Przejdź do głównej zawartości

Wyjazdowe przeboje



Trochę czasu zajęło mi zabranie się do tego wpisu, ale lepiej późno niż wcale.
Jadąc na spotkanie w Sopocie, postanowiłam zabrać ze sobą moją rodzinkę. Jak to w życiu bywa, matka z ojcem się posprzeczali i wspólny wyjazd wisiał na włosku.
Urażona powiedziałam, że jadę sama. Autem w dłuższe trasy samotnie się nie wybieram, ale jak powiedziałam, tak też zrobić miałam. Wykombinowałam to tak, że samochód zostawię u rodziców a pojadę pociągiem:)

Miłość nasza jednak zwyciężyła i wybraliśmy się w podróż razem.
Droga do Trójmiasta zleciała całkiem nieźle, korki ogromne były, ale w przeciwnym kierunku. My cały czas jechaliśmy.

Dotarliśmy na obwodnicę. Zjeżdżamy w kierunku Gdyni i...
coś puknęło, coś szarpnęło. Zjeżdżamy na pobocze, awaryjne włączone...diagnoza spod maski- pękł pasek. Telefon do rata mego wykonujemy. przyjeżdża. 

Młoda wpadła w delikatną panikę. Była to pierwsza awaria auta w jakiej uczestniczyła. My zdenerwowani, ona zdenerwowana, obok śmigają auta, które mimo, że trójkąt wystawiony kawałek dalej, przemykają z niemałą prędkością bardzo blisko nas.

Serio, nigdy jeszcze się tak nie bałam. Nie było szans, żeby wyjść gdzieś z dzieckiem, siedzenie w aucie było dla mnie potrójnym stresem. Jak to w takich sytuacjach bywa, wyobraźnia działa w tym złym kierunku...

Na szczęście Wujek szybko dotarł. Auto odstawiliśmy na parking, na drugi dzień zajął się nim mechanik i Młoda w końcu miała okazję przejechać się beemką Cioci i Wujka. Wynagrodziło jej to cały stres związany z awarią naszego autka:)

Sobota minęła mi pod kątem spotkania, mężczyznom moim pod znakiem mechanika, a dziewczyny w tym czasie obiad robiły i świetnie się bawiły. 

Wieczorem odebrali mnie z Sopotu i ruszyliśmy do Gdyni.


Młoda spała w aucie, nie liczyłam na spacer. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dziecko obudziło się, gdy silnik zgaszony został. Poszliśmy więc zwiedzać znajome już miejsca, które uwielbiam.

Młoda wypiła z Wujkiem i Tatą piwo na murku...matka stała na czatach czy żadne służby się nie zjawią i mandatu im nie wlepią:)
Spokojnie, piwa nie pili, mieli tymbarki, ale dziecię stwierdziło, że skoro są wakacje to można piwko strzelić w plenerze i tak tymbarkowy napój wyskokowy został hitem wieczoru.


Na niedzielę zaplanowaliśmy wycieczkę na Hel.

Zameldowaliśmy się na przystanku, wsiedliśmy w autobus, który zawiózł nas na dworzec. Moje dziecię nie ma praktycznie okazji do jazdy komunikacją miejską, więc kiedy mamy możliwość, korzystamy z niej.

Podróż pociągiem była kolejną atrakcją zarówno dla niej jak i dla męża mego, który tym środkiem lokomocji jechał ostatnio lata świetlne temu. 

Na miejscu swoje kroki od razu skierowaliśmy do Fokarium. Przy wejściu dziecię miało nieco problemów z przejściem przez bramkę. Pani z obsługi jej pomogła. w odpowiedzi usłyszała, że uratowała Młodej życie. Jak niewiele potrzeba, by zrobić dobry uczynek :)



Foki były urocze, Młoda na początku nie bardzo zainteresowana, później była bardzo zadowolona z ich widoku.
Następnie swoje kroki skierowaliśmy do latarni morskiej. Skoro Babcia i Dziadek tam byli, to i my musieliśmy pójść. Na sam szczyt dziecię moje nie dotarło, ponieważ widząc drabinkę na ostatnim etapie wspinaczki, stwierdziliśmy, że matka pójdzie sama.





Niby nic nadzwyczajnego, ale jak się ma lęk wysokości, samotne stanie na samej górze jest wyczynem:) I te widoki - piękna sprawa.

Wędrówkę po plaży przerwał nam deszcz. Z bratową znalazłyśmy grzyba. Stwierdziłyśmy, że to prawdziwek. Dumne ze swego znaleziska dogoniłyśmy resztę ekipy, żeby się pochwalić. Pytamy Młodą co to za grzyb. Odpowiada, że na pewno nie muchomor :)
Nasza radość minęła, kiedy okazało się, że to tylko koźlak:) 





Wracając na dworzec, zahaczyłyśmy z Młodą o wesołe miasteczko. Był to jej pierwszy rajd na karuzeli. Wsiadłyśmy do łabędzia i przy dźwiękach disco-polo kręciłyśmy się w kółko:)
Bardzo lubię takie atrakcje, ale jazda z dzieckiem, które w każdej chwili może chcieć wysiąść dodaje dodatkowej adrenaliny.


Czas na powrót do domu. W pociągu więcej ludzi, niż miejsc. Do naszego przedziału wchodzą trzy rodziny z dziećmi. Na każdą parę rodziców przypada co najmniej dwójka dzieci, lub więcej ( w pewnym momencie się zgubiłam, które dzieci są czyje:) ).
Po kilku kombinacjach wszyscy są ulokowani- jedni na podłodze ( panowie), dzieci przysiadają się na siedzeniach, matki kontrolują sytuację na stojąco. Część ekipy znajduje się w klitce przy toalecie. 

Tak wesołej podróży nie miałam nigdy. Podziwiam te panie, które ogarnęły swoje i nieswoje dzieci mając przy tym mnóstwo cierpliwości, ja przy jednym małym Szkodniku jej nie mam nawet w połowie.

Młoda oczywiście widząc gdzie są dzieci, zaczęła powolną realizację planu. Najpierw oznajmiła, że ona postoi jak pani. Stanęła, drzwi się złapała i po sekundzie już jej nie było. Dołączyła do wesołej gromadki poza przedziałem. Co jakiś czas tylko wyglądała, żeby sprawdzić czy jesteśmy i zajęła się zabawą z nowo poznanymi dziećmi. 

Idąc tym tropem, stwierdzam, że jeden przedział w pociągu powinien być dostosowany dla dzieci. Nie jestem pewna, ale chyba w Norwegii ( jeśli się mylę poprawcie mnie), jeżdżą takie pociągi, które są wyposażone w miejsce zabaw dla najmłodszych.

Nie narzekamy jednak, wszyscy daliśmy radę. W momencie kiedy wesoła gromadka wysiadła, dziecko moje za nic w świecie nie chciało wrócić do przedziału. Resztę podróży do Gdyni spędziłam więc w korytarzyku przy toalecie.

Wyjazd zaliczam do tych bardzo udanych, mimo nieplanowanych atrakcji:)

Przywiozłam sobie piękna zakładkę do książki :)

Komentarze