Źródło: fabrykastylu.com
Pogoda nam wczoraj za bardzo nie dopisała. Postanowiliśmy jednak nie siedzieć w domu i pojechaliśmy sobie na zakupy. Żadna to niby rozrywka jednak fajnie było;) Ale nie o tym dziś.
Jadąc przypomniałam sobie jak wyglądał kiedyś wyjazd do "dużego" miasta.
Zepsuje ci się auto...koniec świata- jak zrobię zakupy, jak pojadę z dzieckiem do lekarza itp. itd.
Jazda pociągiem, autobusem- masakra- przecież pół dnia spędzisz w podróży. Samochodem godzinka w jedną stronę i po sprawie.
Zresztą wybierając się w jakąkolwiek podróż z maluchami porównujemy to do eskapady w Himalaje.
Pamiętam jak jeździliśmy do lekarza, na zakupy, do Cioci...dwójka dzieci, worek kanapek na drogę. Wsiadaliśmy do pociągu i jazda. Nie pamiętam żeby Rodzice robili z tego jakieś wielkie wydarzenie ( znaczy się narzekali, że to misja na Marsa czy coś w tym stylu). Było to normalne. Nigdy nie spóźniliśmy się do lekarza, nikt się nie zgubił, nie marudził, było wesoło...zwłaszcza pewnego razu.
Wiecie jak to jest jak człowiek ze wsi do miasta pojedzie. W mojej miejscowości jeden peron- jeden tor. Były to czasy kiedy kursował pociąg do Berlina. Zasiadamy wygodnie w przedziale ( w Olsztynie). Okno uchylone nagle słychać z głośników : pociąg do Berlina wjedzie na tor 2 przy peronie 4.... kilka kolejnych informacji i najważniejsza- pociąg nie zatrzymuje się na żadnej stacji. Szybka analiza- jesteśmy na peronie 4 wyjedziemy za granicę. Torby w dłoń krzyczę do Rodziców i Brata, że siedzimy w złym pociągu i czym prędzej w kierunku wyjścia;) Tata mnie złapał i wytłumaczył co i jak...jednak wiecie co zamieszania narobiłam to tylko podróżni wiedzieli.
Uświadomiłam sobie, że za dużo wygód mamy i za dużo czasu na narzekanie. Zamiast skorzystać z usług Pkp. Pks itp. wsadzamy dupska w auto i podjeżdżamy pod same drzwi celu. Nie krytykuję tu nikogo bo sama tak robię. Jednak słysząc po raz kolejny od kogoś, że z dzieckiem to trudno się gdzieś wybrać wybuchnę śmiechem ( jeśli sama tak powiem...to weźcie mnie strzelcie porządnie w głowę).
Kolejny punkt, który mi się nasunął. Oduczenie dziecka noszenia pieluchy. ( u nas nadal to trwa, są jednak maleńkie postępy. Pieluchy znanych firm trzymają wilgoć z dala od skóry dziecka do 12 godzin. Wszystko się zgadza- reklamy nie kłamią. Chodzi sobie taki maluch sika...w dupcię sucho więc co się będzie wysilał i na nocnik robił. Matka z ojcem dwoją się i troją...szukają cudownych sposobów. Jeden szybciej załapie o co chodzi, inny osobnik potrzebuje więcej czasu.
My mieliśmy tetrową pieluchę. Szybko robiło się nieprzyjemnie w pupsko i proces odpieluchowania przebiegał sprawniej. Może rodzicom nie chciało się prać i dlatego szybciej działali? Nie wnikam.
Nasze babcie, mamy wiedzę na temat wychowania, żywienia itp. czerpały od innych doświadczonych kobiet, czasem zdarzyło się, że dostały dobrą książkę ( czytałam taką z czasów kiedy ja się urodziłam). Im mniej wiedziały tym lepiej spały. Teraz odpalasz komputer wpisujesz hasło i...masz 100 tysięcy porad. Człowiek głupieje i nadal jest po bombardowaniu taką ilością wiedzy w punkcie wyjścia.
Żywienie ( nie mówię, że metody stosowane kiedyś należały do najlepszych, za kilkadziesiąt lat ktoś będzie się śmiał z tego co my robimy aktualnie)- w tym punkcie nie będę rozbijać co było lepsze kiedyś, co jest teraz...
Pierwszy lepszy sklep- milion produktów przeznaczonych specjalnie dla najmłodszych. Dostajesz oczopląsu, przeglądasz, porównujesz na koniec i tak wybierasz pierwszy lepszy i idziesz do kasy mając serdecznie dość.
Kaszki z cukrem, bez cukru, glutenowe i bezglutenowe...jogurciki, batoniki do wyboru do koloru.
Soczki, musy, deserki...i tak można jeszcze wymieniać godzinami.
Kiedyś ( nie lubię tego sformułowania ale nie wiem jak je zastąpić:)) soczek dziecko dostało okazjonalnie, czekoladę, batoniki itp. to już w ogóle od święta. Gorzej było?
Mi się wydaje, że lepiej.
Nie byliśmy faszerowani taką ilością chemii jak teraz.Nie było takiej plagi otyłości i wielu innych problemów. Znaczy były ale nie na taką skalę jak obecnie.
Fakt przez to, że wiedza na temat wielu rzeczy była kiedyś nieco uboższa mamy teraz krzywe kręgosłupy, biodra do wymiany w wieku 30 lat oraz szereg innych dolegliwości.
Jednak mimo tego, że dostęp do wielu produktów, usług był ograniczony ludzie byli chyba szczęśliwsi. Teraz praktycznie wszystko podane mamy na tacy- aby kasa była. Kasy nie ma jest źle...i tak się to kręci. Czy jest to aż takie fajne. Robimy się coraz bardziej wygodni, nic nam się nie chce...debatować można tak dość długo.
Jeśli jeszcze ktoś ze starszego pokolenia powie mi, że mamy łatwiej to mu ten post przeczytam. Łatwiejszy dostęp do wszystkiego owszem jest, ale życie tak żeby się w tym wszystkim nie pogubić na bank nie jest prostsze.