wtorek, 30 grudnia 2014

2014 rok z mojej perspektywy

Podsumowanie roku czas zrobić:)
Do najgorszych zaliczyć go nie mogę, czy do najlepszych okaże się za parę lat jak będę miała porównanie z kolejnymi dobrymi latami.

Początek był nie był zły. W sumie Młoda zaczęła chodzić w grudniu ale w styczniu rozkręciła się na całego. Niby to nic specjalnego, ale dla nas było to ogromne wydarzenie.
Kolejne miesiące mijały bez większych wydarzeń.
W kwietniu świętowaliśmy 2 urodziny L. Uwielbiam ten dzień. Wspomnienia wracają. Wszystko mnie boli jak pomyślę o pobycie w szpitalu. PT twierdzi, że chyba bardziej niż po porodzie:) Na poważnie- oglądając zdjęcia z kroplówkami odczuwam wszystko ze zdwojoną siłą. I jak tu się zdecydować na kolejne dziecko:) Jednak więcej jest tych cudownych wspomnień i na nich zamierzam bazować.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Odcinanie pępowiny

Szykuje mi się wyjazd. W sumie niedługi- dwudniowy do Warszawy:) O szczegółach nie będę póki co pisać, ale powiem jedynie, że moją dobrą Wróżką jest Matka na Szczycie :*

Z podjęciem decyzji trochę się ociągałam, ale na szczęście już wszystko załatwione, zaklepane. Torba pod pachę i jadę podbijać stolicę. L mówi, że mam jej przywieźć książkę. Wedle życzenia- dostanie Zwierzaki Pocieszaki z autografami autorek:) Powtarza, że mama pojedzie do stolicy Polski a Ona zostanie z Babcią na dwa dni. Póki co jeszcze trochę czasu do wyjazdu jest, ale dziecię moje nie robi z tego wielkiej tragedii. Wiem, że z usypianiem może być mały problem ale Babcia z Tatą dadzą radę.


Gorzej jest ze mną.


sobota, 27 grudnia 2014

Święta i po świętach...

Świąteczna gorączka, sporo pracy czeka na każdą panią domu. Dwa dni imprezy i po wszystkim. Nie wariowałam za bardzo z przygotowaniami, sprzątaniem itp. Nie znaczy to jednak, że nic nie było a wszyscy potykali się o kurzowe koty :)

Wigilię spędzaliśmy w domu. Z racji tego, że Mamuśka w pracy Tata, Bratowa i Brat zawitali do nas.
Posiedzieli, pojedli...czas na wizytę Mikołaja. Przyszedł, był w czerwonym ubraniu z brodą i prezentami. Jak napisała Matka na Szczycie (klik) Mikołaj z cyckami. Gender na całego...ale co ja poradzę, że chętnych nie było a Młoda na niego czekała.
Poszłyśmy z Bratową do piwnicy- przebierać matkę. Wszystko szło dość sprawnie. Do czasu zakładania butów. Otóż Mikołaj miał czerwone lakierowane gumaczki pożyczone od mojej Mamy. Pewnie nie byłoby problemu z ich założeniem gdyby nie to, że miałam bose stopy. Po chwili szarpaniny udało się przyodziać lakierki. Przez chwilę czułam się jak Kopciuszek mierzący pantofelek- w sumie chyba nie tak jej pantofelek pasował. Ale do sedna. Nasz Mikołaj wyglądał tak-


sobota, 20 grudnia 2014

Podróże małe i duże.

Wiem idą święta. Post mój mało klimatyczny będzie. W temacie bożonarodzeniowym wypowiedziałam się tutaj :)- jestem więc usprawiedliwiona.

Podróże zawsze były moją pasją. Raz dalsze, raz bliższe. Zmiana miejsca pobytu choćby krótka wychodzi człowiekowi na dobre. Swego czasu uwielbiałam leżenie plackiem na plaży. Ze względu na to, że nie chcę mieć więcej zmarszczek niż posiadam zrezygnowałam z tej przyjemności. W sumie ile można leżeć na plaży? Bardzo lubię aktywny wypoczynek, piesze wycieczki, zwiedzanie. Musi się coś dziać.

Poznajesz wiele cudownych miejsc, męczysz się to fakt ale to zmęczenie jest bardzo pozytywne, Kiedyś podróży było więcej. Spontaniczny wypad kilkadziesiąt kilometrów od domu mimo niesprzyjającej pogody na spacery po plaży nie był niczym szczególnym. Od kiedy urodziła się Młoda trochę zaniedbaliśmy z PT naszą pasję, ale nic straconego- zaczynam zbierać kasę na wycieczkę do Zakopanego :) 

czwartek, 18 grudnia 2014

Pierwsza wizyta u dentysty

Chodzi oczywiście o wizytę z Młodą. Matka też idzie ale za 2 tygodnie :D
Do gabinetu miałyśmy iść tydzień temu. Jednak L bardzo kichała i nie miało to sensu.

Dziś nadszedł wielki dzień. Wstałyśmy rano i pierwsze co usłyszałam od Młodej to słowa: L będzie krzyczała i płakała w gabinecie. Oczy mi prawie wypadły z wrażenia po tym co usłyszałam. Szczerze nie wiedziałam na co się przygotować. Czy będzie tak jak mówi, czy jednak na spokojnie. Nie powiem miałam stres niemały.

Udałyśmy się na wizytę. Weszłyśmy do poczekalni. L grzecznie się rozebrała i czekała na swoją kolej. Przyszedł długo wyczekiwany moment. Pani doktor pokazała Młodej jak działa fotel, co znajduje się w gabinecie. Kubuś pojeździł sobie na fotelu. L nie chciała sama siedzieć więc usiadłam z Nią. Pani zaświeciła lampkę i.... córka moja jak zaczarowana otworzyła buzię szeroko i czekała na badanie. Nazbierało Jej się śliny, Pani doktor wydmuchała ją z zęba- Młoda bez piśnięcia czekała na rozwój wydarzeń. 

Oglądanie zębów lusterkiem też nie sprawiło większego problemu. Oczywiście po zakończeniu oglądania szczęki L musiała lusterkiem zbadać również moje zęby. Chciała również to zrobić Pani dentystce:) Dostała piękną naklejkę dzielnego pacjenta i zadowolona pożegnała się. 
Wszystkie zęby zdrowe. Matka szczęśliwa, córka również, W nagrodę dostała książeczkę z Kubusiem Puchatkiem do nauki angielskiego oraz puzzle ze Świnką Peppą- zażyczyła sobie ze świnką książeczkę ale w całym mieście nie było...

Kolejna wizyta będzie już dla mnie mniejszym stresem. W sumie widząc jak Młodej się podobało tego stresu nie będzie:)

Jak przygotować dziecko do takiej wizyty? 

Wystarczy wpisać w wyszukiwarce pytanie a na pewno wyskoczy mnóstwo sposobów. Jak wiadomo jednego cudownego nie ma. Ja nie czytałam. Nie chciałam się dodatkowo nakręcać i dodawać L bodźców. Rozmawialiśmy z Nią o tym jak będzie to wszystko wyglądało, co po kolei będzie się działo. Bardzo pomocna okazała się książka, o której już kiedyś wspominałam.



Młoda wchodząc do poczekalni od razu powiedziała, że teraz będzie czekać na swoją kolej tak jak Jacek i Jola. Siedząc na fotelu mówiła, że teraz Pani dentystka zbada każdy ząb po kolei. Wszystko było tak jak w książce - wiedziała czego może się spodziewać, co jak wygląda. Widziała to na obrazkach, nie bała się nieznanego:) Gorąco polecam tę książkę każdemu rodzicowi.

środa, 17 grudnia 2014

Pojazdy nie tylko dla chłopców.

Przyszedł czas na ostatni post w ramach projektu "Przygody z Książką". Bardzo mi się spodobał pomysł i z chęcią przystąpiłam do szeregu Blogerek chcących pisać o książkach:) 
Poznałam wiele fajnych pozycji, niektóre z nich trafiły już do naszej biblioteczki, inne jeszcze czekają na swoją kolej.

Pora poruszyć jednak temat główny postu:)
Przez przypadek będąc na zakupach w Biedronce trafiłam na książeczki z serii Poznajemy pojazdy.




Pokazałam Młodej i bardzo Jej się spodobały. Niestety nie udało nam się dostać wszystkich pozycji. Posiadamy jedynie widoczne na zdjęciu. Książki napisane są wierszem. Bardzo fajnie pokazane są wszystkie maszyny i ich zastosowanie. 
Dziecko moje bardzo cieszy się widząc pojazdy z książeczek na żywo. Podczas spaceru dość często mijamy koparki, karetki, policyjne radiowozy. Czasem także widzimy wóz strażacki, pociąg oraz traktor. L krzyczy wtedy jedzie traktor, karetka, radiowóz jak w książeczce.:) 
Pewnego dnia wpadłam na pomysł żeby zabrać Ją do karetki. Trochę się bała, ale mimo wszystko była zachwycona i długo o tym wydarzeniu opowiadała:) Innym razem rozmawiała z policjantami i oglądała radiowóz.
Książkę o karetce dostała od Mikołaja- z innej serii, ale również bardzo przystępnie napisaną:) 



Jednak hitem ostatnich dni jest śmieciarka. Podczas spaceru widziała jak zabiera śmieci- od początku do końca czynności obserwowała:) Poszłyśmy do sklepu patrzę a tam leżą książki o śmieciarce. Młoda zobaczyła i nie było siły- trzeba dziecku kupić:)


Historię Jarka i jego śmieciarki czytamy codziennie. Z serii Mały chłopiec, którą za pewne większość z Was zna posiadamy również Sanie Świętego Mikołaja- szukałam czegoś w świątecznym klimacie. Nic specjalnego nie znalazłam, aż tu nagle w markecie wpadła mi w ręce właśnie ona. 


Odnosząc się do świąt czytamy również książkę o prezentach- tak nazwała ją L.



Wracając jednak do pojazdów. Polecam je każdemu małemu miłośnikowi maszyn:)


wtorek, 16 grudnia 2014

NIE NADAJESZ SIĘ NA MATKĘ!

To co przeczytałam ostatnio u Karoliny ( Mama Kubusia) delikatnie rzecz biorąc przeraziło mnie ale jednocześnie zainspirowało do napisania posta. Nie słowa Karoliny mnie przeraziły a wiadomość jaką otrzymała. O tym jednak pisać nie będę- możecie poczytać sami:)

Czytając wiele komentarzy w różnych miejscach doszłam do wniosku, że żadna z nas, powtarzam żadna nie nadaje się na matkę. Dlaczego? Już wyjaśniam. Swoim zachowaniem i wyglądem nie wyznaczamy dobrych wzorów do naśladowania dla dziecka. Nasze zainteresowania budzą niepokój innych o przyszłość naszego malucha.

Wygląd matki.

Kolor włosów:

czerwony zły ( nie wiem o co chodzi- miałam kiedyś ostro czerwone włosy- są piękne), rude, blond, czarne- do każdego koloru można się przyczepić. Długość czupryny- masz długie źle, obetniesz na krótko też niedobrze. Jaki dajesz dziecku przykład? Co będzie jeśli będzie chciało pomalować, dziewczynka obciąć na krótko? Co zrobię? Pozwolę na to. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku, ale...jeśli dzieciak chce zrobi to bez twojej wiedzy i nic nie poradzisz. Pamiętam jak obcinałam sobie grzywkę. Robiłam to po kryjomu i włosy wrzucałam za pralkę. Normalnie hit sezonu z mojej strony- krzywa grzywa a ja myślałam, że rodzice się nie domyślą :P 
Był czas  świetności Eminema- chyba każdy słuchał jego kawałków. Brat mój zapragnął mieć taką samą fryzurę jak on. Młody był chyba wtedy jeszcze w podstawówce. Trzeba było rozjaśnić włosy. Siostra oczywiście w takich sprawach służyła pomocą. Woda utleniona na głowę i wystawiona na działanie promieni słonecznych. Możecie sobie wyobrazić efekty- popalone rudo- blond włosy. Przy ich ścinaniu zacinała się maszynka a Brat miał łzy w oczach. Oczywiście wszystko działo się bez wiedzy Rodziców. Czy dali nam taki przykład. Nie- Tata włosów nie malował, mama chyba wtedy jeszcze nie. Czy kolor włosów i fryzura ma więc wpływ na wychowanie dziecka i na to co zrobi ze swoją czupryną? Niekoniecznie.
Dodam, że na głowie miałam wszystkie możliwe kolory oprócz blondu i niebieskiego. Będąc już matką- rok temu wygoliłam sobie pół głowy na 3 mm:) Nasłuchałam się oczywiście, że matce nie wypada mieć takiej fryzury. Gościłaby na mojej głowie do tej pory, ale włosy mi za szybko odrastały i sterczały.



Sorry skłamałam miałam kiedyś przez chwilę blond czuprynę :)



Punkt drugi kolczyki.

Jak wiadomo nie tylko w uszach nosi się kolczyki. Matce oczywiście nie wypada ich mieć więcej niż dwa i w miejscach poza uszami. Moja Mama uszy przekłuła sobie mając 39 lat. Ja swoich pierwszych dziurek dorobiłam się w wieku 12 lat. Przez całe swoje dotychczasowe życie miałam w uszach 10 sztuk kolczyków ( teraz zostały tylko 4) i jeden w nosie. Dlaczego się ich pozbyłam- nudziły mi się. W nosie zawsze chciałam mieć więc sobie zrobiłam. Fakt byłam już na studiach, ale wielu osobom nie przypadł do gustu. U mnie jednak jest tak, że im więcej osób jest przeciwnych ja bardziej brnę w dane przedsięwzięcie. Tak więc kolczyk w nochalu błyszczał. W pewnym momencie stwierdziłam, że nie jest mi potrzebny. Zwykłe kuleczki mi się znudziły większe wyglądały nie za ładnie na moim wielkim kinolu. Mam jeszcze w pudełku z biżuterią sztuk kilka. Może Młodej się kiedyś przydadzą :D
Oczywiście nie obeszłoby się bez historii o Braciszku moim:) Oprócz tlenionych włosów zamarzył mu się również kolczyk w uchu. Od słów do czynów minęło niewiele czasu. Sama tego nie zrobiłam. Poprosiłam kolegę, który niejedno ucho przebijał. Oczywiście wszystko jak należy odkażone. Kolczyk w uchu ewakuacja z domu, żeby Rodzice się nie ciskali. Trochę dymu było. Młody dumnie nosił świecidełko. Niestety musiał na wf je wyciągać i szybko mu się znudziło. Marzenie jednak się spełniło. 
Jak widać nie mieliśmy takiego przykładu w domu a jednak się "dziurawiliśmy". Dodam jeszcze, że Tata mój był i jest wielkim przeciwnikiem kolczyków, malowania włosów itp. Jakoś to biedak musiał przetrawić:)

Tatuaże.

Kto to widział żeby matka miała dziarę. Pół biedy jak zrobiła ją sobie w czasach kiedy dziecka nie było na świecie. Ale i tak jest to samo zło. Tatuaż mam. Zrobiony X lat temu. W planach mam drugi- na 30 urodziny nie ma bata będę go miała. Oczywiście mimo, że robiłam go będąc osobą pełnoletnią nasłuchałam się od Rodziców aż mi uszy spuchły. Poszłam i zrobiłam. Tata skomentował to tak: tatuaż jest ładny jednak u ciebie wygląda bardzo brzydko. Emocje opadły i już nikt szumu większego nie robił. Motylek nad kostką jest ulubionym motylem Młodej. Przychodzi podwija mi nogawkę i ogląda. Ostatnio powiedziała do Mamy mojej- Babcia teraz pokaże L swojego motyla na nodze. Babcia bąknęła, że ona nie ma...i coś jeszcze pod nosem mamrotała ale nie wiem co. Domyślać się jedynie mogę. 
Co będzie jeśli L zechce mieć malunek na ciele. Pozwolę Jej jeśli będzie to odpowiedni moment. Nie powiem przecież, że to złe posiadając tatuaż. Może zmieni zdanie w momencie otrzymania zgody, może nie. Jeżeli jednak się zdecyduje nie pozwolę tego zrobić w niepewnym źródle. Koniec kropka.

Alkohol, papierosy.

Matka pijąca piwo, wódkę, wino. Wychodząca z koleżankami na drinka. Matka wyrodna jak nic. Jak może zostawić dziecko ( pod opieką ojca, babci, cioci, wujka itp.) i szlajać się po nocach. Normalnie nie do pomyślenia sytuacja. Natychmiast trzeba wzywać odpowiednie służby i zabierać dziecko ponieważ dzieje mu się straszna krzywda. Prawda jest taka, że mając dziecko ( nie mówię tu o patologii) chęć wstania o poranku mając kaca jest ostatnim marzeniem każdej matki. To, że wypije piwo lub inny trunek w mniejszej lub większej ilości w momencie gdy dziecko jest pod opieką osoby trzeźwej nie robi z niej matki skazanej na lincz. To, że wróci do domu nie pamiętając drogi nie robi krzywdy potomkowi. On wtedy śpi. Temat rzeka- ile ludzi tyle opinii. Pamiętajmy jednak wszystko jest dla ludzi:) Trzeba jak zawsze pamiętać o umiarze i będzie ok.

Papierosy- palenie w obecności dziecka jest dla mnie niewyobrażalne. Chcesz puścić dymka idź na balkon, taras, klatkę. Dziecko nie musi dymu wdychać. O tym pisałam w tym poście (klik). Powtarzać się nie będę- zajrzyjcie jeśli interesuje Was moje zdanie na ten temat.

Rzeczą do której można się przyczepić to muzyka jakiej słuchasz. 
Jedna słucha metalu, inna rocka, rapu, disco polo. Do wyboru do koloru. W każdym gatunku muzycznym znajdziemy coś co powoduje, że dziecku przekazywane są złe wzorce. Wulgaryzmy, rozebrane kobiety w teledyskach, namawianie do picia, palenia. Repertuar czepialskich jest tu na prawdę ogromny. Ale w sumie i na dziecięcych bajkach nie pozostawia się suchej nitki. 
Czego by człowiek nie słuchał, bądź oglądał i tak będzie źle. Ja osobiście tv oglądam bardzo mało. Odbębniam jedynie Pierwszą miłość- razem z L. i czasem jakiś fajny film. Nie da się tego jednak oglądać w spokoju bo Zołza mała cicho nie posiedzi.

Jak zawsze przykładów mogłoby być więcej. Zostawiam Wam jednak miejsce na dokończenie. 
To, że matka nosi jakiś kolor włosów nie świadczy o tym, że jej dziecko będzie robiło podobnie. Ilość i usytuowanie kolczyków również nie zależy od tego czy twoja rodzicielka je miała.To samo jest z tatuażami. Nie ma też reguły, że dziecko matki palącej sięgnie kiedykolwiek po papierosa. Nawet jeśli nie będzie tego widziało w domu- zetknie się z tym na ulicy. Zobaczy w tv- zapragnie mieć dokładnie to samo co idol bądź przyjaciel. Zrobi to z twoim przyzwoleniem czy bez niego. 

Także droga matko nie zwracaj uwagi na to, że ktoś ocenia to jak wychowujesz dziecko patrząc na twój wygląd. Jedyne co możesz zrobić to podziękować mu za troskę, odwrócić się na pięcie i odejść. Bądź nacisnąć przysłowiowy krzyżyk i nie czytać bzdur na swój temat. 

PS. Jeżeli spełniasz choć jeden punkt z powyższej listy pamiętaj nie jesteś dobrą matką. Natomiast jeśli tych punktów jest kilka, to podobnie jak ja jesteś skazana na lincz, spalenie na stosie lub coś w tym stylu...:)

piątek, 12 grudnia 2014

Pół roku za nami :)

Dziś mija 6 miesięcy od momentu rozpoczęcia mojej przygody z Antyterrorystką:)
Dziękuję po raz kolejny Moni za kopniaka. Dzięki Niej jestem tu z Wami:) 

Bilans tych miesięcy?

168 napisanych postów
822 komentarze
26 obserwatorów
22133 wyświetlenia bloga
358 fanów na facebooku:)

Cyferki też są ważne- dają motywację do działania...jednak ważniejsze jest w tym wszystkim to, że dzięki temu, że zajęłam się blogowaniem poznałam bardzo, bardzo fajnych ludzi:)

Piszę bo lubię, piszę ponieważ czytacie moje wytwory:) Tak się to jakoś w kółko kręci- oby jak najdłużej:)

Szampan na wieczór się chłodzi:) Dzięki, że jesteście :*

[edit] większość ostatnio znajduje mnie po haśle jak rozłożyć nogi...dla wyjaśnienia napisałam post o cytologii:) Ale dla tych, którzy szukają sposobu- kładziesz się na łóżku, stole, podłodze ( wedle fantazji:))- jedna noga na lewo, druga na prawo i do dzieła:) Można to zastosować również odwrotnie najpierw prawa, później lewa:) Mam nadzieję, że pomogłam:) 

środa, 10 grudnia 2014

Psie opowieści

Tym razem pokażę Wam książki o psach. Nie będą to żadne albumy, poradniki jak zajmować się czworonogiem. Książki, które pokazują jak traktujemy ludzi. O tym pisałam w tym poście (klik). Jak w oczach większości wypadają biedniejsi, "nierasowi".

Pierwsza pozycja to :



Przyznam się bez bicia, że pierwszy raz miałam styczność z tym dziełem. Młoda lubi psy- oczywiście jeśli są w bezpiecznej odległości od Niej. Chociaż nie raz Jej się zdarzyło, że podeszła do pana i wyrywała mu smycz twierdząc, że będzie sobie z pieskiem spacerować:) Wracając jednak do tematu. Kupiłam książeczkę nie przeglądając jej tylko dlatego, że jest o kundelku.
Na pewno większość z Was zna te opowieść. Kundel jedzie do wielkiego miasta- Warszawy w odwiedziny do rodziny. Niestety nikt nie ma dla niego czasu, Charty, Dogi, Jamniki i inne "rasowce" nie mają ochoty na spotkanie z nim.Przepędzają lub nie zwracają uwagi na przybysza. Opowieść kończy się słowami: " Kundel się na nogach słaniał od mieszkania do mieszkania. I powtarzał z płaczem rzewnym ach źle być ubogim krewnym".

Na pewno nie raz zdarzyło się inaczej spojrzeć na człowieka gorzej ubranego, nie mającego najnowszych gadżetów. Nie raz ktoś mający mniej pieniędzy był z góry traktowany przez osoby posiadające grubsze portfele. Rozpisywać się na ten temat nie będę- odnośnik do mojego zdania na ten temat macie wyżej.

Druga psia historia dostarczona została Młodej przez Mikołaja:)


Przygody psa Węgielka też nie należą do przyjemnych. Znów koledzy z rodowodem kręcą nosem i nie mają chęci na kontakty z kundlem. Koledzy właściciela również śmieją się z niego i jego pupila. Przychodzi jednak moment kiedy trzeba ratować pieska, który siedzi na dnie studni. Nikt oprócz Węgielka i jego pana nie interesują się pokrzywdzonym. Udaje im się uratować psiaka.

L lubi słuchać "psich historii". Zna je już na pamięć:) Uważam, że warto poruszać z dziećmi trudne tematy za pomocą książeczek. Pomoże to w wychowaniu człowieka, który nie będzie oceniał ludzi po tym ile mają pieniędzy, skąd pochodzą. 


wtorek, 9 grudnia 2014

(Nie) grzeczne dziecko

Wiele razy czytałam, i słyszałam, że nie ma niegrzecznych dzieci. Do końca w to nie wierzyłam. Nie raz z moich ust padało stwierdzenie,że moje dziecię jest niegrzeczne. W momencie kiedy ktoś mówił mi, że przesadzam, przecież L jest taka grzeczna odpowiadałam, że jasne jak śpi i jeść nie woła. Mimo znajomości wielu sposobów na "ogarnięcie" mojego wulkanu energii co chwilę zdarza się porażka. Młoda wymyśla nowe akcje, których matka nie jest w stanie spacyfikować... i tak historia kołem się toczy. Raz jest dobrze, za chwilę już gorzej. Nie tylko ręce w takim momencie opadają.

Jak wiecie skończyłam pedagogikę, pracowałam z dziećmi. Z pozoru powinno być łatwiej. Niestety nie jest wcale tak różowo. Staram się, czytam, szukam nowych nieznanych mi sposobów. Czasem ktoś mi podrzuca fajny pomysł. Jedne są ok inne można odłożyć dla przyszłych pokoleń :)

Napisała ostatnio na fb pytanie o zgrzytanie zębami. Pasożyty odpadają. Dostałam kilka odpowiedzi o tym, że dziecko nie radzi sobie z emocjami. Przyjęłam to do wiadomości zaczęłam myśleć. Dzwoni do mnie Ilona i tym co mi mówi otwiera moje oczy szeroko. Nie tylko oczy a także i mój umysł. 

Nie chodzi mi teraz o to żeby się Młodą chwalić ( chociaż każdy rodzic lubi chwalić się osiągnięciami swojego dziecka) ale Ilona uświadamia mnie, że inteligentne dzieci mogą mieć problemy z emocjami. Dużo informacji w krótkim czasie przyswajają i nie radzą sobie z przetworzeniem tego wszystkiego. Faktycznie L bardzo szybko uczy się nowych rzeczy, książeczkę dwa razy przeczytaną zaczyna recytować. Piosenki łapie w locie- zarówno po polsku jak i po angielsku. Jest bardzo chętna do poznawania nowości. Jeżeli już coś opanuje bardzo szybko Ją ta czynność nudzi i trzeba kombinować.

Budzi się w nocy, płacze. Kiedy ja przychodzę uspakaja się i momentalnie zasypia. Kiedyś myślałam, że to mój błąd, że kładę się Nią spać. Później się ewakuuję. Młoda przychodzi po mnie i śpimy razem do rana. Kiedyś próbowałam nauki samodzielnego zasypiania. Skończyło się krzykiem i odpuściłam. Widocznie to jeszcze nie czas. Nagromadzone w dzień przeżycia nie dają jej spokoju w nocy.

Staram się rozmawiać z L o tym co się dzieje, co nowego widziała, co się działo podczas dnia. Czytamy książki- faktycznie wycisza się wtedy. Jedyny sposób to dostarczanie jak najmniejszej liczby bodźców. Ale czy tak się da? Jeżeli dziecko jest ciekawe świata, nowych doświadczeń czy warto zamykać przed nim możliwość doskonalenia się? Wydaje mi się, że nie. Dlatego zaczynam moją edukację w zakresie radzenia sobie z emocjami u dziecka. Postaram się ze wszystkich sił, żeby jak najlepiej to zrobić. Chcę, żeby  Młoda była szczęśliwym człowiekiem:)

Tłumaczę, proszę o to, żeby zachowywała się w określony sposób. Bywa tak, że nie da rady do Niej dotrzeć. Byliśmy u ortopedy. Poczekalnia do kilku gabinetów. L lata jak wściekła. Starsza pani zwraca mi uwagę, że mam nadpobudliwe dziecko. Mówi co robiła ze swoim wnuczkiem, opowiadała, że chodzili na terapię itp. Ok wszystko się zgadza moje dziecię na tyłku za długo nie usiedzi. Nie wiem do końca czy jest to spowodowane nadpobudliwością czy ograniczeniem przez dłuższy czas możliwości ruchu? Przypomnę, że zaczęła chodzić mając rok i 8 miesięcy. Informacje na ten temat mam ze sprawdzonego źródła- nie jest to jakieś widzi mi się wymyślone na poczet tłumaczenia zachowań dziecka i tego, że nie mogę sobie poradzić.
Rozmawiałam z wieloma osobami, specjalistami. Wielu z nich widziało Młodą w akcji. Nie było żadnych opinii, że dzieje się z Nią coś złego. Szukałam, czytałam wiele artykułów. Kilka rzeczy może i by się zgadzało ale zdiagnozowanie nadpobudliwości wcale nie jest taką łatwą sprawą. 
Temperament odziedziczyła po dwóch narwanych osobnikach więc nie ma co się dziwić :)
Nie poddaję się jednak szukam nowych rozwiązań, cudownych sposobów. Mam nadzieję, że uda się to zanim będę siwowłosą babcią :D


piątek, 5 grudnia 2014

Zwierzaki Pocieszaki działają w szczytnym celu

Jakiś czas temu zostałam zaproszona do promowania pewnej akcji. Długo musiałam trzymać język za zębami...aż do dziś. Dziewczyny stworzyły coś na prawdę bombowego. Dodatkowo przeznaczonego na cel charytatywny. Co to takiego? Za chwilę się dowiecie:)

Chodzi oczywiście o książkę Zwierzaki Pocieszaki, której premiera odbyła się dziś. 




Autorki tej książki to:
Wszystkie cudowne Kobietki działają, ponieważ chcą pomóc Fundacji "Kawałek Nieba" z Rumii oraz bardzo wrażliwej i wspaniałej osobie, która ją prowadzi. Cały dochód ze sprzedaży książeczek trafi właśnie na konto fundacji, dzięki sponsorowi, czyli Hotelowi Reymontówka z Kościeliska, który ufundował w całości pierwszy nakład (1000 egzemplarzy). (http://reymontowka.pl/)

Co warto wiedzieć? Książka Zwierzaki pocieszaki to dziesięć rymowanych wierszyków. Każdy to historia z jednego zwierzaka, np. Liska Hipiska czy Kotka Kłoptka, która zwieńczona jest morałem. Historia każdego zwierzaka to dzieło jednej blogerki. 

Książkę można nabyć na stronie zwierzakipocieszaki.pl w cenie 29,99 za sztukę. Jest to cegiełka więc chętni mogą wpłacać więcej. 

Zbliżają się święta. Czy można zrobić coś piękniejszego niż zakup książki dla ukochanego malucha i zarazem pomóc potrzebującym? Uważam, że cel jest bardzo szczytny i warto kupić książkę a przy okazji poznać dzieła przy, których dziewczyny sporo się napracowały:)



Człowiek w sieci...

Praktycznie każdy ma dostęp do internetu. Jeśli go nie ma prędzej czy później i tak go dopadnie. Ja długo nie korzystałam z tego wynalazku. Jedynie w ważnych sprawach. Przyszedł jednak moment, że przepadłam.

Co robiłam w necie zanim zaczęłam pisać bloga?
Czytałam inne blogi, robiłam przelewy, szukałam interesujących mnie informacji i grałam w gry. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć durne gry ale wtedy ratowały mnie od nudy:)

Co mnie skłoniło do napisania o tym? Jakiś czas temu znajoma napisała, że jedząc kebaby schudła 5 kg. Oczywiście skomentowałam. Co się okazało był to łańcuszek. Więc podjęłam rękawicę z ciekawości:) ile osób zainteresuje to, że połknęłam biedronkę i czy będę miała z tego tytułu szczęście?
Odzew był natychmiastowy. Naszła mnie wtedy refleksja- jak bardzo wierzymy w to co napiszą nasi znajomi. Łańcuszki bardzo nas denerwują.  Pokazują czym się na prawdę zajmujemy spędzając czas w sieci. Jak wiele nieprawdziwych informacji jest publikowanych przez dowcipnych ludzi. Czytamy to udostępniamy- co się później okazuje są to same bzdury ( tu chodzi mi o informacje o tragicznych zdarzeniach, 5 razy wybuchającej wojnie itp.).

Wiele osób- w tym ja swojego czasu diagnozuje się u wujka Google. Można zasięgnąć informacji, ale przed pełną diagnozą bym się wstrzymała. Można się dowiedzieć, że kaszel i gil z nosa jest dla nas wyrokiem śmierci. Innym razem objawy przez nas przedstawione mogą być "zbagatelizowane" i uśpić naszą czujność w nieodpowiednim momencie. Ale o tym już dużo pisano nie będę powielać.

Wszystko co napiszemy ma swoich odbiorców, ktoś udostępni, jego znajomi puszczą to dalej, nie zawsze da się zatrzymać przepływ informacji. Zastanówmy się prze publikacją treści ze względu na późniejsze konsekwencje. Mimo, że skasujemy to i tak pozostaje. Tak samo jak zdjęcia. Wrzucamy, cieszymy się...kilka nieprzyjemnych komentarzy i usuwamy. Nie wiemy jednak ile osób zdjęcie lub tekst skopiowało i w jaki sposób tego później użyje.

Dostałam ostatnio wiadomość, że mogę pożegnać się z kontem ponieważ nazwa produktów, których recenzję pisałam nie może być używana w internecie. Firma widziała mój post, podziękowali za recenzję. Wiadomość dostałam od jakiegoś pana nie odpisywałam ponieważ nie widziałam sensu konwersacji. Konto funkcjonuje i ma się dobrze. Gdybym jednak bardzo się tym przejęła na pewno nastąpiłaby niepotrzebna wymiana zdań i mnóstwo nerwów. Jednak tak to już jest w sieci- możemy wszystko:)

czwartek, 4 grudnia 2014

Czy dobrze zajmujesz się dzieckiem?

Na ten temat można prowadzić godzinne debaty a i tak nigdy nie będzie w tej sprawie porozumienia.
Zacznę od żywienia tematu bardzo kontrowersyjnego.

Wpadła mi w ręce książka kucharska mojej Mamy. Tradycyjna kuchnia polska. Co ja tam wyczytałam? Matka karmiąca powinna jeść kapustę z grochem...więcej nie przeczytałam bo początek mi wystarczył:) Jak się urodziłam na porodówce dawali na obiad bigos. Zdziwienie później, że darłam się wniebogłosy. Kiedy urodziła się Młoda dostałam wytyczne co mogę czego nie mogę. Bóle brzucha i tak miała- wyeliminowałam pewne produkty i było ok.
Zabijcie mnie ale nie pamiętam ile miała L kiedy zaczęłam podawać Jej żółtko. Wiem jedynie, że po skończeniu roku dostawała całe jajo. Teraz jest inaczej od razu jajko do posiłku bez oddzielania białka. 20 lat temu wytyczne były inne. Technika, medycyna, nauka poszła do przodu wiemy teraz więcej. Staramy się stosować do norm, które tworzą specjaliści. Tylko, że w przeciągu 2 lat znów nastąpiła zmiana. Teraz pytanie czy ja robiłam, źle, czy matki, które stosują się do obowiązujących obecnie wytycznych? Na pewno żadna z nas nie robi źle. Każda ufa specjalistom i podaje swojemu dziecku to co najlepsze. 
Znając życie w momencie kiedy będę miała 2 dziecko wszystko zmieni się o 180 stopni i znów trzeba będzie uczyć się wszystkiego od nowa:)

Rozwój dziecka.

Moje dziecko siada mając 4 miesiące, koleżanki ma 9 i jeszcze nie siedzi. Normy wskazują, że jedno robi to za szybko, drugie za późno. W każdym przypadku powinno się kontaktować ze specjalistą. Tu akurat się zgodzę i nikt nie przekona mnie, że nie mam racji. Swoje z Młodą przeszliśmy, wielu specjalistów odwiedzaliśmy i nadal odwiedzamy. Dla mnie tabele dotyczące rozwoju to świętość! Czy dotyczące rozwoju fizycznego, czy psychicznego, mowy itp. O tym pisałam tu (klik).

Wychowanie dzieci.

Kiedyś za najskuteczniejszą metodę uważano klapsy- do tej pory większość z ludzi nadal je stosuje- ale o tym już nie raz pisałam. Nie popieram i chociażby największy autorytet w dziedzinie wychowania stwierdził, że są ok nie przyznam mu racji.
Zastanawia mnie coś innego. Kiedyś były kary za złe zachowanie. Teraz karę uważa się za przemoc. Konsekwencja już nie jest tak drastyczna. Ale w sumie zastanawiam się czym to się różni. Jedynie tym, że kara jest stosowana po czynie a konsekwencja jest przedstawiona wcześniej a wykonana później. Tylko czy zawsze uda nam się przewidzieć nieodpowiednie zachowanie dziecka? Niestety nie znam osoby, której by się to udało. 
Czytam jeden artykuł- chwalenie dziecka jest dobre- też tak uważam i chwalę moje dziecko w każdym możliwym momencie. Dziś miałyśmy "trudną" rozmowę. Później L zrobiła to o co ją prosiłam. Pochwaliłam ją. Przyszła przytuliła się uśmiechnęła. Ja byłam szczęśliwa i ona też. 
Czytam kolejny artykuł chwalenie dziecka nie jest dobre... czytam pierwszy akapit i zostawiam bo nie zgadzam się, komentować mi się nie chce bo walka na słowa by z tego tylko była.

Każde zagadnienie można rozpatrywać w różnych aspektach. Można na ten temat napisać książkę. Czyta sobie rodzic takie artykuły, posty i głupieje. Nie wie czy robi dobrze czy źle. Jedni stwierdzą, że jego dziecku dzieje się ogromna krzywda inni będą chwalić za dobrze stosowane metody. Jak zawsze w tym momencie trzeba znaleźć złoty środek. A co nim jest? Nie czytać takich rzeczy :) Tego niestety nie da się zrobić i zostaje nam mądre wyciąganie wniosków z każdej przyswojonej informacji.

wtorek, 2 grudnia 2014

Konfliktowe pokolenia.

Konflikt między dziećmi i rodzicami to temat stary jak świat. Mnóstwo poradników, cudownych sposobów na jego zażegnanie lub chociaż przetrwanie. Jak się to ma do praktyki? Nijak. Tak jak na bunt dwu, trzy, czterolatka itp. nie ma takiego, który jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamieni horror w sielankę :P

Przeczytałam kiedyś tekst o sposobach na bunt dwulatka. Na koniec było bardzo fajne zdanie, że jeśli nie radzisz sobie z maluchem nie czytaj o buncie nastolatków. Ile w tym prawdy? Bardzo dużo.
Skupię się na własnych doświadczeniach z tym wszystkim związanych.

W domu było "normalnie" jeśli tak to można nazwać :). Żadnej przemocy, okazywanie uczyć, zainteresowania dzieciom. Rodzice starali się jak mogli. Czy ich metody wychowawcze były skuteczne. Wtedy chyba nie. Po latach jednak twierdzę, że robili dobrze. Mama wałkowała poradniki chcąc znaleźć rozwiązanie. Wpadła mi w ręce jedna z książek.Coś o rodzeństwie bez rywalizacji czy coś takiego. Pytam czy okazała się pomocna. Mama odpowiada, że może nie do końca ale pomogła Jej nas po części zrozumieć. Wojny były i to takie z wybuchami porównywalnymi co najmniej do strzału miny przeciwczołgowej ( jeśli taka jest). Żyjemy jednak każdy z nas ma się dobrze.

Jestem osobą z ciężkim charakterem- niejeden człowiek mi to próbował uświadomić. Nie musieli ja to wiem i są momenty kiedy sama od siebie chciałabym odpocząć ale się nie da. Zawsze chciałam mieć wszystko na teraz. Nie raz walczyłam krzykiem, darłam się i efektów nie było. Zdarzało się, że opieprz dostałam, ale rodzice starali się na spokojnie przedstawić mi swoje stanowisko. To jeszcze bardziej zaostrzało atmosferę. Co ja poradzę, że narwana jestem. Walczyliśmy tak dość długo. 
Ja nie rozumiałam ich obaw, przecież byłam już taka dorosła. Buntowałam się kiedy mi czegoś zabraniali. Teraz z perspektywy czasu wiem, że nie chcieli dla mnie źle, ale wtedy...zresztą sami wiecie. 
Pamiętam jak chciałam jechać na imprezę. Cały tydzień lamentu, gorzkich żali. Zgodzili się- kasa w kieszeń makijaż i lecisz. I co? Wcale na tej imprezie nie było już tak fajnie jak mogłoby się wydawać. Wiadomo, że zakazany owoc najlepiej smakuje. Pojawia się jednak dylemat czy pozwalać na wszystko i mieć spokój bo dzieciak nie będzie wojował, czy stawiać zakazy. Szczerze nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Z Młodą próbuję różnymi sposobami. Dziś są efekty, jutro ich nie ma. Bądź więc człowieku mądry.

Dość często można usłyszeć : jak sobie pozwoliłeś w dzieciństwie na głowę wejść teraz masz tego skutki. Nie uważam, żeby to było głównym wyznacznikiem problemów z nastolatkiem. Temperament człowieka również odgrywa dużą rolę.Rodzice byli wychowywani w inny sposób, nas wychowują inaczej nie chcąc popełniać błędów z przeszłości. Popełniają nowe, my będziemy popełniać kolejne. Ten co nic nie robi się nie myli- tak już skonstruowany jest świat. Chcesz pozwolić potomkowi na to czego zabraniali ci rodzice. Myślisz będzie ok...w praktyce jednak nie jest. W tym momencie przypominasz sobie jak z tobą "walczono" i zaczynasz stosować tamte metody. Przynoszą skutek. Jest super. Jednak zaświeca ci się lampka. Wracają wspomnienia, to jak się czułeś gdy ciebie tak traktowano. Pojawiają się wyrzuty sumienia, że miałeś tego nie robić a jednak stało się. Zawsze będą miotały tobą rozterki. Nikt jednak nie mówił, że będzie łatwo. 

Co jest ważne w życiu z nastoletnim buntownikiem? Najważniejsze nawet- to, żeby zawsze wiedział, że może się do ciebie zgłosić z każdym problemem, że zawsze będzie miał wsparcie. To, że w tym okresie rówieśnicy są na pierwszym planie nie oznacza, że ty rodzic jesteś na dalszym. Jesteś dzieciakowi potrzebny bardzo- nawet bardziej niż w momencie nauki samodzielnego chodzenia, jedzenia czy ubierania. On ci tego nie powie, po cichu czeka aż się domyślisz. Pierwszy krok należy do ciebie. Nie zrażaj się porażkami, pyskowaniem. Jeżeli zobaczy, że nie dajesz za wygraną zmięknie szybciej niż można się było tego spodziewać. Wojna nie będzie wygrana ale jedna bitwa już do przodu.

Kiedy zrozumie, że wcale nie chciałeś źle? W momencie kiedy założy swoją rodzinę, urodzi się dziecko. Moja Młoda miała jakieś pół roku bawiłam się z Nią i nie wiem skąd naszły mnie myśli o przyszłości. Oglądając wiadomości ciągle słyszy się o tragediach. Normalnie już wtedy zaczęłam się bać o L. O to co może wykombinować, co mogą zrobić inni ludzie. Daleka droga do tych momentów a ja się zastanawiam jak sobie z tym poradzę. Doskonale rozumiem teraz moich Rodziców. Chylę przed nimi czoła. Nie mieli łatwo...a jednak dali radę. Teraz bardzo mi pomagają w opiece nad Młodą. Zawsze mogłam i nadal mogę na Nich liczyć. Konflikt pokoleń został zażegnany. Musiało upłynąć wiele wody w miejscowej rzeczce zanim się to stało ale lepiej późno niż wcale.

Na koniec trochę na wesoło. W niedzielę poszłyśmy z Mamą do kina. Film "Dzień dobry kocham Cię" grany o godzinie 20. Wyszłam wcześniej z domu w celu zakupu wałówki. Bez chipsów i coli nie chodzę do kina :) Zaszłam po Maminę. Tata już od początku martwił się jak ja sama wrócę do domu. Nie powiem boję się sama łazić po nocy. Kiedyś jednak latając na imprezy mi to nie przeszkadzało. Wiem starzeję się i to kolejny na to niezaprzeczalny dowód :P Wchodzimy do kina. Bilety zakupione udajemy się na seans. Babcia najstarsza na sali, ale Jej to nie przeszkadza. Film fajny można się pośmiać. Jednak jeśli co chwilę z prawej strony słyszysz Świnkę Peppę to można oszaleć. Najpierw ze śmiechu, później z zimna sobie Mamuśka moja chrumkała. Zimno było bo prawie całe miasto bez ciepła w grzejnikach. 
Wychodzimy z kina pan mocno trącony prosi o zapalniczkę. Daję mu. Koleś coś tam jeszcze zagaduje...Mama moja w kącie dusi się ze śmiechu a ja próbuję być poważna. Dobra odprowadziła mnie trochę a i tak w domu się nasłuchała, że powinna mnie odstawić pod same drzwi. Gdzie podział się konflikt z przeszłości? Uśpiony czeka aż L podrośnie :D