poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Kto ma lepiej?

Źródło: fabrykastylu.com

Pogoda nam wczoraj za bardzo nie dopisała. Postanowiliśmy jednak nie siedzieć w domu i pojechaliśmy sobie na zakupy. Żadna to niby rozrywka jednak fajnie było;) Ale nie o tym dziś.
Jadąc przypomniałam sobie jak wyglądał kiedyś wyjazd do "dużego" miasta.

Zepsuje ci się auto...koniec świata- jak zrobię zakupy, jak pojadę z dzieckiem do lekarza itp. itd.
Jazda pociągiem, autobusem- masakra- przecież pół dnia spędzisz w podróży. Samochodem godzinka w jedną stronę i po sprawie.
Zresztą wybierając się w jakąkolwiek podróż z maluchami porównujemy to do eskapady w Himalaje.

Pamiętam jak jeździliśmy do lekarza, na zakupy, do Cioci...dwójka dzieci, worek kanapek na drogę. Wsiadaliśmy do pociągu i jazda. Nie pamiętam żeby Rodzice robili z tego jakieś wielkie wydarzenie ( znaczy się narzekali, że to misja na Marsa czy coś w tym stylu). Było to normalne. Nigdy nie spóźniliśmy się do lekarza, nikt się nie zgubił, nie marudził, było wesoło...zwłaszcza pewnego razu. 

Wiecie jak to jest jak człowiek ze wsi do miasta pojedzie. W mojej miejscowości jeden peron- jeden tor. Były to czasy kiedy kursował pociąg do Berlina. Zasiadamy wygodnie w przedziale ( w Olsztynie). Okno uchylone nagle słychać z głośników : pociąg do Berlina wjedzie na tor 2 przy peronie 4.... kilka kolejnych informacji i najważniejsza- pociąg nie zatrzymuje się na żadnej stacji. Szybka analiza- jesteśmy na peronie 4 wyjedziemy za granicę. Torby w dłoń krzyczę do Rodziców i Brata, że siedzimy w złym pociągu i czym prędzej w kierunku wyjścia;) Tata mnie złapał i wytłumaczył co i jak...jednak wiecie co zamieszania narobiłam to tylko podróżni wiedzieli.

Uświadomiłam sobie, że za dużo wygód mamy i za dużo czasu na narzekanie. Zamiast skorzystać z usług  Pkp. Pks itp. wsadzamy dupska w auto i podjeżdżamy pod same drzwi celu. Nie krytykuję tu nikogo bo sama tak robię. Jednak słysząc po raz kolejny od kogoś, że z dzieckiem to trudno się gdzieś wybrać wybuchnę śmiechem ( jeśli sama tak powiem...to weźcie mnie strzelcie porządnie w głowę).

Kolejny punkt, który mi się nasunął. Oduczenie dziecka noszenia pieluchy. ( u nas nadal to trwa, są jednak maleńkie postępy. Pieluchy znanych firm trzymają wilgoć z dala od skóry dziecka do 12 godzin. Wszystko się zgadza- reklamy nie kłamią. Chodzi sobie taki maluch sika...w dupcię sucho więc co się będzie wysilał i na nocnik robił. Matka z ojcem dwoją się i troją...szukają cudownych sposobów. Jeden szybciej załapie o co chodzi, inny osobnik potrzebuje więcej czasu.

My mieliśmy tetrową pieluchę. Szybko robiło się nieprzyjemnie w pupsko i proces odpieluchowania przebiegał sprawniej. Może rodzicom nie chciało się prać i dlatego szybciej działali? Nie wnikam.

Nasze babcie, mamy wiedzę na temat wychowania, żywienia itp. czerpały od innych doświadczonych kobiet, czasem zdarzyło się, że dostały dobrą książkę ( czytałam taką z czasów kiedy ja się urodziłam). Im mniej wiedziały tym lepiej spały. Teraz odpalasz komputer wpisujesz hasło i...masz 100 tysięcy porad. Człowiek głupieje i nadal jest po bombardowaniu taką ilością wiedzy w punkcie wyjścia.

Żywienie ( nie mówię, że metody stosowane kiedyś należały do najlepszych, za kilkadziesiąt lat ktoś będzie się śmiał z tego co my robimy aktualnie)- w tym punkcie nie będę rozbijać co było lepsze kiedyś, co jest teraz...

Pierwszy lepszy sklep- milion produktów przeznaczonych specjalnie dla najmłodszych. Dostajesz oczopląsu, przeglądasz, porównujesz na koniec i tak wybierasz pierwszy lepszy i idziesz do kasy mając serdecznie dość.
Kaszki z cukrem, bez cukru, glutenowe i bezglutenowe...jogurciki, batoniki do wyboru do koloru.
Soczki, musy, deserki...i tak można jeszcze wymieniać godzinami.

Kiedyś ( nie lubię tego sformułowania ale nie wiem jak je zastąpić:)) soczek dziecko dostało okazjonalnie, czekoladę, batoniki itp. to już w ogóle od święta. Gorzej było? 
Mi się wydaje, że lepiej. 
Nie byliśmy faszerowani taką ilością chemii jak teraz.Nie było takiej plagi otyłości i wielu innych problemów. Znaczy były ale nie na taką skalę jak obecnie.

Fakt przez to, że wiedza na temat wielu rzeczy była kiedyś nieco uboższa mamy teraz krzywe kręgosłupy, biodra do wymiany w wieku 30 lat oraz szereg innych dolegliwości.

Jednak mimo tego, że dostęp do wielu produktów, usług był ograniczony ludzie byli chyba szczęśliwsi. Teraz praktycznie wszystko podane mamy na tacy- aby kasa była. Kasy nie ma jest źle...i tak się to kręci. Czy jest to aż takie fajne. Robimy się coraz bardziej wygodni, nic nam się nie chce...debatować można tak dość długo.

Jeśli jeszcze ktoś ze starszego pokolenia powie mi, że mamy łatwiej to mu ten post przeczytam. Łatwiejszy dostęp do wszystkiego owszem jest, ale życie tak żeby się w tym wszystkim nie pogubić na bank nie jest prostsze.

43 komentarze:

  1. Fakt, im więcej mamy tym więcej jesteśmy sfrustrowani i więcej narzekamy. Ale to już jakiś antyczny filozof (nie pamiętam w tej chwili który) mówił, że to, co masz, ma i ciebie i im więcej masz, tym mniej masz wolności. I to jest prawda. Nie masz np. auta to nie musisz martwić się o jego naprawy, mycie, wymianę opon, tankowanie, itd. Ja się staram nie mieć dużo rzeczy, nawet ubrania regularnie wydaję lub sprzedaję by nie chomikować, ale i tak się tego zbiera w cholerę wszystkiego, a potem tylko problem, gdzie to trzymać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skąd ja to znam...też mi się nazbiera wszystkiego a później co z tym zrobić? :)

      Usuń
    2. Jeszcze tak mi przyszło do głowy, że ostatnio zauważyłam u niektórych matek wręcz taki trend na narzekanie jakie macierzyństwo ciężkie, moda taka. Jasne, różowe nie jest, ale też nie jest to coś, co spada z kosmosu na taką bidulę, tylko najnormalniejsza rzecz na świecie. Ponarzekać czasem każdy ma prawo, ale niektóre to z siebie straszne męczennice robią, że bycie matką to zadanie ponad siły.

      Usuń
  2. tak jak napisałaś - im mniej się wiedziało tym lepiej się spało - a teraz siedzimy i zastanawiamy się czy jz czymś zaszkodziliśmy swojemu dziecku czy jeszcze nie.... Też mi się wydaje że pomimo tego że my mamy wiele udogodnień to kiedyś życie było prostsze i przyjemniejsze dzięki temu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ile razy ja tak miałam...siedziałam i się zamartwiałam- zwłaszcza na początku ;)

      Usuń
  3. Też często trafiam na teksty jak to kiedyś matki miały lepiej, a teraz jest ciężko, bo nie ma wianuszka kobiet, które pomagają po porodzie. Jest natłok informacji, duże tempo życia itd. No tak - ale z drugiej strony nasi faceci mają tacierzyński i mają już kompletnie inne podejście do rodziny i ojcostwa. Faceci naszych babć to za zwyczaj byli jedynie od tego, by pracować. Dom, rodzina, porządek i wszystko co z tym związane to była sprawa kobiety. A w domu miał być błysk, dwudaniowy obiad,a przy tym zero ugodonień jakie mamy teraz. Klapsy i rozwiązania siłowe były na porządku dziennym. Chyba wolę nasze czasy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W każdym okresie "historii" znajdziemy plusy i minusy ;) Ciekawe jak nas będą kiedyś oceniac ;)

      Usuń
    2. W pewnym sensie miały lepiej. Owszem tata zaangażowany to świetna sprawa, ale rodziny atomowe, rozpierzchnięte po kraju to jednak pewne utrudnienie. Co z tego, że mam tatę zaangażowanego jak on fizycznie może być zaangażowany 2h na dobę a poza nim nie ma nikogo kto by mnie choć na godzinkę odciążył i umożliwił mi pozałatwianie różnych spraw bez asysty dwójki dzieci. Nie żebym jakoś koszmarnie narzekała. Ostatecznie sama zdecydowałam, że mieszkam to gdzie mieszkam. Jednak babcia i ciocia pod ręko to dar.

      Usuń
    3. Dzisiejsze babcie w dużym procencie są nadal aktywne zawodowo - kiedyś kobiety nie pracowały w takim stopniu, więc tu nie ma co porównywać :)) Bo gdyby teraz mieć obok siebie babcię, to i tak niewiele by odciążała

      Usuń
  4. Tylko połowicznie się z Tobą zgodzę. Tj właściwie tylko w kwestii narzekania, że bez samochodu to ani rusz. Kiedy moje pierwsze dziecko było małe nie miałam prawa jazdy. Jak koniecznie już trzeba było ciągałam męża, żeby zawiózł mnie gdzieś z dzieckiem. Potem poszłam po rozum do głowy i jeździłam wszędzie sama. Autobusem pociągiem. Do lekarza, w odwiedziny, na wycieczki itd. Zdarzały nam się podróże z przesiadką z dzieckiem "pod pachą" (a tak naprawdę w nosidle na plecach) i walizką w ręku. Nie jest to komfortowe, bo wymaga sporej dyscypliny jeśli chodzi o pakowanie (kto potrafi spakować siebie i dziecko na tydzień do jednej walizki ręka w górę) i sporo luzu jeśli chodzi o znoszenie znudzenia i znużenia dziecka w podróży.
    Teraz jestem mobilna bo zrobiłam w międzyczasie prawko i bardzo dobrze, bo z dwójką dzieci to już nie jest tak łatwo w podróży, choć wcale nie mówię, że się nie da. Da się, tylko po co (szczególnie jak się ma 2km do najbliższego sklepu)?

    Jeśli chodzi o jedzenie. Ja po prostu te półki omijam szerokim łukiem i moje dzieci nie jadały wszystkiego tego co się nazywa "dla niemowląt" i "dla dzieci" odżywiamy się zdrowo i dzieci jadły po prostu normalne jedzenie. Darowałam sobie cały ten zawrót głowy. Szczególnie, ze miałam z tyłu głowy tekst, który jeszcze w czasach bezdzieciowych usłyszałam od pewnego znajomego, specjalisty od marketingu: "Rodzice małych dzieci, szczególnie pierwszego dziecka, to łatwy target. Można im wcisnąć wszystko". Postanowiłam nie być targetem w ogóle i dobrze mi z tym.

    A wiedza i jej dostępność? Błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. Z jednej strony jak się ma ograniczoną wiedzę to się jest niejako zwolnionym z myślenia i decydowania. Jak się ma większą wiedzę to trzeba częściej się wysilać i decydować, dokonywać wyborów i wierzyć, że są słuszne.

    Jeśli zaś chodzi o oduczania pieluch to się z Tobą zupełnie nie zgodzę. Ja jestem za tym, żeby dziecko rezygnowało z pieluchy kiedy jest na to gotowe a nie kiedy matka ma już dość przewijania i kupowania pieluch. Szczególnie, że jeśli chodzi o odpieluchowanie nocne to nie jest to coś czego można dziecko nauczyć. Mam siostrę 10 lat młodsza ode mnie doskonale wiem jak się to w tamtych czasach odbywało. Nie chciałabym tego dla swoich dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdzieś kiedyś znalazłam taką informację, że czas spędzony na uczeniu się nowej technologii (np. obsługi komputera) rzeczy codziennego użytku jest większy, niż korzystanie ze starej technologii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sądzę, żeby to była prawda. Tj żeby to było prawdą w przypadku każdej osoby i każdej technologii. Szczególnie, że wielu technologii nie da się zastąpić starymi bo przed nimi nie było nic takiego. Weźmy chociaż przydatność telefonów komórkowych w podróży w sytuacjach awaryjnych. No nie da się tego za bardzo zastąpić.
      A takich na przykład pieluch jednorazowych w ogóle nie trzeba się uczyć. Są nawet łatwiejsze niż "stara technologia" :) Nauka obsługi pralki automatycznej to jednak nie tak skomplikowana kwestia jak pranie franią czy na tarzxe. I tak dalej i tak dalej.

      Usuń
    2. Toż to bzdura totalna :)) Czy musieliśmy się jakoś wybitnie uczyć obsługi smartfonów "przesiadając się" na nie z telefonów komórkowych niedotykowych? Albo czy gdy komputery wwędrowały do naszych domów, zajęło nam tygodnie oswajanie z nimi? Skądże, kilkanaście minut, no maks kilka godzin dla bardziej opornych i każdy śmiga na nowej technologii :)) Nawet moja babcia, posiadaczka szóstki prawnuków i dwójki kolejnych w drodze, serfuje po internecie, dodaje fotki na facebooka i rozmawia na skype ze swoimi dziećmi - nie słyszałam, aby nauka tego sprawiła jej taki ogrom trudności, żeby zapragnęła wyrzucić laptopa z domu i wrócić do czasów, gdy go nie miała :))

      Usuń
  6. Nasze matki obywały się bez tego wszystkiego i jakoś dały radę. Nasze pokolenie jest wygodniejsze, choć wydaje mi się, że gdybyśmy musieli poradzić sobie bez całej tej serii gadżetów dla dzieciaków, i tak dalibyśmy radę. Bo wszystko jest kwestią przyzwyczajenia:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że tak. Jak musisz to wszystko jest do ogarnięcia

      Usuń
  7. Cóż nie możemy się cofać ale odrobina zdrowego rozsądku jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

    OdpowiedzUsuń
  8. Częściowo prawda. Dużo nam łatwiej, bo mamy "akcesoria" przydatne dla dzieci. Z kolei trudniej nam, bo wciąż gdzieś pędzimy, jesteśmy poddawani większej "ocenie publicznej" jako rodzice.
    Ja tam jeżdżę do pracy kominikacją- najpierw pociągiem, później tramwajem, na końcu busem. I daję radę. W sobotę pojechałam z Polką do Zoo pociągiem. Sama. Nigdzie się nie spóźniłam, a nawet byłam przed czasem. Pieluch też już dawno (bo od września) nie nosi, nawet na noc. A w wybieraniu tego wszystkiego ze sklepowych półek kieruję się rozsądkiem, ceną i jakością :) I tyle. Każdy w swojej dżungli się odnajdzie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie ma tak żeby wszystkim dało się dogodzić i musimy się dostosować...

      Usuń
  9. Wiesz, ja myślę, że te wszystkie udogodnienia trochę nas rozleniwiają i usypiają zaradność :) A z drugiej strony... Jesteśmy tak zabiegani, z głową pełną zmartwień o sprawy, którymi martwić się nie powinniśmy (miejsce w przedszkolu, praca, dylemat, czy będzie gdzie wrócić, jeśli wezmę L4 na chore dziecko).. Niedoczas to nasz największy problem i wróg.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki urok naszych czasów niestety...ciekawe co będzie za kilkadziesiąt lat?

      Usuń
  10. Masz racje z tym, że wcale tak prosto nie jest. Mamy wiele udogodnień ale też więcej wyzwań stoi przed rodzicami. Czyli wychodzi na to, że wszędzie dobrze tam gdzie nas nie ma.
    Naslonecznej.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. W dzieciństwie nie miałam wielu rzeczy i możliwości, które mieli rówieśnicy. Mimo to wspominam je jako szczęśliwe i uważam, że dziś wcale nie jestem gorsza od moich rówieśników;-) Rodzice dali mi tyle, ile mogli, a przede wszystkim nauczyli samodzielności;-) Dziś staramy się wyręczać dzieci we wszystkim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też racja. Człowiek wiecznie się spieszy, pędzi i szybko szybko- lepiej coś za dziecko zrobić niż się spóźnić...

      Usuń
  12. Dasz palec chce cała rękę, tak było zawsze. Człowiek czegoś zasmkuje i szybko przyzwyczaja do dobrego. Kiedyś żyło się prościej, brak komputeroe, internetu, wiadomości. A teraz bombarduja nas informacjami z każdej strony...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I człowiek momentami głupieje przez natłok informacji

      Usuń
  13. Amen. Mnie w sumie najbardziej zawsze rozwala właśnie gadanie, że z dzieckiem to się nigdzie nie da pojechać. Moje dzieci od zawsze wszędzie jeżdżą z nami i nie ważne czy na zakupy czy na wakacje. Da się? Da. A frajda jest nie do opisania, nawet nie jestem sobie w stanie już teraz wyobrazić, że gdzieś ich nie zabieramy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też wszędzie jeździmy z Młodą ;) Nie wyobrażam sobie leżeć na plaży a ona w domu...

      Usuń
  14. Kiedyś ludzie byli sobie bliżsi. Teraz wyścig szczurów i pogoń za "szczęściem"

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja się godzę z tym w jakich czasach żyję. Kiedyś też byli ludzie, którym źle było w ich czasach i chcieliby przenieść się do starych czasów lub z utęsknieniem czekali na przyszłość i zmiany jakie za sobą niesie. Tak samo jest i teraz, niektórym te czasy i obecne realia nie odpowiadają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak mówią- wszędzie dobrze gdzie nas nie ma ;)

      Usuń
  16. Ciekawe jak to będzie za te kilkadziesiąt lat i co bedą mówiły o kiedyś nasze dzieci ;) tu i teraz tez może być cudowne, ale fakt ze potrzeba włożyć w to trochę wysiłku :) non stop pracuje nad sobą i mężem ;) w maju wybieramy sie na pierwszy od 4 lat urlop, całą rodzinką (w tym 3,5 latka i 11 miesięczna młodsza córcia). Próbuje nas uspokajać ze damy radę z tymi samolotami, pociągami i bagazami:) i tak jest spragniona urlopu ze musi sie udać :) (z samochodu musieliśmy zrezygnować bo młodsza córka go nie znosi) Po prostu musi być cudowna zabawa:))))

    OdpowiedzUsuń
  17. Oj tak, im człowiek więcej wie, tym bardziej się zastanawia. Wiem to po samej sobie :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Zgodzę się z Tobą, że mieli kiedyś więcej luzu. Lekarze mojego dziecka często pytają jak postępował mój rozwój i rozwój mojego męża i jego braci. Chce wiedzieć czy to, że w czymś odstaje to kwestia genetyki czy jakiś problem. Niestety moja mama i teściowa są tu zupełnie nieprzydatne. Pojęcia nie mają kiedy był pierwszy ząbek, pierwsze przewracanie się na brzuszek. Jak mama z tamtych czasów wie kiedy był pierwszy krok to dużo. Pierwsze mama być może wie. Teraz jest taki straszny wyścig szczurów już wśród niemowlaków. Rozmawiam z kuzynką i mnie tylko pyta czy robi to i tamto. Ja mam luz do tego jak się rozwija. Martwi mnie tylko to co martwi naszego lekarza, z reszty się tylko cieszę. Ale ogólny trend jest chyba inny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem tak po naszych przebojach z Młodą- jako Biblię traktować będę przy kolejnym dziecku tabele rozwojowe. Trochę się zagapiliśmy, braliśmy na miękko i wyszło trochę nieciekawie.

      Usuń
  19. To prawda, teraz jest więcej wygód, udogodnień, wszystko jest jednorazowe albo instant, ale... wcale nie trzeba z tego korzystać. Obserwóje wokół obecnie trend zwalniania tępa, wracania do natury - pieluchy wielorazowe, chustonoszenie, samodzielne gotowanie obiadów... To wszystko kwestia wyboru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludzie chyba już są zmęczeni ciągłym pędem i dlatego wracają do "starych" metod

      Usuń
  20. :) Myślę, że warto tu też użyć słowa "inaczej". Lepiej, gorzej? Szczerze, nie wiem. Na pewno inaczej. I nie mamy innego wyjścia, jak tylko przystosować się do tego "inaczej". Myślę, że każde pokolenie tak miało. Zgadzam się z Tobą a propos powrotu do dawnych "środków opieki i wychowania". Myślę, że dzisiaj zbyt dużo poświęcamy na teorię, porady, zapominając o intuicji i "naturalności".
    Pozdrawiam
    TrzyRazyPe

    OdpowiedzUsuń

Chętnie poznam Wasze zdanie :) Komentarze zawsze mile widziane