem...co przyniesie los nie wiem...czy z syna, czy z córki będę się ogromnie cieszyć. Chcę jednak żeby było to prawdziwe szczęście dla wszystkich...dla nas, dla Młodej. Na pewno nie obejdzie się bez buntu z jej strony...ale to jest norma...Nie sztuką jest, że tak brzydko powiem naprodukować dzieci...a później mieć problemy w ich ogarnięciu ...i stosować jedyną "słuszną" dla wielu metodę jaką jest klaps. Sztuką jest zorganizowanie wszystkiego tak, żeby było jak najlepiej dla wszystkich zainteresowanych. Nie jesteś gotowa/y na kolejne dziecko...są różne metody antykoncepcji...najlepszą z nich jest Twoje lecące w środku nocy do sypialni. Może się mylę i moje kolejne dziecko będzie miało mi za złe, że jako babcia chodzę na wywiadówki...ale póki co nie zapowiada się zmiana liczebności w naszej rodzinie :)


poniedziałek, 28 lipca 2014

Maleńka kropelka

Dzisiejszy post będzie o wit d3. Wiele walk toczy się na forach internetowych na ten temat. Zaniepokojone matki pytają. Inne odpowiadają, że pocąca się główka nie ma nic wspólnego z niedoborem tej witaminy. Nie przejmuj się nic dziecku nie będzie. I znów zaczyna się przekrzykiwanie przez wszechwiedzące. 

Mimo, że mamy lato i dużo słońca podajemy córce wit. d3 cały czas. Podczas wizyty u pediatry poprosiłam o receptę. Spojrzała na mnie i powiedziała, że wchodzimy teraz w strefę światła...i ucięła...jeżeli chce pani niech pani podaje. Usłyszałam. Tak będę podawać ponieważ wiem jakie konsekwencje mogą być spowodowane niedoborem. Jeżeli byłoby to coś złego na pewno nie dostałabym recepty. 

Po pierwsze jeżeli już chcemy aby słońce wspomagało wydzielanie się wit. d3 musimy zaprzestać używania kremów z filtrami. Kremy blokują proces wcześniej wspomniany, ale nie przeszkadza to w przekazywaniu opinii, że nie trzeba dziecku latem podawać witamin, bo przecież świeci słońce. Może się mylę i dziwna jestem ale mojej córki bez kremu z filtrem nie wystawiam na palące słońce. Zresztą jak są temperatury 30 stopni w cieniu- siedzimy w domu. Nie jest to ani fajne ani wygodne, ponieważ L dostaje kota a ja razem z nią. Niestety moja córka, podobnie jak i ja źle funkcjonuje przy wysokich temp. na podwórku. Raz z Nią wyszłam o 9 rano...po 15 minutach powiedziała, że idziemy do domu...nie biegała, siedziała w piaskownicy a to nie jest normalne... W takie dni wychodzimy późnym popołudniem, wieczorem- nie zawsze jest jeszcze słońce.

Moje dziecko jak już kiedyś wspomniałam miało problemy z chodzeniem. Biegaliśmy od jednego do drugiego lekarza, robiliśmy badania. Tym co skłoniło mnie do podawania d3 przez cały rok były słowa pani pracującej w laboratorium. Powiedziała, że coraz więcej osób ( nie tylko dzieci) ma niedobór właśnie tej witaminy. Dzieci mają problemy z chodzeniem. Co jest tego powodem- najczęściej nieodpowiednia ilość d3 w organizmie. Problemów mieliśmy już wystarczająco kolejnych nie potrzebujemy. Kogoś boli głowa, noga, źle się czuje...dorosły winą obarcza swój wiek, bo w pewnym wieku to już musi boleć. Otóż nie musi. Wystarczy zrobić badania i się wszystko okaże ( badania te akurat są płatne, lekarze nie dają na nie skierowania- bynajmniej w mojej miejscowości). U dzieci zaczyna się najczęściej od potliwości główki...no ale przecież mamy lato i pewnie od gorąca poci się główka... Dziecko znajomej mające 10 lat. Zdiagnozowano wadę kręgosłupa i zaszła konieczność podawania d3. Wszyscy zdziwieni, przecież to się podaje tylko małym dzieciom. Otóż nie- zalecane jest podawanie wit. do 18 roku życia. Dorośli także powinni ją przyjmować. 

Jakie są skutki niedoboru d3 u dzieci wiadomo- krzywica, płaskostopie, wady kręgosłupa. W późniejszym wieku może to być cukrzyca, choroby układu sercowo- naczyniowego ( zawał, udar mózgu), stwardnienie rozsiane i inne. Jedna mała kropelka dziennie krzywdy nie zrobi...może pomóc. Warto zorientować się w tym temacie, poczytać ,porozmawiać z lekarzem i wybrać najlepszą drogę.Można uniknąć przykrych konsekwencji i cieszyć się zdrowiem przez długi czas. 

czwartek, 24 lipca 2014

Zabawki nieodpowiednie dla wieku dziecka

Producenci często na produktach dla dzieci zamieszczają ten znak. Dlaczego? Dlatego, że chcą przeskoczyć normy, które nie zawsze zabawka do końca spełnia dla określonego przedziału wiekowego, mimo ,że jest odpowiednia dla malucha. Ale nie o tym będzie post. 

Często zabawki kupowane najmłodszym po prostu przekraczają umiejętności jakie dziecko w danym wieku nabyło. Kupimy córce/synowi bo fajna rzecz...bo koleżanki dzieci w tym wieku już się tym bawią. Trzeba jednak zastanowić się czy na pewno będzie to dobre dla naszego potomka. Dorosły kupuje, chce żeby dziecko się bawiło...i można się rozczarować. Dziecku 2 letniemu nie wychodzi układanie puzzli, denerwuje się , rzuca, niszczy. Inna zabawka może być za duża, niebezpieczna, ale co tam niech ma kolejny gadżet do pokoju, żeby było widać, że ma. Co z tego, że taki sprzęt po prostu jest póki co niepotrzebny, dziecko znajdzie na pewno inne zastosowanie i umili ci czas np. waleniem w kaloryfer. Zabierasz zabawkę, chowasz. Leży i się kurzy i znów się wkurzasz. Zamiast tego można było kupić coś innego, coś co dziecku sprawi radość, nie zawsze drogie, modne znaczy najlepsze. 

To samo dotyczy prezentów. To nie jest tak, że rodzicowi nie podoba się prezent, który dziecko dostało. Zna możliwości, zainteresowania dziecka i warto przed zakupem skonsultować to przedsięwzięcie... bo chyba nie chodzi o to, żeby kupić coś co pójdzie w kąt i później mieć pretensje, że zabawka nie jest używana. Jak wiadomo dziecko nie będzie robiło niczego na siłę. 

Dzieci i ryby głosu nie mają...

                                     
jak głoszą ludowe mądrości...Bądź cicho dorośli rozmawiają, idź pobaw się do swojego pokoju, bo teraz mama rozmawia z ciocią ...te i wiele innych stwierdzeń można niestety nadal usłyszeć. 


Dlaczego dziecko ma się do tego zastosować? Bo dorosłym będzie wygodniej, bo będę mieli czas dla siebie, bo na chwilę oderwą się od zajmowania się dzieckiem. Nie powiem czasem marzę o czymś takim, przeważnie jak mam gorszy dzień, ale nie stosuję tego typu chwytów. 
Dlaczego? Dlatego, że będąc dzieckiem też miałam dużo do powiedzenia, chciałam być w centrum uwagi...skoro dla rodziców goście są takimi ważnymi osobami, że moja się wtedy nie liczy...to zrobię wszystko, żebym to ja była najważniejsza/y...myśli sobie mały człowieczek i wymyśla nowe sposoby na zwrócenie uwagi na siebie. 

Odezwą się na pewno osoby, które twierdzą, że dziecko nie jest pępkiem świata, nie można tego uczyć bo będzie problem. Nie poradzisz sobie później z dzieckiem, nie użyjesz sobie na imprezie bo musisz ciągle zajmować się dzieckiem. Jeżeli chcę sobie "użyć" na imprezie idę bez dziecka proste, jeżeli chcę spokojnie poplotkować z koleżanką umawiam się z nią poza domem lub jak dziecko śpi, jest u babci, z tatą na podwórku. 


Dlaczego moje dziecko ma nie mieć prawa do tego aby uczestniczyć w życiu towarzyskim odbywającym się w domu, w którym mieszka. Ja mam takie prawo Ona też. Nie powiem czasem sprawia to trudności- np. przy rozmowie telefonicznej, bo akurat L chce w tym momencie z babcią, ciocią rozmawiać, ale wtedy tłumacze jej, że teraz mama załatwia ważną sprawę ty porozmawiasz później i nieraz jest po problemie, czasem jest dym. Kończymy rozmowę, wrócimy do niej później. Jeżeli muszę na prawdę ważną sprawę rozwiązać telefonicznie wychodzę z pokoju i na spokojnie rozmawiam.

Nie można dziecka traktować z góry, ja jestem dorosły to mogę więcej...owszem możesz ale nie we wszystkich dziedzinach. Każdemu człowiekowi bez względu na wiek, wyznanie itp. należy się szacunek, dziecku też. Ono też ma prawo do tego, żeby rozmawiać, zasługuje na zainteresowanie ze strony dorosłych...w codziennym życiu mamy mnóstwo obowiązków, często dziecko musi w tym czasie samo znaleźć sobie zajęcie bo mama musi zrobić obiad, porządki itp. więc w wolnym czasie nie ważne w jaki sposób spędzanym pokażmy, że nie tylko inni dorośli są dla nas ważni...dziecko widzi, koduje...bywa mu przykro...bo kto z nas nie chce być zauważony w towarzystwie...L nie ma z tym problemu...wybiera sobie osobę i mówi teraz idziemy bawić się do pokoju Lenki razem ...bierze za rękę i tyle mamy do gadania...:) ma siłę przebicia...teraz może to być momentami uciążliwe ale w przyszłości może zaprocentować i nie będzie jej trzeba za rączkę prowadzić...

wtorek, 22 lipca 2014

Przepraszam...

za to, że:
     - chcę żyć po swojemu, 
     - mam inne zdanie niż TY,
     - nie robię niczego po to, żeby dogodzić innym,
      -moje decyzje są takie a nie inne i wybieram to co będzie dobre dla mnie,
     - musisz mnie oceniać negatywnie, ponieważ moje postępowanie wykracza poza Twoje poglądy...
- nie darzę sympatią osób, które także mi jej nie okazują...
a w sumie to nie ma za co przepraszać...ale niektórzy ludzie nie pojmą nigdy,że każdy jest kowalem swojego losu i nie ma po co strzępić języka...ale cóż na większość sytuacji nie ma mocnych...
      

Jedziemy oglądać bajeczki...

i badać oczy do pani okulistki...mówi L. Pięknie to wygląda w teorii. 

Pierwsza wizyta- pani pokazuje L obrazki...milczy jak zaklęta, ok idziemy do aparatu może tam zbadamy. Młoda ani myśli podejść, krzyk...ok na następną wizytę trochę ją przygotujcie, kupcie kalejdoskop, lornetkę itp. Następnego dnia lecimy do sklepu i kupujemy lornetkę...mało wypasioną za 3 zł:) Okazuje się hitem sezonu. L chodzi patrzy przez lornetkę, mówimy jej z PT, że u pani okulistki też będzie lornetka i będą tam bajeczki ...i tak mija 1,5 miesiąca dzień wizyty...

L od rana opowiada co będzie robić u okulisty. Dojeżdżamy na miejsce mamy jeszcze trochę czasu do wizyty. L zwiedza szpital, opowiada ludziom na korytarzu co będzie robiła w gabinecie. Bawi się z dziećmi...jest wesoło:) Wchodzimy do gabinetu...dzień dobry mówi L...Lenka siada na krzesło, pani okulistka siedzi na krześle też:) ok wszystko się zgadza...Lenka będzie oglądała bajeczki...zapraszam zatem mówi pani...idziemy...jedno oko zbadane...krzyk odpychanie sprzętu, matki i ojca. Nie da rady, idziemy na drugi sprzęt tu podobnie, nie pomagają lody, książeczki itp...( wiem wiem przekupstwo...ale czasem pomaga)...musimy iść do drugiego pokoju...tam dziecko będzie inaczej zbadane...pani mówi jak to będzie wyglądało (wiem bo koleżanka mnie uprzedziła), że owiniemy dziecko prześcieradłem i trzymamy...pani doktor zbada...ok idziemy...

PT trzyma L, pani pielęgniarka głowę...ale na L nie ma mocnych i matka musi trzymać jeszcze nogi... i niby nastawiona na to wszystko byłam... łzy i tak mi poleciały...niby wiedziałam, że dziecku nic się złego nie dzieje, że trzeba zbadać...ale jej płacz i krzyk ...masakra. Okazało się, że póki co okulary jeszcze nie są potrzebne, następna wizyta za pół roku ( o ile będą terminy:P). Tak więc jak mi jedna znajoma powiedziała to, że dziecko jest przygotowane do wizyty nie znaczy, że wszystko pójdzie według planu...teoria i praktyka przeważnie na dwóch biegunach się znajdują...

sobota, 19 lipca 2014

Spokojnie dziecko ma jeszcze na wszystko czas...

ale nie zawsze ten czas jest sprzymierzeńcem rozwoju, jeżeli występuje jakiś problem. Czasami wcześniejsza interwencja może pomóc w uniknięciu późniejszych problemów. 

W internecie miejsc gdzie można się poradzić na wszelkie tematy jest mnóstwo. Ludzie często piszą co ich niepokoi...mając na celu uzyskanie porady...nie jesteśmy lekarzami ale jeżeli moje dziecko miało z czymś problem mogę poradzić co i jak zrobić...często jednak komentarze brzmią idź do lekarza ( o tym później) albo spokojnie poczekaj, dziecko koleżanki, siostry, babci też tak miało i nic złego się nie działo...u tego dziecka może nie ale u mojego może być problem. I tak przewaga komentarzy,że spokojnie minie trochę czasu i będzie ok usypia czujność... Jeżeli pytam o radę czekam na odpowiedź ludzi, którzy bezpośrednio mieli do czynienia z konkretnym przypadkiem...jednak jak wiadomo każdy u nas mądry...i wie jak drugiemu dokopać.

L miała kilka miesięcy...kontrola u pediatry przed szczepieniem...pada pytanie czy ciągnie nóżki do buzi...nie ciągnie...jeżeli nie zacznie tego robić proszę przyjść pokażę ćwiczenia...dobiega termin...L zaczyna bawić się nóżkami...rodzice spokojni. Matka jednak zaniepokojona bo dość sługo nie zaczyna siadać...posadzona siedzi...sama nie siada...rozmowy z innymi matkami usypiają moją czujność...ja sama zaczęłam późno siadać...

W końcu idziemy do lekarza...dostajemy opieprz, że za późno tłumaczę co i jak...ok pilne skierowanie do rehabilitantów...trzeba czekać miesiąc...myślę sobie przez miesiąc to ja dużo mogę zrobić...dzwonię do znajomej poleca mi Panią...idziemy...diagnoza słabe mięśnie grzbietu i brzucha...dostajemy ćwiczenia...walczymy i są efekty, kolejna wizyta u naszej rehabilitantki...kolejna porcja zabawy...

W reszcie jedziemy na wizytę do szpitala...pani doktor bada L... zajmuje jej to 5 minut ( nasza pani robiła to przez godzinę- przemaglowała Młodą od A do Z)...twierdzi jedynie, że trzeba dziecko drapać po plecach jak się garbi...i zaleca ćwiczenia pionizujące...lampka mi się zaświeca...mamy zupełnie inne zalecenia...ale nic nie mówię...kolejna wizyta za dwa miesiące...jedziemy do innej lekarki, zobaczymy co powie...(cały czas jesteśmy pod doskonałą opieką o czym nie mówię w szpitalu)...badanie.. popukała Młodej młoteczkiem w kolano i mówi, że dziecku nic nie dolega ma jeszcze czas na to żeby chodzić, mówię, że bardzo koślawi stopy chodząc przy meblach...nie jest to problemem...PT pyta czy przyczyną mogą być słabe mięśnie brzucha...pani nie widząc nawet jak dziecko siedzi odpowiada, że nie i zaleca ćwiczenia w pionie...dziękujemy do widzenia nasza noga już waszego progu nie przekroczy...robimy dalej co mieliśmy w zaleceniach od naszej rehabilitantki... 

Przychodzi magiczny moment 18 miesięcy L stawia swoje pierwsze samodzielne kroki... i to by było na tyle...wraca na kolana i dalej tak śmiga...matka załamuje się...szuka przyczyn...może to być niedobór wit d, może słaby wzrok...idziemy do pediatry w celu weryfikacji... mówi, że jeżeli już postawiła pierwsze kroki nie mamy się czym martwić słuchać tego co mówi nasza pani:) i ćwiczyć...robimy tez badania tarczycy wychodzą idealnie...i znów siedzisz, myślisz szukasz odpowiedzi... 

Jest 6 grudnia piękny Mikołajkowy dzień... L ma wtedy rok i 8 miesięcy i daje nam najpiękniejszy prezent o jakim marzyliśmy...zaczyna chodzić...mija kilka dni już biega radość ogromna...ale i mnóstwo pracy za nami i przed nami...musimy wspierać jej rozwój jak najlepiej się da... dziękuję tylko za to, że moja matczyna intuicja podpowiadała mi żeby olać zalecenia lekarzy...w międzyczasie słyszałam oczywiście mnóstwo rad... wsadź ją do chodzika szybciej się nauczy...prowadzaj ją za ręce...nie będę tego robić specjalistka, która się L opiekowała zabroniła ( weź sobie wyciągnij ręce do góry i tak chodź...zobaczysz jak boli kręgosłup...tak samo czuje się twoje dziecko w tym momencie...kręgosłup ma na całe życie a to, że będzie ci wygodniej jak szybciej zacznie chodzić...kręgosłup ma na całe życie...po co niszczyć od małego)...prowadzaj za jedną rękę...bez sensu jeżeli dziecko samo nie puści mebla...znaczy się nie jest gotowe na samodzielne chodzenie( to nie są moje mądrości...podparte jest to rozmowami  z wieloma doświadczonymi w tej dziedzinie ludźmi).

Pewnie,że gdyby L zaczęła wcześniej chodzić byłoby wygodą...noszenie jej plus zakupów i sprowadzenie wózka do piwnicy...ciężka sprawa...ale jakoś dałam radę...nasłuchałam się również, że zła ze mnie matka bo dziecka z wózka nie wyciągam...taka duża to powinna już chodzić...powinna ale nie chodzi odpowiadałam z gulem w gardle...moje dziecko tego słuchało...pokazywało na inne dzieci i mówiło tup, tup...serce mi pękało...na szczęście jest już ok:) jakoś przez to przeszliśmy mądrzejsi o nowe doświadczenia, którymi się chętnie dzielę...może komuś to pomoże...dodam jeszcze na marginesie, że rozwój mowy u dziecka ma dużo wspólnego z rozwojem fizycznym...kiedy L zaczęła chodzić rozgadała się jak najęta z dnia na dzień...wcześniej też mówiła...ale nie tak...

Drodzy Rodzice jeżeli Was coś niepokoi w rozwoju dziecka nie bójcie się pytać, szukać, udawać do specjalistów...to nie zaszkodzi a może jedynie pomóc... normy rozwojowe w poradnikach (często krytykowane bo dziecko nie musi się rozwijać zgodnie z książką) są opisywane po to żeby ułatwić człowiekowi obserwację własnego dziecka i interweniowanie w razie potrzeby...życzę Wam tego żeby Wasze maluchy miały jak najmniej problemów:) nas czeka właśnie wizyta u okulisty...w poniedziałek...

czwartek, 17 lipca 2014

Większość ma przewagę...

ale czy to, że większość tak robi to znaczy, że robi dobrze??? Są różne trendy zarówno w wychowaniu dzieci, modzie, muzyce, odżywianiu  itp...  90 % społeczeństwa jest zgodna a 10% jest po drugiej stronie barykady...często ludzie ślepo podążają za kreowanymi w mediach stylami...ale nie tylko...robią coś bo tak wypada, bo poprzednie pokolenia tak robiły...bla bla bla... czy to, że będziemy postępować jak większość zrobi z nas lepszych ludzi?

Nigdy nie poddawałam się wpływom , nie robiłam tak jak inni, bo trzeba, wypada, bo to co robi dużo osób jest super...(nie licząc ucieczek ze szkoły...ale tu często byłam jedną z pierwszych, która się decydowała:))...koleżanki nosiły różowe bluzki...ja ubierałam się na czarno..do tej pory czarny kolor lubię najbardziej... był boom na jakiś styl muzyczny...dalej słuchałam swojej ulubionej...nie było i nie jest tak, że niczego innego nie uwzględniam...słucham wszystkiego co wpada w ucho lub przymusowo to czego słucha Młoda. 

Przyszła pora na urządzanie mieszkania...lubię żywe kolory...żywe kolory mam- jak komuś się nie podoba wie gdzie są drzwi...nie będę malowała ścian na beżowo bo tak robi większość...meble będą kolorowe bo tak chcę...i tyle nikt oprócz PT nie ma tu nic do gadania...

Wychowanie dziecka...o tu jest pole do popisu...jeżeli robisz inaczej niż wszyscy...bo inaczej ubierasz..., bo inaczej karmisz- ograniczasz niezdrowe jedzenie- niedobrze bo pójdzie do przedszkola i się zaczną problemy...jak się zaczną to będą to tylko i wyłącznie nasze problemy, nie dajesz dziecku smoka- nie chce nie daję jak będzie chciało to dostanie, bo nie używasz chodzika, nosidła i innych gadżetów- nie używam bo wiem jakie to może mieć konsekwencje, nie pozwalasz dziecku na robienie czegoś co uważasz za niestosowne... nie stosujesz kar w postaci klapsa...przecież zawsze były stosowane i nic nikomu się nie stało...można usłyszeć z ust doradców...chcesz jak mnie wkurzysz to ci tak przywalę, że się nogami nakryjesz...ale mojego dziecka bić nie będę i koniec, kropka, amen.

Masz swoje zdanie, swój światopogląd, swój styl w każdej dziedzinie życia...jednak to, że robisz inaczej nie znaczy, że robisz źle... dopóki nikomu nie dzieje się krzywda nie widzę powodu żeby wtykać nos w czyjeś życie...tylko dlatego, że postępuje inaczej niż większość...  może warto się zastanowić czy nie skorzystać z tego i  nie zastosować w swoim życiu... jeżeli na 10 osób 8  skoczy z mostu do rzeki zrobisz to...czy zostaniesz z tym jednym człowiekiem, który nie zaryzykuje...nie zawsze większość ma rację ...nie mówię żeby krytykować wszystko co jest uwielbiane przez duże grono ludzi...trzeba weryfikować i podejmować mądre decyzje  I tak można wymieniać w nieskończoność...ale niestety tak już w życiu jest..."jeśli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam" i tego nie zmienimy...jeżeli uważasz, że robisz dobrze...rób tak dalej i nie zwracaj uwagi na to co ludzie gadają...zawsze będą gadać...żyjesz dla siebie i swojej rodziny nie dla nich!!!

środa, 16 lipca 2014

Kruk krukowi oka nie wykole...ale baba drugiej babie już może

Wojna damsko- damska istnieje już na pewno ładnych parę wieków. Każda z nas chce być najlepsza...tzn. musi mieć ciuchy lepsze niż koleżanki...a jak one mają lepsze to oczywiście zaczyna się szperanie w ich portfelu...ciekawe skąd wzięła kasę, na pewno jej nowy facet jest sponsorem itp., itd...otóż można mieć fajne markowe ciuchy na prawdę za nieduże pieniądze. Idziesz sobie do SH i masz do wyboru do koloru, różne znane lub mniej znane marki...kupujesz torbę za którą płacisz 20 zł...i jesteś szczęśliwa nie martwiąc się, że nie będziesz miała co zjeść :) chociaż znam i takie przypadki, że nie jedzą a ubrać się muszą...ale to oddzielna historia. Firmowe buty można kupić dużo taniej w internecie...ja czasem idę mierzę w sklepie i kupuje nawet o 100 zł taniej:) Może być tak, że kobietę po prostu stać na dobre ciuchy- sama zarobiła na to ciężką pracą...zazdrośnice jednak tego nie widzą...zawsze szukają jakiegoś ale...zamiast wziąć się do roboty i zarobić wolą siedzieć i biadolić... a najchętniej by zagryzły...nigdy nie miałam takich zapędów...ubranie jest tylko ubraniem...spadnie ci pomidor z kanapki i już problem wagi światowej...nowa bluzka za 300 zł zniszczona...dziecku się uleje i katastrofa gotowa :P ale ok spoko jak ktoś ma kasę i mu jej nie żal ok...jego sprawa ile wydaje na ciuchy i wydaje mi się, że nie jest to niczyja sprawa poza fiskusem skąd ją ma... 

Drugi punkt babskiej zazdrości- mężczyźni- jakbym mogła to pominąć :) Koleżanka poznaje faceta...zaczynają się spotykać- oczywiste, że będzie miała mniej czasu na ploty niż wcześniej... pierwszy problem...drugim jest to, że jej się układa a mi nie...i próbuje jej to zepsuć...no niby dlaczego ma mieć lepiej niż ja...przecież bycie singlem też jest super...nie tędy droga...na każdego przyjdzie czas i znajdzie swoją drugą połówkę...a to, że jedna szybciej druga później- nie od nas to zależy...po co mącić...trzeba cieszyć się szczęściem przyjaciółki i ją dopingować a nie rzucać kłody pod nogi i się boczyć...kiedyś ona będzie cieszyła się z tego, że tobie się udało... jeżeli chodzi o facetów to jeszcze może być sprawa tego typu, że jej facet jest lepszy niż mój... kupuje jej kwiaty bez okazji, zaprasza do restauracji zabiera na wypasione wczasy...ale czy na tym świat się kończy...zamiast szukać wad w swoim mężczyźnie spójrz na to co robi dla ciebie...nie zawsze będzie zachowywał się i wyglądał jak facet tej czy innej koleżanki...bo nim nie jest...ty też nie jesteś nią... jeżeli nie szkoda ci życia na takie głupoty siedź w tym dalej...chcesz coś zmienić...zacznij od swojego podejścia do życia...zobaczysz o ile będzie ono piękniejsze jeżeli spojrzysz na nie z normalnej perspektywy a nie poprzez zazdrość...zawsze będzie ktoś lepszy od ciebie w jakiejś dziedzinie...ale i ty jesteś od kogoś lepsza pamiętaj o tym i oszczędź sobie nerwów...one źle wpływają na kolor włosów i zmarszczki :P

Kolejny punkt- wojna blogerek...walczą o wszystko...o ilość polubień, wejść na bloga itp.,walka jest była i będzie...ale cóż trzeba robić swoje i się nie przejmować zawsze znajdzie się ktoś kto ci dokopie bo preferuje inny styl niż ty... 

Nie jest to tak, że nigdy nikomu niczego nie zazdrościłam...zawsze był ktoś komu się wszystko udawało, miał mniej problemów itp., ale czy na pewno...ja widziałam to tak...ten ktoś zupełnie inaczej...dla niego też były rzeczy niemożliwe do zrealizowania, ktoś miał coś czego on nie ma...ale nie klepie o tym na lewo i prawo i żyje sobie spokojnie a inni mu tego zazdroszczą :) Także pracujemy na swoje szczęście nie patrząc na innych... będzie pięknie zobaczycie:)

wtorek, 15 lipca 2014

I co tu z tobą zrobić...

jest to podstawowe pytanie, które zadaje sobie każdy rodzic niezależnie od szerokości geograficznej :) Histeria jest chyba wpisana w żywot poczciwego człowieka posiadającego dzieci...żeby go skutecznie z równowagi wyprowadzać i żeby nie było za kolorowo...

W sumie to takie histerie o nic mogę zliczyć jak do tej pory na palcach jednej ręki...w sumie nie są to typowe histerie typu rzucanie się na podłogę, krzyk itp. Zawsze L walczy o coś...np. w sklepie podchodzimy do kasy...leżą batony (czekolady jeść nie może bo ma wysypkę od razu) L mówi, że chce ciastko... odpowiadam, że w domu jest ciastko i zje po obiedzie...chwila ciszy, kolejka długa, znów ten temat wraca powtarzam jej drugi raz a później nie zwracam już na to uwagi...i tak staram się robić ze wszystkim...

Sytuacja w sklepie następnego dnia...znów kolejka i ciastka...L mówi, że chce ciacho...ja nie zwracam uwagi...Młoda mówi ciacho jest w domu, Lenka zje po obiedzie i ten temat póki co mamy opanowany...

W domu jak to w domu, wiadomo musisz zrobić pewne rzeczy, dziecko zaczyna się nudzić...rozwalaniem, rzucaniem, zrywaniem tapet itp. próbuje na siebie zwrócić twoją uwagę...do czasu aż nie sięgała po talerze ( nie żal mi ich...nie chcę żeby się pokaleczyła) mnie to jakoś szczególnie nie ruszało...raz powiedziałam, drugi...dziesiąty, setny...nie powiem zdarzyło mi się krzyknąć...biorę ją za rękę i wyprowadzam do jej pokoju...chwila ciszy...możesz robić swoje...obiad dzisiaj będzie:) i wchodzisz na terytorium wroga...tam sajgon o jakim ci się nie śniło...zbieramy zabawki ( póki co szafki mam zablokowane i nic z nich nie wyrzuci), rozwala ponownie...zbieram zabawki i chowam tak żeby nie miała do nich dostępu na kilka dni...na jakiś czas skutkuje...krzyku i płaczu jest przy tym ogrom...ale luzuję, nie zwracam uwagi dopóki nie wymyśli czego niebezpiecznego...jak moje ciśnienie wychodzi poza wszelkie granice normy...wychodzę na balkon...żeby jej klapsa nie strzelić...i tak jakoś sobie żyjemy...

Nie wiem co mnie czeka w przyszłości...wiem jedno nie ma złotego środka, cudownej recepty na to żeby dziecko nie robiło dymu bez powodu...w sumie zawsze jest jakiś powód tylko nam dorosłym się wydaje, że go nie ma...moja koleżanka kiedy jej syn urządzał akcję histeria...robiła dokładnie to co on...kładła się koło niego na podłodze, tupała nogami i się darła...po kolejnej takiej próbie syn mówi: mamo zachowujesz się jak głupek...ona na to robię dokładnie to co ty... chłopak przemyślał, spojrzał jak to wygląda z boku i zaprzestał stosowania takich metod...ale on miał wtedy 4 lata...z młodszymi może być gorzej...wezmą to za zabawę jak moja córka...także tylko spokój nas uratuje:)

poniedziałek, 14 lipca 2014

Matczyna moc :)

Przeczytałam gdzieś tekst, że najpiękniejsze co córka dostaje od matki to słowa ,że jest mądra, piękna itp...i że buduje to pewność siebie...skoro najważniejsza kobieta w moim życiu mi to mówi to tak na pewno jest...można góry przenosić...nie widzę w tym nic nienormalnego... 

Moja mama mnie zawsze chwaliła, popierała moje czasem nieco szalone decyzje, kiedy jej nie pasowało mówiła mi o tym otwarcie...jednak ja i tak robiłam swoje :P...czy to dało mi większą pewność siebie...oczywiście, że dało...jeżeli w momencie podejmowania decyzji, walki o jakąkolwiek rzecz, sprawę, masz moment zawahania...w głowie pojawiają się słowa...twojej Mamy...masz takiego powera do działania, że nie ma rzeczy niemożliwych...i idziesz przed siebie jak burza:) no może nie do końca aż tak...ale zawsze masz jakąś wewnętrzną mobilizację...wiesz, że co by się nie działo dla tej jednej osoby jesteś naj, naj, naj... i nie ważne czy teraz coś ci się uda czy nie...ona w ciebie wierzy i nigdy nie przestanie. 

Dla małego dziecka ( bez względu na jego płeć) matka jest całym światem... ta miłość jest bezgraniczna...kiedyś nie potrafiłam sobie tego wyobrazić- była to dla mnie czysta abstrakcja...od kiedy mam L mogę powiedzieć, że wiem o co biega w tym temacie... co by się nie działo kochasz swoje maleństwo...jako małe dziecko nabroi...denerwujesz się...z czasem złość przechodzi...dorasta zaczynają się większe problemy- okres buntu...( oj pamiętam jaka ja wtedy byłam i aż się boję co mnie czeka :P) wtedy pada z ust małolata wiele nieprzyjemnych słów...serce ci pęka...przecież ja cię tak kocham, chcę dla ciebie dobrze...a co dostaję w zamian??? wytrzymaj nie popełniłaś aż tak strasznego błędu w wychowaniu dziecka...to hormony plus charakter dają o sobie znać...kształtują się...( i ta niewyparzona buźka kiedyś jeszcze może się w wielu sprawach przydać)- wypij melisę, inne specyfiki...oddychaj głęboko i bądź przy swoim dziecku...ono w głębi duszy tego pragnie, potrzebuje twojego cichego wsparcia...ale nie daj się omotać...stojąc po drugiej stronie barykady też możesz wspierać...nie musisz przytakiwać na każdą zachciankę...chociaż tu bym polemizowała...chce zgadzaj się na wszystko...efekt będzie szybszy niż zakaz...bo przecież nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc najlepiej smakuje:) ale jak zawsze wszystko w granicach rozsądku!!! przyjdzie czas, że znowu zdanie mamy będzie najważniejsze, każda pomoc, dobre słowo będzie na wagę złota ( ale tu też uwaga...nie narzucamy się...udzielamy się na tyle na ile jest to od nas wymagane...bo co za dużo to niezdrowo)...

Twoja mała córeczka jest już dorosła...i nagle pyta się jak zrobić to czy tamto...a jakiś czas temu ją to przecież nie obchodziło... to co wypracujesz sobie od samego początku będzie procentować w przyszłości...na pewno jestem tego żywym przykładem... nie jest tak, że z każdym pierdnięciem dzwonię lub biegnę do mamy...często do siebie dzwonimy owszem...bo darmowe minuty mamy :P ale staramy się żeby nasze relacje były w miarę zdrowe...chociaż jak się na nas momentami spojrzy to z boku może to dziwnie wyglądać...mama moja zawsze mnie wspierała...pomagała w trudnych momentach...opieprzała jak było trzeba...w dniu porodu L miała dyżur...nie obchodziło ją co będzie...torebka w garść telefon żeby ktoś za nią przyszedł i jazda...powiedziałam, że bez niej nie urodzę...wyjścia niestety nie miała.

Mieszkałam jakiś czas kilka km od niej...dzwonię, że sobie nie mogę poradzić... L ciągle płacze, PT w pracy...za jakiś czas widzę ją idącą w deszczu z połamaną parasolką...przykładów mogę jeszcze milion wymienić...mam nadzieję, że dla L będę dobrą matką...dobrą nie znaczy idealną...bo też się mylę, szukam rozwiązań...uparta jestem i wszystko chcę po swojemu robić ale mądrych rad oczywiście słucham :) codziennie mówię, że ją kocham, że jest mądra i piękna...i będę jej to powtarzać do kiedy mi język nie odpadnie:) a ona Papuga moja kochana...powtarza po mnie : " mądra Lenka, piękna Lenka"...

Zawsze wracają...

nie znasz dnia, godziny...nie przygotujesz się na ten moment...wystarczy słowo, gest, zdjęcie, miejsce...najczęściej piosenka...a wspomnienia powrócą...nie zawsze dobre nie zawsze złe...ale są.

Każdy z nas tak jakby składa się z nich...to one kształtują poniekąd nasz charakter, sposób bycia...z każdym wspomnieniem wiąże się jakieś doświadczenie...te złe przychodzą przeważnie w najgorszych momentach życia...coś nam nie wychodzi, świat wali się...i siedzisz, myślisz analizujesz...twoja analiza sięga często do czasów prehistorycznych...i tak siedzisz i się maltretujesz...wspominasz, wypominasz sobie swoją...cudzą głupotę... ale ok kryzys mija i przychodzi czas na te dobre...buziak uśmiechnięty...na sercu lekko... fajnie byłoby gdyby tylko te dobre chwile zostawały w pamięci...żeby można było wcisnąć delete i te niepotrzebne skasować...niestety nie da się i musimy z tym żyć...

Patent jest taki...przerabiamy sobie w główce złe chwile na dobre (wyszukujemy w nich plusy...choćby było ich mało to zawsze coś :))...w trudnych momentach puszczamy sobie wesołą piosenkę...najlepiej taką, która z niczym konkretnym (no chyba, że mega pozytywnym) nam się nie kojarzy...śpiewamy, tańczymy, lub co tam nam do głowy przyjdzie i nie dopuszczamy do siebie złych myśli :)- PATENT JESZCZE NIE TESTOWANY!!! właśnie go wymyśliłam...jeżeli ktoś szybciej ode mnie sprawdzi niech da znać :) jakie były efekty :)

Sama mam dużo różnych wspomnień...nigdy nie zastanawiałam się, których jest więcej...ale staram się wybierać te najlepsze...nie licząc dzieciństwa (o dziwo dużo pamiętam)...najlepszy moment, który uwielbiam wspominać to dzień kiedy po wielu latach spotkałam znów mojego PT- jak mnie wkurza to sobie przypominam nasze początki i jakoś mi trochę przechodzi złość :) ( znaliśmy się dawno, dawno temu...nasze drogi się rozeszły...żeby ponownie się zejść...już chyba na dobre)...drugi moment to dzień porodu małej L...był to dzień wariata dosłownie...nic do końca nie wiedziałam...wszystko działo się w mega szybkim tempie...i może dobrze...bo ja panikara jestem...i bym się zadręczała i analizowała niepotrzebnie...a tak raz dwa i po strachu:)...

niedziela, 13 lipca 2014

M jak mama, M jak macierzyństwo...

Same ochy...achy jak to wspaniale jest być matką słyszysz zanim pojawi się twoje dziecię na świecie...i wierzysz...no jakby mogło być inaczej... poród to pestka, kupki pachną konwaliami, zęby wychodzą bezszelestnie, kolki??? a co to jest...nie dzieci przeważnie tego nie mają...to już nie te czasy...wyśpisz się...przecież małe dziecko tylko je, śpi i zapełnia pieluchy, później zacznie chodzić, sikać na nocnik itp., itd,. Wszystko ogarniesz nie jest tak źle... 

Rzeczywistość bywa jednak mniej ( dla niektórych bardziej) łaskawa. Poród...ok wszystko pięknie ładnie...zaczynają się komplikacje i dzięki szybkiej reakcji lekarzy dziecko rodzi się zdrowe...zostaje tylko blizna po cc... pierwsza noc w domu....cała kupa ląduje na tobie...i nie pachnie tak ładnie...bobas zaczyna jeść coś poza mlekiem aromat znów się zmienia...i wcale nie na lepszy...czujesz go z drugiego pokoju...kolki...całodniowe...krzyk wiszenie przy cycku...masz trochę odpoczynku jak dziecko śpi...w wózku, który ciągle jeździ...ale co tam zrzucasz zbędne kg... 

Pierwszy ząbek...wychodzi bezszelestnie przez przypadek go wyczuwasz...później przychodzi czas na kolejne...dziecko nic nie je, nie chce pić, nie opuszcza twoich objęć...gil wisi do podłogi, kaszel okropny...zaczyna cię przerażać to, że dziecko oddychać nie może...idziesz do lekarza...wszystko ok z oskrzelami, płucami...podawać wit. c i wapno...i środki przeciwbólowe...mijają dwa dni wychodzą trzy trójki na raz ( z dowcipu PT lekarz jednym spojrzeniem uleczył nasze dziecko)... ok jest lepiej,  każde kolejne  zębole wiążą się z przeziębieniem...ale najważniejsze, że wiesz co robić...pierwsze kichanie od razu środki idą w ruch i jest trochę lżej...

Wyspanie się...hmmm spałam kiedy moje dziecko spało w dzień...a trwało to na prawdę krótko...później spała już tylko na spacerach...więc nie pośpisz bo PT w pracy a ty latasz i buty ścierasz...noc...pobudka co godzinę na cycka...sposób daj smoka...niestety moje dziecko nie akceptowało tego typu gadżetów...przychodzi moment (6 miesiąc) przestawiacie dziecko na butlę...ale czad całe noce przespane...do czasu aż łóżeczko jest złem koniecznym...i znów pobudki co godzinę...usypiasz odkładasz...kładziesz się spać...zanim dobrze się ułożysz wstajesz znów... dobra koniec ewakuacja na duże łóżko w swoim pokoju...i znów jest ok...na jakiś czas...ale to już nie to co wcześniej...L ma różne godziny przebudzenia przychodzi po mnie i idziemy na jej łóżko i śpimy tak sobie do rana:) kiedyś się na pewno wyśpię:P 

Dzieci przeważnie kończą rok i wtedy zaczyna się dreptanie...nie u nas...rok rehabilitacji i L postawiła swoje pierwsze kroki...miała rok i 8 miesięcy...mnóstwo nerwów...łez...komentarzy niezorientowanych osób...wszystko cię dobija...ale jest ...przychodzi ten piękny dzień Mikołajkowy i zaczyna ...się bieganie...kurde muszę się chyba zastanowić czy L nie uważa, że jestem za gruba... i chce dbać o moją linię najlepiej jak potrafi...no niestety dziecko, które wcześniej miało ograniczoną możliwość ruchu nadrabia...i nie jest to nic nienormalnego ( o tym możecie poczytać na Dzielnica Rodzica )...kiedyś na pewno trochę zwolni... 

Załatwianie się na nocnik...jesteśmy w trakcie walki więc o tym jak już nam się uda...:) dobrze, że dużo majtek mamy... ale co tam ciśnienie mi się podnosi średnio 12456788 razy dziennie (plus taki, że kawy nie muszę pić- wiadomo oszczędności na "marchewkę"), mam ochotę trzasnąć drzwiami i pójść przed siebie...

ale kto jak nie moja "zajebista L, której jak urosną cycki będzie też nosić stanik" zapewni mi takie rozrywki zupełnie za darmo...no jedynie kosztem siwych włosów, które na pewno niebawem się pojawią jak tak dalej pójdzie :) i tak kocham ją najmocniej na świecie i nigdy nie przestanę:) dzięki Niej jestem tym kim jestem i dobrze mi z tym mimo wszystko :)

sobota, 12 lipca 2014

Bo wygodna jestem...

Pracując zawodowo starałam się jak mogłam aby dobrze wypełniać swoje obowiązki...w domu często przyznam się bez bicia idę na łatwiznę...

Chciałam mieć spokój...nie martwić się, że dziecko się oparzy, włączy samo piekarnik...zrobiłam go na wysokości wzroku...kiedyś będę może w ciąży/ kręgosłup odmówi posłuszeństwa...nie będzie mi się chciało schylać...(teraz też mi się nie chce :P) powodów można wymienić kilka. 

Szkoda mi kwiatów, nie chce mi się sprzątać rozsypanej ziemi...zniknęły z parapetu...

Kupuję mrożone warzywa...albo mrożę surowe...mniej roboty...wyciągasz wrzucasz do gara i się obiad gotuje:) nie musisz siedzieć obierać, kroić...zrobisz to raz i potem masz czas na inne "przyjemności"...

Rozwieszając pranie staram się to robić dokładnie...żeby uniknąć prasowania...prasuję oczywiście ale jak rzeczy tego na prawdę wymagają...przy temperamencie L stanie przy desce i prasowanie przez pół dnia nie wchodzi w grę...po nocy mi się nie chce...są inne rzeczy, które można wtedy robić. 

Gotujesz więcej zupy...starczy na dwa dni...kurde za dobra wyszła i porcja dwudniowa poszła w zapomnienie... 

Założyłam blokady na drzwiczki od szafki z ubraniami... bo mam dość zbierania kupek i układania na nowo...niestety nie na wszystkie... L wpadła dziś do szafki PT... weszła na górną półkę...i się zarwała...matka w tym czasie myła włosy...i co wchodzę a ona szczęśliwa z bananem od ucha do ucha siedzi i mówi mamo Lenka jest w szafce Taty :P wszystkie niebezpieczne przedmioty zamknęłam w pokoju do którego L nie wchodzi póki co bez naszej asysty...przecież nie będę ciągle chodzić i sprawdzać czy sobie krzywdy nie zrobi... niestety jednak mam tak pomysłowe dziecko, że nawet jak nie ma sprzętu do brojenia to i tak coś wynajdzie choćby to miało być zakopane głęboko pod ziemią...chcesz człowieku wygody...umyj schody...rąbnij na nich...położą cię do szpitala i tam wygoda zapewniona:) niektóre rzeczy sobie ułatwisz...reszty nie przewidzisz..a z małą Terrorystką u boku graniczy to z cudem :)

"Nie bój się zmiany na lepsze..."

Pracujesz w firmie X przychodzi czasem moment, że jesteś zwolniony/a bo ktoś ci świnię podłożył, przyszedł ktoś bardziej kompetentny na twoje stanowisko...lub ktoś z większymi znajomościami... masz żal...jesteś wkurwiony/a do granic możliwości...lubisz swoją pracę i dupa...przychodzi jednak czas szukania zajęcia...za darmo nic nie ma w naszym kraju...i wyboru nie masz za wielkiego...wybierzesz najbardziej odpowiadającą ci ofertę i zaczynasz nową przygodę...po czasie okazuje się, że jest to jednak to co chcesz w życiu robić...

Długotrwały związek...jesteście ze sobą kochacie się, planujecie wspólne życie...i nagle pojawia się ktoś inny...twój partner/ partnerka zakochuje się na nowo...zostajesz sam/a...koniec świata, w jednej chwili tracisz wszystko...żałoba trwa...
po mężczyźnie jak powyżej...po kobiecie nie wiem...może Panowie się wypowiedzą:) nie widzisz szans na nowy związek...no jak można zaufać ponownie...i tak mija czas...bawisz się ale gdzieś tam w środku tęsknisz za drugą połówką:) Przychodzi dzień spotykasz mężczyznę/ kobietę...jesteś zainteresowany/a on/a też zaczynacie się spotykać i okazuje się, że poprzedni związek to jednak nie było to czego potrzebowałeś :)

Gdzieś na górze bądź na dole- jak kto woli jest ktoś kto ma na nas plan...zsyła na naszą drogę osoby, które uczą nas nowych rzeczy- nie zawsze dobrych...ale uczą...niektóre-jak w przypadku odbijania partnera ratują nas przed życiową porażką...gdyby nie oni nie mielibyśmy teraz tego co mamy :) 

Każda zmiana wnosi coś do naszego życia...teraz wydaje ci się, że nie ma żadnych pozytywów...poczekaj...będą na pewno...co nas nie zabije to nas wzmocni...często przy porażkach otwieramy oczy... dopiero zauważamy w czym my tkwiliśmy do tej pory...i nie zawsze było to dla nas dobre...porażki utwardzają nasze dupska...często jednak serca pozostają nadal miękkie...

Zabawkowo

Był post o gadżetach...będzie o zabawkach...dla mojej L najlepszą zabawką jest zgnieciona kartka papieru, metki od ubrań, patyczki, kamyczki itp. Są jednak przedmioty, które bardzo lubimy...nie ma takich najbardziej ulubionych...wszystkie przedstawione są jednak z nami już długo i często używane:) Nie chcę być oskarżona o chwalenie się...pewnie znajdzie się ktoś kto tak pomyśli...sama na wielu blogach poprzez takie "chwalenie się" wynalazłam wiele fajnych rzeczy:) tak więc do sedna:)

1. Laptop świnka...prezent L na pierwsze urodziny...fajna sprawa, uczy kształtów, cyferek i literek, dla młodszych dzieci jak najbardziej odpowiedni...dla starszych trzeba będzie kupić bardziej rozbudowany pod względem opcji sprzęt :) L póki co lubi i korzysta...mama ma laptopa i Lenka ma laptopa:)

2.Drewniane klocki (made in Biedronka) najczęściej są porozrzucane po podłodze...matka nie raz nie dwa się na nich potyka...uwielbiam drewniane zabawki...jak dla mnie mają większy urok niż inne tworzywa:) L czasem jakąś wieżę zbuduje...fajne jest to, że mają na wieczku otwory w różnych kształtach. Dobra alternatywa dla grających sprzętów z taką samą funkcją:)

3. Znikopis- pierwsze rysowanie L uskuteczniała właśnie na tej tablicy...używamy jej kilkadziesiąt razy dziennie...służy także jako ładowarka do telefonu Młodej:)

4. Rózia- moja nagroda od Notnice.pl- pokazałam L co wygrałam...nie mogła się doczekać kiedy do nas dotrze...codziennie pokazywałam jej na zdjęciu...jak dotarła do nas...Terrorystka się w niej zakochała...Rózia jada z nami obiady, śpi, bawi się, jeździ Lenki autem...Kubuś Puchatek podobnie jak koleżanka jest miłością L...

5. Karty do nauki angielskiego CzuCzu...pisałam o nich wcześniej...są genialne...dostępne w internecie w dużo lepszych cenach niż w sklepach:)

6. Książeczki...czytamy od samego początku...mama kocha książki...L również...większość znamy już na pamięć...i ciągle uzupełniamy naszą biblioteczkę... nie wyobrażam sobie życia bez czytania...zaraziła mnie tym moja mama...i dalej przekazuję to co najlepsze mojej córce:)

7. Miś Eduś- interaktywna zabawka mówiąca i śpiewająca po polsku i po angielsku:) Dziecko poznaje części ciała, uczy się nowych zwrotów...prezent L od Mikołaja

8. Kuchnia jest hitem sezonu...L gotuje w niej obiady, piecze ciasta, kurczaki, zmywa gary i w zlewie pierze pranie...zastosowań wiele...długo bała się dźwięków...nie używaliśmy tej funkcji...koleżanka przyszła do mnie z synkiem...zaczął się bawić...Młoda przestała się bać...w planach PT ma zrobienie kuchni z prawdziwego zdarzenia...jednak na to potrzeba trochę czasu:)

9. Drewniane układanki...kupione za grosze w mojej ulubionej Biedronce:) kolorowe, proste i od początku uwielbiane przez me dziecię:)

10. Karty...dodatek do mleka Bebiko...matka kupiła dwa zestawy i mamy z tego memo...L rozkłada a później szuka obrazka do pary...póki co nie odwracamy obrazków...jeszcze na to za wcześnie

11. Piłka...L dostała ją jak miała jakieś pół roku...piłka ma grzechotkę w środku, fajna zarówno dla małych jak i większych dzieci...zbiła już mój ulubiony zegar...ale to nie L jest winowajcą tego zajścia...nie powiem jednak kto bo będzie dym:P

12. Myszka i Kubuś- zabawki śpiewające i tańczące, opowiadają również historyjki...piosenki L zna już na pamięć. Myszka ćwiczy razem z nami ( jeszcze się trochę rehabilitujemy) Kubuś swego czasu był usypiaczem...jeśli ktoś ma w planach zakup takich sprzętów...od razu polecam zakupienie akumulatorków i ładowarki...baterie przy użytkowaniu L wytrzymywały jeden- góra dwa dni

13. Bączek...tu chyba nie trzeba pisać, że wszyscy go kochają:) młodsi, starsi...:) L wpada czasem do pokoju i woła mama puszcza bączka:) 

14. Organki i gitara...także hit w naszym domu...L jest bardzo muzykalnym dzieckiem...śpiewa, tańczy i gra przez większość dnia

15. Nowy laptop...powstał z koperty...wchodzę do pokoju pytam L co robi...Lenka ma laptopa...odpowiada...napisałam literki i cyferki...i zabawa na całego...

16...zdjęcia nie ma bo zapomniałam zrobić...literki i cyferki magnetyczne, które zdobią naszą lodówkę...układamy wyrazy, liczymy, uczymy się liter... 

jak jednak wiadomo...zabawki najczęściej rodzice kupują dla siebie...nieraz łapię się na tym, że L już dawno robi coś innego a ja bawię się którąś z nich :)

piątek, 11 lipca 2014

Moi faworyci


Wiadomo nie od dziś, że firmy prześcigają się w pomysłach na ułatwienie nam rodzicom życia...robią na tym niemały biznes:) Przedstawię Wam moje ulubione gadżety. Wpis nie jest sponsorowany przez żadną z firm. Kolejność zupełnie przypadkowa

Pozycja nr 1 na liście książeczka pomocna przy nauce siusiania poza pieluszką...jest jednak jedno ale w naszym przypadku...jest fragment gdzie Basia robi siku i kupę na dywan...L wzięła to sobie bardzo do serca i mówi, że ona robi jak Basia a mama posprząta...mimo wszystko książeczka jest bardzo fajna:)

2. Wiaderko elastyczne...może nie tak elastyczne jak te za kilkadziesiąt złotych ale jest...u nas miało służyć jako pojemnik na zabawki do kąpieli...ale stało się zabawką do wody...może być wiaderkiem do piasku, koszyczkiem na zakupy, nawet widziałam zastosowanie jako doniczka:) koszt około 6 zł.

3.Kubeczek do nauki samodzielnego picia firmy doidycup. Na prawdę rewelacyjna sprawa. Cena dość wysoka ale na prawdę warto...ja dowiedziałam się o nim na pewnym blogu:) i przekazuję dalej. Przetestowany przez L. Koszt nie pamiętam dokładnie ale chyba 36 zł z przesyłką.

4. Mata antypoślizgowa do miseczek Tommeetippee. Genialna rzecz przy nauce samodzielnego jedzenia. Nic nie wypada z miseczki. Jedynym problemem jest to, że pasuje tylko do miseczek tej firmy, ale duże zwykłe talerze też się do niej przyklejają. Cena około 20 zł.

5. Szczotka do butelek...ktoś powie ok nadaje się jak dziecko jest malutkie i częściej używasz butelek...otóż nie...na prawdę dobrze sprawdza się przy myciu kubków niekapków, bidonów i innych takich sprzętów do których nie można dotrzeć ręką. 

6. Miseczka również Tommeetippee- to akurat prezent (cały zestaw składa się miseczek, łyżeczek, kubka niekapka i silikonowego śliniaka z kieszonką do której wpadają resztki na później :P)- miseczki te pasują do wcześniej pokazanej maty:) Ogólnie bardzo lubię produkty tej firmy...dość drogie...ale można kupić na allegro dużo taniej ( sprowadzane w opakowaniach zbiorczych) np. butelka w sklepie kosztuje 30 zł...możesz ją kupić za 9,90:) trzeba tylko dobrze poszukać...a towar nie różni się niczym od tego ze sklepu poza brakiem oryginalnego opakowania i ceną.

7. Frida...gruszką nosa nie potrafię czyścić...pozostała tylko taka opcja pozbywania się kózek z nosa:) Ostatnio L nawet się z nią zaprzyjaźniła...cena około 20 zł.

8. Znienawidzone przez wielu szelki nazywane tez smyczą...ja używam, pisałam o tym wcześniej...nie będę się powtarzać. Jak dla mnie rewelacja na dłuższe wyprawy, zakupy bez wózka i tp. Cena około 20 zł....mogą posłużyć też jako pasy do wózka, krzesełka do karmienia i sanek:) Napisane jest również, że do nauki chodzenia...tu bym ich nie stosowała, ale to tylko moje zdanie.

9. Szczotka do włosów Tangle-teezer. Z racji tego, że L ma kręcone włosy i są ogromne trudności z ich rozczesaniem...szukałam jakiegoś sposobu na ułatwienie szarpaniny...koleżanka poleciła mi właśnie ten wynalazek...polecam nie tylko do włosów kręconych, super sprawdza się również na prostych :) cena około 30 zł.

10. Myjka Kubuś Puchatek:) nigdy nie mieliśmy problemu z kąpielą L...ale fajne gadżety nie są złe:) Myjka jest prezentem...L wita się z Kubusiem, pokazuje części ciała kąpie go i ogólnie fajnie się bawi:) Z tego co wiem jest jeszcze wersja z Tygrysem:) 

11. Skoczek- kupiony na allegro za 15 zł... fajna zabawka ale może też służyć jako przyrząd do rehabilitacji. U nas stosowany jest zarówno jako jedna i druga opcja.

O ostatniej rzeczy przypomniało mi się później jest to książeczka. Kupili mi ją rodzice w momencie gdy mama była w ciąży z moim bratem...póki co jeszcze nie jest nam potrzebna. Przyjdzie moment, że na pewno z niej skorzystamy.

          
O jednym jeszcze zapomniałam dopisuję...jest to pilot od telewizora...czasem jego użycie ułatwia i ratuje życie...byle nie za często :P
Pytanie na koniec: jakie są Wasze ulubione przedmioty? 

czwartek, 10 lipca 2014

Najlepszy nauczyciel

Obcując z dzieckiem wprowadzasz je w świat...w życie..uczysz nowych umiejętności aby jak najlepiej radziło sobie w otaczającej go brutalnej momentami rzeczywistości...jednak w tym wszystkim ten mały człowiek uczy cię wielu rzeczy, o których wcześniej nie myślałeś:) Oto kilka z nich:

1.Nigdy nie przypuszczałeś/ aś, że masz w sobie takie pokłady cierpliwości...dziecko pokaże ci, że masz ich znacznie więcej niż ci się wydaje

2. Dowiadujesz się, że z ciśnieniem 300/ 200 można w miarę normalnie funkcjonować i nie trzeba brać tabletek na nadciśnienie

3. Koperta jest laptopem, pognieciona kartka mikrofonem, suszarką do włosów, odżywką i gitarą

4. Zupę można gotować na patelni, a lustro myje zęby, 

5.Obiad na zimno nawet nieźle smakuje...dopóki nie zjesz znów ciepłego

6.Odkurzanie, sprzątanie, zmywanie po 100 razy dziennie nie jest takie straszne jakby się mogło wydawać

7.Okazuje się, że twój telefon ma dużo więcej funkcji niż sam/a odkryłeś/aś

8. Można robić kilka rzeczy na raz w mega szybkim tempie i do tego dokładnie

9. Zaczynasz przemieszczać się z prędkością światła 

10. Mimo wszystkich napotkanych trudności możesz spokojnie powiedzieć, że jesteś na prawdę szczęśliwym człowiekiem... a najbardziej w momencie kiedy twoje dziecko zasnęło:P
Najważniejsze chyba jest to, że dziecko potrafi dążyć wszelkimi możliwymi drogami i sposobami aby osiągnąć swój cel...tego powinniśmy się od naszych Terrorystów uczyć...póki co jest to wkurzające...ale w przyszłości otworzy to wiele drzwi...a jak nie drzwi to okien:)

Podwórkowi doradcy

Z Młodą wychodzę na podwórko w różnych godzinach...najchętniej rano...ale upał zmusza nas do późno popołudniowego wyjścia...no i trafiam na grupkę rodziców okupujących ławeczkę...dzieci się bawią biegają...moja L lata jak wściekła to wiecie...ja sobie nie posiedzę...ale co tam Młoda dba o mamy linię...
Nagle słyszę od znajomej komentarz...daj spokój nie biegaj... musisz jej zaufać...nigdy się nie nauczy samodzielnej zabawy...ok mówię...ale moje dziecko wybiega w stronę ulicy i się nie zatrzymuje bo jest z górki, wpada do klatek schodowych i leci po schodach do piwnicy... podchodzi pod huśtawki w momencie kiedy bujają się inne dzieci...wchodzi na barierki itp. itd...

W odpowiedzi słyszę, że jej się przecież nic nie stanie...( komentarz ze strony matki dwójki odchowanych dzieci, które siedzą cały czas w piaskownicy)..no raczej jej się nie stanie ale jak spadnie na głowę z wysokości ponad metra to co wtedy...albo poleci z całej długości schodów...rozmowa zakończyła się ponieważ moje dziecko właśnie wykonywało lot w stronę ulicy...( brawo dla ludzi, którzy wymyślili ogrodzone place zabaw- nasz niestety taki nie jest)...

L zobaczyła dzieci w piaskownicy...postanowiła się pobawić...i nagle słychać krzyk, zamieszanie...chłopcu uciekła piłka na ulicę, on leci rodzice zrywają się z ławeczki biegną  za nim...na szczęście nie jechał samochód i nic się nie stało...i co lepiej sobie posiedzieć i odpocząć czy pobiegać za dzieckiem??? wolę tą drugą opcję...przyjdzie czas, że L podrośnie i będzie sobie sama świetnie radziła...póki co dbamy o formę... 

Dzieci znajomej co chwilę wołały ją i płakały, bo inne dzieci tez siedzą w piaskownicy...dosłownie...nie wiem czy szukały zainteresowania ze strony matki czy myślą, że piaskownica należy tylko do nich...a żeby nudno nie było matka oberwała od dziecka wielką łopatą piachu w twarz ( zupełnie przypadkowo, ale nie mogłam się opanować i zaczęłam się śmiać, normalnie mnie to rozbawiło, rodzice chłopca przerażenie w oczach idziemy panią przepraszać, ok no przeprosiny trzeba przyjąć, niech się dziecko uczy)...L chciała panu zabrać psa i iść z nim na spacer i zaczęła walczyć o swoje zabawki w piaskownicy...