poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Zawsze jest jakieś ale...

Dzień jak co dzień, poniedziałek, mieliśmy wizytę u rehabilitantki...
Młoda szczęśliwa, że idzie do Cioci:) szczęście opuściło ją w momencie przekroczenia progu...ale tak jest za każdym razem więc przywykłam...poza tym trafiłyśmy na przelotne opady deszczu...L zadowolona bo w wózku miała sucho...matka cała mokra...ale to tylko w ramach wstępu...

Pod opieką rehabilitantki jesteśmy od kiedy L skończyła rok. Wszystkiego opisywać po kolei nie będę, ponieważ już o tym pisałam. 
Szłam dziś z nadzieją, że będzie to nasza ostatnia wizyta...i niestety się zawiodłam...myślałam, że skoro już chodzi nie będzie kolejnych problemów...koślawi stopy, kupujemy buty profilaktyczne...ćwiczymy...jednak nadal nie jest tak jak być powinno...zaleconą mamy wizytę u ortopedy...mam nadzieję, że tym razem trafimy do kogoś kto podejdzie do sprawy poważnie...niby dzieci mogą koślawić nogi do ukończenia 3 roku życia...ale wychodzę z założenia, że lepiej dmuchać na zimne i sprawdzić wszystko...podobnie myśli nasza rehabilitantka więc działamy...

Pamiętam pierwsze wyczekane kroki L...zamykam oczy i widzę jej twarz...tą radość...mój krzyk, łzy radości, kręcenie filmów, telefony do najbliższych...datę zapamiętam chyba do końca życia...po przebojach w końcu się udało...wiedziałam, że nie będzie łatwo, że czeka nas dalsza praca...

Chcesz dla dziecka jak najlepiej, robisz wszystko co w twojej mocy...a jednak zawsze jest jakieś ale...
wiem są przypadki, że dzieją się dużo gorsze rzeczy...dzieci są ciężko chore, walczą o życie...można tu wymienić tysiące przykładów...nie pociesza mnie to jednak wcale...po pierwsze dlatego, że żaden człowiek a tym bardziej dziecko nie powinno cierpieć...a po drugie skupiam się na moim dziecku, które może nie ma mega problemów...ale jej zdrowie jest dla mnie najważniejsze...chcę oszczędzić jej bólu i konsekwencji jakie może przynieść zbagatelizowanie sprawy...ona jest w tym momencie na pierwszym planie...może komuś wydać się dziwne moje jęczenie...nie potrzebuję jednak pocieszania, głaskania, mówienia, że wszystko będzie dobrze...wiem, że będzie...to jest ten moment kiedy muszę się wygadać a, że PT  w pracy ,reszta śpi padło na Was :) Wybaczyć mi musicie...

Jedyne za co dziękuję Bogu to fakt, że miałam cc...zostało wykonane ponieważ Młodej zagrażała zamartwica...może to być powodem jej problemów...chwilowe niedotlenienie a efekty zostają...zastanów się więc zanim ocenisz matkę, która nie rodziła sn...nawet jeśli to było cc na życzenie...dziękuję za uwagę i zapraszam ponownie

5 komentarzy:

  1. ja pod względem zdrowia też jestem straszną panikarą i każdy upadek przeżywam ze 3 razy za długo....

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie było podobnie- też wyczekiwałam na pierwsze kroki małej. Tak jak piszesz w tytule, zawsze jest jakieś ale, bo mamy chyba tak mają, że martwią się na zapas. Będzie dobrze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że myślisz, że już jest ok...a tu coś nowego wyskakuje...u nas póki co wizyta u ortopedy i okulisty...a co dalej czas pokaże :)

      Usuń
  3. Pod ostatnimi zdaniami podpisuję się oboma rękami i nogami. Cieszę się, że miałam cc "na życzenie". Prawda jest taka, że gdyby nie ten papier to z moim dzieckiem mogłoby być różnie. Leżałam już w wojewódzkim gdy w nocy odeszły mi wody. Niby nic takiego pod koniec ciąży ale było w nich dużo krwi. Diagnoza - odkleja się łożysko. Miałam wrażenie, że chcą żebym rodziła naturalnie, ale na szczęście znalazł się ktoś przytomny. Gdyby nie zabieg zrobiony w porę......nie chcę nawet myśleć co mogłoby się stać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tez mam chwile, że zastanawiam się co by było...gdyby...boję się kolejnej ciąży, kolejnego porodu...mam nadzieję, że trafię pod opiekę mądrych lekarzy tak jak poprzednio...

      Usuń

Chętnie poznam Wasze zdanie :) Komentarze zawsze mile widziane