Przejdź do głównej zawartości

Tak się cieszyłam na ten wyjazd...


Cieszyłam się jak dziecko. W końcu trafiła się okazja na samotny wyjazd, na chwilę relaksu i naładowania akumulatorów. Co z tego wyszło, za chwilę Wam opowiem.
Jesteście ciekawi moich przygód?
Zapraszam.

W sobotę wybiła godzina zero matka udała się na dworzec PKP.
Wsiadła do nieco spóźnionego pociągu i ruszyła w drogę.
Po godzinie jazdy zaczęło mi się trochę nudzić. Zapatrzona byłam w książkę, ale ciężko czytało się w rytm podskakującego pociągu. 

Zadzwoniłam więc do mamy, chciałam słówko z córką zamienić, a ona tylko krzyknęła, że zajęta jest, nie może podejść bo właśnie pierze- nic tylko się cieszyć:)
Dojechałam na miejsce bez przygód, trochę zestresowałam młodych chłopaków przy wysiadaniu, ale dali radę i drzwi otworzyli.

Chwilę poczekałam na Kura pazurem ( klik) i ruszyłyśmy na podbój galerii. Spędziłyśmy w niej trochę czasu buszując w poszukiwaniu prezentów dla Młodej. 

Było to moje drugie spotkanie z Anią i mam nadzieję, że nie ostatnie! Bardzo cieszę się, że mogłyśmy ponownie się zobaczyć w realu. Więcej nie będę pisać bo obiecałam Kurze, że jej nie obsmaruję :D wywiązuję się więc z obietnicy.

Poznałam dzięki Ani cudowną i ciepłą Justynę, również blogerkę -Rakowi środkowy palce ( klik), która po chwili rozmowy wydawała się mi osobą, którą znam od lat.
Razem poplotkowałyśmy, zjadłyśmy i udałyśmy się na spotkanie autorskie z Magdaleną Witkiewicz i Nataszą Sochą. W sumie jakby nie patrzył zaliczyłyśmy również spotkanie blogerskie:)


Wybiła godzina rozpoczęcia imprezy. Jakie było moje zaskoczenie kiedy Pani Magda dostrzegła mnie w tłumie, pozdrowiła oficjalnie:) Pani Natasza również kojarzyła mnie z sieci:)
Może dla kogoś to niewiele, ale dla mnie znaczy bardzo dużo!


Autorki są niesamowicie ciepłymi i pozytywnie nastawionymi do życia osobami. Bardzo się cieszę, że miałam możliwość poznania i rozmowy- krótkiej ale bardzo przyjemnej. Obdarzone ogromnym poczuciem humoru kobietki opowiadały o książce, o sobie. Śmiechom na widowni nie było końca.

Po spotkaniu zostałam odebrana przez mojego Brata i Bratową na kolację. Zanim jednak udaliśmy się na posiłek poszliśmy kupić Młodej lizaka, o którego prosiła.


Wujek z Ciocią mimo moich protestów się nie rozdrabniali i lizak gigant wylądował w torbie. Dziecko gdy go zobaczyło powiedziało: "Ale ja chciałam małego lizaka". Pewnie bała się, że nie da rady zjeść takiego dużego. Po rozpakowaniu jednak odetchnęła z ulgą.

Później podjechaliśmy nad morze. Akurat cumował "Dar Młodzieży". Zachwycona jego widokiem zaczęłam robić zdjęcia.


Nie zauważyłam lodu na kaflach i jak mówi mój brat "poszłam jak dzik w pokrzywy". Był to mój pierwszy upadek od kilku lat. Skończyło się na obitym tyłku i łokciu i telefonie całym  w śniegu ( Braciszek chciał mi pomóc wstać ,ale najpierw kazałam mu ratować telefon).

Szczęśliwa, że nic mi się nie stało stwierdziłam, że coś jednak musiało się wydarzyć- no o czym bym Wam pisała- wyjazd bez przygód to nie wyjazd :)

Wieczór minął bez większych wydarzeń.
Rano odwieźliśmy Bratową do szkoły i odwiedziliśmy Sopot.

Spotkałam Mikołaja, ale kurde prezentów nie chciał dać


Spacerując po molo wdychaliśmy jod. Ja cieszyłam oko widokiem morza:)



Wszystko co dobre szybko się kończy.
Czas na powrót do domu.
Zaopatrzona w "Awarię małżeńską" zasiadłam w pociągu. Zaczęłam czytać i od razu widziałam siebie w roli jednej z bohaterek, gdyby mój upadek był poważniejszy.

Za dużo nie przeczytałam, ponieważ do przedziału dosiadły się dwie bardzo sympatyczne i energiczne panie oraz pan. Zaczęliśmy rozmawiać i dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy. Nie będę jednak przytaczać całych rozmów. Powiem tylko, że będąc w wieku 60+ chciałabym mieć tyle dystansu do siebie i świata:)

Dotarłam do domu. Mąż i córka wyjechali po mnie na dworzec. Młoda zaśpiewała panu konduktorowi piosenkę, poobserwowała pociąg i mówi do mnie nagle"- Mamo, wiesz tęskniłam..." przerwałam jej wypowiedź mówiąc- "ja też". Dziecko moje kończy- " za prezentami no i za tobą też trochę:)"

Pozbyłam się więc złudzeń, wiem, że mogę wyjeżdżać bez problemu, tylko o prezentach muszę pamiętać.

Nasz biblioteczka się trochę wzbogaciła


oraz przybyła Masza z Niedźwiedziem


Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś trafi mi się taki cudowny wyjazd i pamiętajcie co złego to nie ja :D

Na koniec jeszcze powiem Wam, że torebka o której pisałam tu (klik) została przetestowana pod względem wytrzymałości. Obciążenie było dość spore, mam nawet zakwasy prze dźwiganie ale torba jest w stanie nienaruszonym:)