sobota, 22 listopada 2014

Młodzieńcze przeboje matki.

Młodość piękny czas:) Dawno to było i się skończyło. Bliżej niż dalej do emerytury jeśli dożyję :) O imprezach Wam dziś nie napiszę. Za dużo tego było i w pewnym momencie byście przestali czytać. Opiszę moje przeboje niezbyt miłe. Miały jednak miejsce i mam nadzieje za szybko nic podobnego się nie wydarzy.

Lat miałam 17. Uczęszczałam do liceum. Okres przedświąteczny. Przytargałam do domu choinkę. Tata niesie ją na balkon, idę za nim. W pewnym momencie nogi mi odejmuje i padam na podłogę. Ojczulek nic sobie z tego nie robi...myślał, że świruję. Ja jednak wstać nie mogę. Biorą mnie na plecy, wózek ze szpitala ( Rodzice mieszkają obok szpitala i tam pracują) i jedziemy na izbę przyjęć. Badają mnie, prześwietlają. Nic nie widać. Dostaję zastrzyk i do domu. Leżę tydzień. Codziennie dostaję serię zastrzyków i tabletek. 
Trochę się polepsza i wracam do szkoły. Nie mija kilka dni idę sobie korytarzem i ponownie ta sama akcja. Kolega jednak ma niezły refleks i mnie łapie. Telefon do rodziców i zabierają mnie do domu, Znów wizyty u lekarzy. Niby wszystko w porządku a chodzić nie mogę. Domyślacie się za pewne co się działo wtedy w mojej głowie. Podnieść się nie mogłam a lekarze ręce rozkładali, od wizyty do wizyty diagnozy jednak brak. Chcieli mi zrobić punkcję nie dałam się jednak. Skierowanie na rezonans. Nic nie wykazał. Diagnoza lekarzy- udaję bo mi się do szkoły nie chce chodzić. Żeby oni wiedzieli jak ja bardzo chciałam wtedy do tej szkoły pójść.

Leżę sobie w domu. Kota można dostać. Przychodzi moment, że całkowicie mi nogi odejmuje. Rodzice wzywają pogotowie. Przyjeżdża lekarz bada mnie i rozkłada ręce. Dostaję kolejne zastrzyki. Podejrzewają atak korzonków. Mijają dni. Niedługo mają się odbyć połowinki. Zawzięłam się w czwartek doczłapałam się do szkoły, a w sobotę tańczyłam na imprezie. Wszystkie dolegliwości przeszły. Wtedy przekonałam się po raz pierwszy na własnej skórze co może zrobić pozytywne myślenie:)
Gdzieś po dwóch latach był mały nawrót ale zabiegi rehabilitacyjne pomogły. 
Długo był spokój aż pewnego dnia w pracy- jeździłam busem z dziećmi. W pewnym momencie zablokowało mnie i nie mogłam wykonać żadnego ruchu. Po powrocie do pracy zajęła się mną koleżanka rehabilitantka i złagodziła ból. Poleciła mi zrobienie prześwietlenia. Poszłam zrobiłam i co się okazało- skolioza lędźwiowa była tego przyczyną. Zagadka rozwiązana. Zastanawia mnie jednak to, że wcześniej miałam robiony rezonans całego kręgosłupa i nic nie wykazało. Na szczęście krzywizna nie daje o sobie za często znać. Jedynie po porodzie mnie bardzo bolało i nieraz blokowało. Teraz jest ok nie narzekam:)

Żeby tego było mało przyszedł czas na silne bóle głowy. Tak mnie czaszka bolała, że z łóżka nie mogłam wstać. Mama pigułka próbowała mi pomóc. Nic nie skutkowało. Znów od lekarza do lekarza. Wmawiali mi ciążę mimo, że w niej nie byłam. W końcu jakiś lekarz wpadł na to żebym się do okulisty wybrała idę. Pani doktor bada moje oczy z każdej strony i przepisuje okulary do czytania i komputera. Pracowałam wtedy w biurze większość czasu przy kompie więc były potrzebne. Okulary pomogły bóle głowy minęły. Jednak podczas wizyty u okulisty padło pytanie czy miałam jakieś urazy głowy? Nie odpowiadam. Bo ma pani plamę na dnie oka i ona może...wskazywać na guza mózgu, dodatkowo były silne bóle głowy. Wyobraźcie sobie co ja wtedy przeżyłam...albo nie wyobrażajcie sobie bo stres jaki mi wtedy towarzyszył był sto razy gorszy niż każdy inny w moim życiu. Idę więc do neurologa, skierowanie na tomografię. Jadę robią mi badanie. Tydzień oczekiwań na wyniki. Nie chciałabym tego znów przeżywać. Okazało się, że wszystko ok taka uroda mojego oka.

Przy okazji przypomniało mi się coś jeszcze:) Jechałam kiedyś busem ze szkoły. Wsiadłam słuchawki na uszy, gazeta przed nosem. Nagle odbijam się od siedzenia przede mną i lecę do tyłu. Ktoś wjechał w busa na rondzie. Wszyscy wysiadają i lecą na pociąg. Wsiadam do pociągu i zaczyna się odlot. Niedobrze mi, spać się chce. Jakoś wytrzymuję. Wracam do domu i od razu na pogotowie. Badają mnie. Kierują na prześwietlenie głowy. Pani robiąca zdjęcia każe mi wyjąć kolczyk z nosa. Wyciągam. Dostaję zdjęcia i ponownie do lekarzy. Dwoje młodych "doktorów" patrzy na zdjęcie i z przerażeniem na mnie i mamę:) Pytają się o urazy głowy. Mówię, że nie wiem co mi Mama w dzieciństwie robiła ale ja sama takich nie miałam...mówią, że mam 3 dziury w czaszce i pokazują je na zdjęciu. Widok powala człowieka na kolana. Łapię się nerwowo za ucho...i zagadka rozwiązana nie wyjęłam kolczyków z uszu i stąd moje dziury w czaszce:)  

Tym optymistycznym akcentem kończę moje niewesołe historie:) 


6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Teraz już się mogę z tego pośmiać ale wtedy nie było wesoło...ale co nas nie zabije to nas wzmocni :)

      Usuń
  2. Ja zawsze bałam się lekarzy. Często tak straszą, że takie straszne rzeczy Ci się dzieją. Jak byłam przed ślubem to mi wmawiali białaczkę... To było straszne. Ślub i białaczka? Już prawie miałam odwołać ślub a to się okazało, że miałam nerwobóle...

    OdpowiedzUsuń
  3. Faktycznie, przeboje, że hej. Najgorsze w takich sytuacjach jest to, że niby nic nie wychodzi w badaniach a człowiekowi jednak coś dolega...
    Mam nadzieję, że te Twoje trzy dziury nie mają jednak wielkiego wpływu na funkcjonowanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nad tym funkcjonowaniem się zastanawiam:) Ale chyba nie mają wpływu :D

      Usuń
  4. Przeżyć nie zazdroszczę zupełnie, ale puenta mnie zabiła :)

    OdpowiedzUsuń

Chętnie poznam Wasze zdanie :) Komentarze zawsze mile widziane